Wpisz i kliknij enter

Bug, the – London Zoo


Era muzycznego jazgotu w wuykonaniu Kelvina Martina na dobre minęła, można też zapomnieć o terroryzujących słuchaczy eksperymentach – artysta ten przebył długą muzyczną drogę, ostatecznie trafiając pod skrzydła The Bug. Zaczynał jeszcze w latach 80 od rozimprowizowanego jazzowo-noiseowego koktajlu pod nazwą GOD, by potem, wspólnie z Justinem Broadrickiem pod różnymi nazwami (ICE, Techno Animal, Curse of the Golden Vampire, The Sidewinder) prezentować światu owoce otwartego umysłu i wielkiego talentu dwóch muzycznych indywidualistów.
Z czasem Martin odłożył nieodzowny dotąd saksofon i poświęcił się tylko konsolecie, a fascynacja dubem i hip-hopem doprowadziła do naturalnej ewolucji, której zwieńczeniem jest omawiany krążek.
The Bug – „Skeng”

Na „London Zoo” znajdziemy sporo odniesień: grime, dubstep, dancehall, ragga, dub – wszystko zmieszane, przyprawione gościnnymi wokalizami i podane w pięknej oprawie brzmieniowej. Paradoksalnie jest to bardzo minimalistyczna płyta – oszczędność zastosowanych środków idzie tu jednak w parze z bardzo wysoką jakością.
The Bug – „You and Me”

Obawy co do przytłoczenia płyty stężeniem ego za sprawą zbyt dużej ilości gości pierzchają już po pierwszym przesłuchaniu – zadziwiające, jak spójną całość może stworzyć 12 utworów nagranych z ośmioma różnymi wokalistami. Opłaciło się długo czekać na tak dopracowany końcowy efekt. Nigdy nie myślałem, że to powiem, ale bez wątpienia Kevin Martin, niegdysiejszy mózg God czy Curse of the Golden Vampire stworzył płytę „radio-friendly”. Koniec świata, czy po prostu geniusz?
The Bug – „Poison Dart”

2008







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
10 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
trackback

[…] Nowejmuzyce przeczytacie recenzję płyty „London Zoo„, z której pochodzi poniższe […]

mallemma
mallemma
11 lat temu

kevin martin brodzi po pachy w babilonie. trochę kuleje w tańcu na linie zbuchanego szamanizmu, grime delicate i marketingowego kiczu.

mallemma
mallemma
11 lat temu

kevin martin brodzi po pachy w babilonie. trochę kuleje w tańcu na linie zbuchanego szamanizmu, grime delicate i marketingowego kiczu.

Voi-Tech
Voi-Tech
11 lat temu

Kevin Martin nagrał płytę porywającą w wielu momentach, nawet „chwytliwą”, a zarazem wystarczająco zakręconą, półmroczną i wypełnioną gęstym, słodkim dymem z jamajskiej fajki, aby przeciętnego słuchacza po prostu nieco zniechęcić, albo przynajmniej zbić z tropu. Tymczasem substancja stworzona przez The Bug – w porównaniu do „Pressure” – jest czystsza, zatem daje większego „kopa”. Głównie za sprawą prostych, pierwotnych „afrykańskich” rytmów podbitych mocnym, niskopiennym basem. Syntetyczne bity zestawione z zaangażowanymi melodeklamacjami i wokalizami czarnych sióstr i braci, to może nic nowego we współczesnej muzyce rozrywkowej (eufemizm), niemniej to, co namieszał Martin pachnie szamaństwem, magią (chyba nie do końca białą, bo kolory wciąż odgrywają tu niezwykle ważną rolę). W trawach buszu czai się coś, z czym spotkać się nie do końca mielibyśmy ochotę. I nie jest to jadowity wąż, tylko raczej uprzedzenia rasowe, hipokryzja, niesprawiedliwość, wściekłość, szaleństwo – jednym słowem nowoczesna pułapka. Taneczna atmosfera nie do końca jest beztroska (eufemizm), w tekstach także panuje duszny niepokój… Wciąż jesteśmy plemienną wspólnotą, koczującą w chaszczach cywilizacji, która walczy o przetrwanie, ale boi się często wyjść z ukrycia, bo to, co stworzyliśmy jest groźniejsze (a także sami dla siebie nawzajem jesteśmy groźniejsi) niż drapieżne zwierzęta i siły natury. Zoo – nieprzypadkowo – kojarzy się z zorganizowanym zniewoleniem. Londyn to nic innego, jak Babilon. Dlatego nie dziwię się, że Kevin Martin wybrał dla swojego języka przekazu kolor czarny. Dla mnie jest to jeden z najpiękniejszych odcieni czarnego, szczególnie że zlepiony w niezwykle spójny sposób z różnych czarnych plam przez… białego.

masz coś, ty bez nazwy poniżej
masz coś, ty bez nazwy poniżej
13 lat temu

przegiąłeś z tym gównem, ty szonpolu jeden

piotr tkacz
piotr tkacz
13 lat temu

a ja sięgnąłem po ten album, bo jestem zawsze ciekaw nowych dokonań martina. myślę, że mój główny problem z tą płytą polega na tym, że najlepszymi utworami (imo) okazały się być te, które znałem wcześniej – single. może też dlatego, że znam je długo, wystają dla mnie z szeregu tracków i płyta nie wydaje mi się spójna.

poza tym, gdy zacząłem odsłuch albumu i rozkręciło się angry pomyślałem – aha, więc o to chodzi. odebrałem to jako pójście na łatwiznę i chwyt pod publikę. rozumiem, że początek rządzi się swoimi prawami i nie może sprawiać problemów, ale to jest zbyt łatwe.
(choć nie określiłbym całości jako radio-friendly ).

mam nadzieję, że omawiany krążek nie będzie zwieńczeniem naturalnej ewolucji martina.

w ramach czepialstwa: dwie literówki w pierwszej linijce (+ jedna w trackliście).

F.
F.
13 lat temu

Po pierwszych odsłuchach kojących zwyczajową niechęć do tego typu muzyki okazuje się słabe jednak. Można oddać dziewczynie, która sarka na twoją nietolerancję wobec rege itp. i zyskać w jej oczach nowy błysk. Płyta dla cyników przeto. Always look at the bright saaaajd of world a-ha a-ha a-ha a-ha

General
General
13 lat temu

Ja tez sprawdzilem ten album z tym ze dostal wysokie noty na pitchforku. Ale jak dla mnie to po pierwszych odsluchcach bez rewelacji. Angry moglby spokojnie poleciec w Viva Polska. Insane bliza sie do tego co ostatnio robi Groove Aramada ale to jest dupiasta ich strona. Chyba jednka album do kosza.

paide
paide
13 lat temu

Płyta jest bardzo dobra. Kojarzy mi się z typowym wyspiarskim klimatem, gdzie idąc ulicą słyszysz w jadących samochodach zamiast dudniących manieczek dancehallowy rytm. Moje zastrzeżenia budzi recenzja. Bardzo krótka i gdyby nie 3 utwory do odsłuchania jej objętość prezentowałaby się jeszcze mizerniej. Do tego nie za bardzo rozumiem pierwsze zdanie, czyżby Kevin Martin doznał rozdwojenia jaźni biorąc samego siebie pod skrzydła? Pozdrawiam!

heliosphaner
heliosphaner
13 lat temu

sprawdziłem ten album tylko dlatego, że trafił na 1 miejsce na metacritic.com jak narazie w tym roku. muszę przyznać, że ragowo-dancehallowych dźwięków do tej pory nie znosiłem, ale przez London Zoo może to się zmienić, ale tylko w przypadku takich płyt jak London Zoo 🙂

Polecamy