Wpisz i kliknij enter

Clark – wywiad

Chrisa Clarka właściwie nie trzeba przedstawiać. Niegdyś cudowne dziecko Warpa i nadzieja elektroniki, dziś jeden z ostatnich prawowitych spadkobierców jej długoletniej tradycji, którą nie tylko odświeża, ale poza ramy której daleko wychodzi.
Chrisa Clarka właściwie nie trzeba przedstawiać. Niegdyś cudowne dziecko Warpa i nadzieja elektroniki, dziś jeden z ostatnich prawowitych spadkobierców jej długoletniej tradycji, którą nie tylko odświeża, ale poza ramy której daleko wychodzi. Po genialnym „Body Riddle” z 2006 roku, w 2008 światło dzienne ujrzał czwarty album Brytyjczyka – bezkompromisowy „Turning Dragon”, który artysta promował w Cieszynie na Festiwalu Nowa Muzyka. Po występie Clark zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań dla naszego serwisu. Pomimo wyraźnego zmęczenia, mówił chętnie i wyczerpująco.

Po pierwsze, gratuluję „Turning Dragon”. To naprawdę niesamowite, jak Twoja muzyka ewoluowała na przestrzeni lat. Tym razem jest to bardziej taneczny kierunek. Co skłoniło Cię do tak radykalnego zwrotu w stronę parkietu?

Dzięki za miłe słowa. Dla mnie to nie było radykalne posunięcie, ponieważ tak naprawdę zawsze robiłem kawałki w tym stylu. Nawet w trakcie prac nad „Body Riddle”, ale również podczas koncertów. To zawsze był element mojej twórczości, a „Turning Dragon” jest po prostu kolekcją najmocniejszych momentów tego elementu. Nie czułem jednak, że odbiegam od swoich wcześniejszych dokonań. Tak wydaje się ludziom, którzy cię nie znają, lub nie wiedzą w jaki sposób tworzysz. Nie pracuję nad jedną określoną rzeczą przez cały czas. Kiedy pisałem utwory na „Body Riddle”, robiłem jednocześnie mnóstwo dzikiego raveu i agresywnego techno. To wszystko działo się w tym samym czasie, co nagrywanie „Body Riddle”, ale tak wygląda przedstawianie swojej twórczości światu – wydaje się, że wszystko odbywa się w odrębnych fazach, podczas gdy w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Kiedy wyszedł „Turning Dragon”, komponowałem sporo ambientu i muzyki instrumentalnej. Nie wiem, może ludzie widzą ten proces w bardziej uproszczony sposób?


Clark podczas Festiwalu Nowa Muzyka
Clark @ FNM08 from yantei on Vimeo.

Są jakieś szanse na usłyszenie tego ambientowego materiału?

Pewnie kiedyś to opublikuję. Nie chcę wydawać zbyt wiele muzyki, przez wzgląd na samą muzykę. No chyba, że będę umierał. (śmiech)

Może lepiej nie wywołujmy wilka z lasu. Jak pracujesz nad nowymi utworami? Masz jakiś ustalony plan czy to raczej spontaniczny proces?

Nie mam żadnej gotowej formy. To jest tak, że startuje się z pewnym wzorem w umyśle i trzeba się na nim niezwykle skupić, odrzucając z góry ustalone zasady, ponieważ ten wzór szybko ucieka. Często przystępuję do pracy ze swego rodzaju naukowym podejściem, o którym wiem, że i tak zostanie zastąpione kompletnie innym uczuciem, zupełnie nie związanym z nauką, lecz opartym na intuicji. Można powiedzieć, że wszystko zaczyna się w głowie. Na przykład wpadasz na pomysł typu: „Dobra, nagram dwa tysiące różnych rodzajów stopy perkusyjnej”, następnie realizujesz ten pomysł z naukową postawą – chłodną i obiektywną – i nagle słyszysz tę jedną jedyną stopę, która naprawdę ci się podoba i wybierasz właśnie ją. Wkręcasz się w to głęboko na godziny, na dziesięć godzin. Czas zanika, jesteś totalnie pochłonięty muzyką. Nie zawsze tak jest, ale kiedy jest dobrze, tak właśnie to wygląda.

Biorąc pod uwagę dostęp do softwareu i hardwareu i ich niemal nieograniczonych możliwości, dodawanie kolejnych elementów do utworu musi być bardzo kuszące. Masz trudności z finalizowaniem kawałków?

Czasami. Może nie trudności, ale… To świetna sprawa, kiedy oczywistym staje się w jaki sposób powinienem coś zakończyć. Ale jeśli tego nie robię, to wcale nie z lenistwa. To nie jest tak, że nie kończę kawałka, bo mi się nie chce. Z tego powodu nie lubię mówić, że utwory są zakończone. Sporo czasu zajmuje mi zadecydowanie o tym, czy naprawdę zyskały ostateczny kształt, ponieważ zawsze istnieje szansa, że wniesiesz do nich coś nowego. Trzeba też pamiętać, żeby to kontrolować, ponieważ łatwo można przekombinować. Nigdy tego nie robię. Jeśli nie znajduję przyjemności w pracy nad jakąś rzeczą, po prostu przestaję i zajmuję się kolejną. Pisanie muzyki na „Body Riddle” zajęło naprawdę dużo czasu, nad niektórymi utworami siedziałem dwa lata. A z drugiej strony, niektóre z nich potrzebowały zaledwie pięciu minut, więc to naprawdę dziwne. Trudno powiedzieć, jak to wygląda. Trudno powiedzieć, czy jakiś kawałek brzmiałby lepiej, gdyby popracować nad nim dłużej. Wiele z moich najlepszych utworów powstało bardzo szybko, w dwie lub trzy minuty.

Dwie, trzy minuty na kawałek?!

Tak! Jest coś, co tracisz, kiedy przeciążasz kawałek. Może muzyka staje się bogatsza i wielowarstwowa pod względem technicznym, ale czasami traci esencję.

I w rezultacie przytłacza.

Tak, bo jest tego zbyt wiele. Wszystkie moje ulubione kawałki powstały w dużym podekscytowaniu. Zawsze jest tak, że mam spotkać się z przyjacielem albo dziewczyną i się spóźniam. Dziewczyna przyjeżdża pociągiem, który przybywa o godzinie, powiedzmy, 11:10, a mnie w dalszym ciągu nie ma na dworcu, ale nie mogę się pojawić, bo muszę, po prostu muszę pisać muzykę. Muszę poddać się temu inspirującemu impulsowi. To są kawałki, które sprawiają największą frajdę. To niesamowite, bo nie zostały zaplanowane, nagle pojawiają się znikąd, a ty masz dwie minuty, by je zanotować. I wtedy wiesz, że to wszystko, że są skończone. Nie potrzebują już niczego, a wszystko, co dodasz, będzie zwyczajnie zbędne.



Ale te utwory nie pojawiają się zbyt często. Masz pewną pulę takich, po czym wracasz do naukowego stanowiska. Moim zdaniem to byłoby bardzo nudne, gdyby utwory powstawały według tylko jednej metody. Pisanie muzyki zawsze daje mi mnóstwo przyjemności, ponieważ wiąże się z wieloma różnymi aspektami. Lubię materiał, które doprowadza ludzi do szaleństwa, ten bardziej „stechnicyzowany” i pełen detali. Tak naprawdę to nie jest sztuka, lecz rzemiosło. Uwielbiam to, ale najlepsze utwory zawsze są oparte na instynkcie i jakimś przebłysku natchnienia. To one są najbardziej pamiętne ze wszystkich. Co ciekawe, to niekoniecznie są najlepsze kompozycje do słuchania, ale niosą ze sobą to, co dla mnie najbardziej wartościowe. Budowanie tych kawałków było niezapomnianym przeżyciem. Nie chodzi o ich brzmienie, tylko o wspomnienia związane z komponowaniem. Często nie brzmią tak jak rzeczy, którym poświęciłem więcej czasu, ale to właśnie te „małe głupie kawałki” lubię najbardziej.

Z tego co wiem, sam nagrałeś partie perkusji na „Body Riddle”. Brałeś lekcje?

Nie, jestem samoukiem.

Nieźle jak na samouka. Grasz jeszcze na czymś?

Nie powiedziałbym, że gram, ponieważ trzeba robić to codziennie i zrezygnować z wielu innych rzeczy, żeby móc powiedzieć, że jest się np. gitarzystą. Ja gram na instrumencie bardzo intensywnie, po czym zaczyna mnie to nudzić i, no wiesz, po prostu to rzucam. Gra na bębnach podczas nagrywania „Body Riddle” była świetnym doświadczeniem. Chciałem sprawić sobie zestaw perkusyjny, bo nigdy takiego nie miałem. Ćwiczyłem na poduszkach, ponieważ mieszkałem w szeregowcu a moi sąsiedzi mieli dzieci, więc nie mogłem za bardzo hałasować. Więc na poduszkach ćwiczyłem, a perkusję do sesji nagraniowej pożyczyłem. (śmiech) Ale to była słuszna i potrzebna dyscyplina – kiedy uderzasz pałką w poduszkę, dźwięk jest gówniany, więc musisz włożyć w to więcej siły. Takie umiejętności szybko się traci. Nie grałem od roku i kiedy słucham „Body Riddle”, nie mogę uwierzyć, że to ja zagrałem! Tak dawno nie ćwiczyłem, że teraz nie wyobrażam sobie powtórki. Chociaż jestem pewien, że gdybym się przyłożył, poradziłbym sobie.

Co robiłeś zanim zająłeś się muzyką?

Nie wiem, co chcesz wiedzieć. Wydaje mi się, że ludzie często koloryzują, kiedy opowiadają o swoich wczesnych doświadczeniach muzycznych, sprawiają że brzmi to bardziej lub mniej zgodnie z tym, jak naprawdę było. Dla mnie tworzenie muzyki jest czymś, co robię od zawsze i chyba nie mogę wyjaśnić tego inaczej, odwołując się do jakichś historyjek. Odkąd pamiętałem, czułem nieodpartą potrzebę komponowania. Podpisanie umowy z wytwórnią płytową było dla mnie oczywiście wzniosłym wydarzeniem, ale szybko przyzwyczaiłem się do tego faktu. Pamiętam kontrakt z Warpem, byłem bardzo zadowolony z tego powodu, no ale wiesz, po prostu do tego przywykłem. To już prawie dziesięć lat i wydaje się to bardzo naturalne. Tak naprawdę nigdy nie robiłem niczego innego.

Szczęściarz!

Nie do końca, bo przez kilka lat wykonywałem parę nieciekawych robót – jako dostawca pizzy, sprzątacz, pracownik fabryki, tego typu gówno. Miałem wtedy 15 lat i to były naprawdę fatalne zajęcia, więc zdecydowałem, że już nigdy, przenigdy do nich nie wrócę.

Twoja muzyka jest często określana cokolwiek niezręcznym terminem „IDM”. Niezręcznym, bo ja słyszę w niej patenty z tak różnych półek jak hip-hop, krautrock czy ambient. Czujesz się w jakikolwiek sposób związany z tymi szeroko pojętymi gatunkami?

Nie czuję się specjalnie związany z żadnym konkretnym gatunkiem. Nie wiem jak to się odnosi do samej muzyki, ponieważ ludzie puszczają mi czasami rzeczy, których nie określiłbym mianem IDM-u, na przykład Autechre, których zresztą uwielbiam, ale nigdy nie myślałem o nich w kategoriach „inteligentnej muzyki tanecznej”. Dla mnie to zawsze było techno. Zacząłem pisać muzykę w wieku 16 lat, kiedy to pojęcie jeszcze nie istniało. Słuchałem wtedy Jeffa Millsa, Derricka Maya, projektu Drexciya, dużo wczesnego Detroit techno. Takie szufladkujące określenia sprawiają, że czuję się, jakby ktoś uprowadzał moją muzykę, zabierał ją ode mnie. Myślę, że nawet „Body Riddle” to płyta techno. Ludzie potrzebują etykiet i techno to właściwie taka sama szufladka. Nigdy nie myślałem o swojej twórczości, że podpada pod IDM, postrzegałem ją raczej jako techno, zresztą w bardzo luźnym sensie.

No bo czym jest właściwie IDM? Z jednej strony słowem-kluczem, z drugiej – pustym symbolem.

Moim zdaniem oznacza on więcej dla ludzi, którzy go używają opisując muzykę, niż dla tych, którzy ją tworzą.



Pewnie tak. Zmieńmy temat. Jak różni się praca w studio od koncertów i w której przestrzeni czujesz się lepiej?

Zdecydowanie bardziej wolę samotną pracę studyjną. Czuję się znacznie bardziej rozluźniony podczas pisania muzyki niż wykonywania jej na żywo. Uwielbiam koncerty, ale jestem raczej entuzjastą pracy w studio. Lubię takie odosobnienie, pozostawanie poza zasięgiem wzroku.

Stwierdziłeś kiedyś, że gdyby nie muzyka, skończyłbyś z poważnymi problemami psychicznymi. Co chciałeś przez to powiedzieć?

(śmiech) No cóż, muzyka to swego rodzaju terapia. Nie jestem typem depresyjnym, bo zamiast wpadania w dołek, czuję wzburzenie i agresję. To oczywiście nie jestem prawdziwy ja, ale gdybym nie miał muzyki, nie potrafiłbym funkcjonować. To mnie przeraża – myśl, że nagle nie byłbym w stanie niczego napisać. Jeżeli jest coś, czego naprawdę się boję, to właśnie to. Nienawidzę tej myśli.

No dobrze, a dlaczego przeprowadziłeś się do Berlina? Czy to bardziej przyjazne miejsce dla artystów niż Anglia?

Zdecydowanie tak. Berlin to niesamowite miasto. Nie nauczyłem się jeszcze niemieckiego, ale będę pobierał lekcje. (śmiech)

Żartujesz.

Nie, mówię poważnie!

A co z Polską? Grasz tu po raz drugi. Jak odbierasz nasz kraj i jego mieszkańców?

Bardzo, bardzo dobrze. Niebywała, zajebista publiczność, która zdaje się mieć szerokie horyzonty. Podoba mi się, że tutaj, w Cieszynie, można obok siebie zobaczyć zarówno zespoły, jak i ludzi takich jak ja, solowych wykonawców elektroniki. To idealny układ, który nieczęsto się zdarza, jest przecież tyle imprez, na których są tylko DJ-e, albo tylko live acty, albo tylko zespoły. Myślę, że to wszystko powinno zostać połączone ze sobą, tak jak tutaj. Podoba mi się też miejsce festiwalu, naprawdę piękna lokalizacja.

Powiedz na koniec, jakie są Twoje plany na przyszłość? Kiedy pojawi się następca „Turning Dragon”?

Nie wiem. Trudno powiedzieć, a nie chcę nikomu dawać złudnych nadziei. Może w przyszłym roku. Nie ma żadnej presji z zewnątrz, ale wywieram presję sam na sobie, czasami aż za bardzo. Dobrze jest wypuścić muzykę w eter, ponieważ to pozwala skoncentrować się na nowych rzeczach, ale… Powiem tak: płyta ukaże się wkrótce. (śmiech)

W takim razie nie mam więcej pytań. Dziękuję za rozmowę!

Nie ma sprawy!







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
6 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
O
O
12 lat temu

graśny wywiadzik.

mallemma
mallemma
13 lat temu

sounds nice.

PiNkNOiSe
PiNkNOiSe
13 lat temu

spoko koleś.

hmm
hmm
13 lat temu

Jak kolezanka ponizej, wywiad bardzo fajny i dobrze pokierowany.

Avell
Avell
13 lat temu

świetny wywiad, czytało się go bardzo naturalnie – jak słuchanie rozmowy dwóch kolegów, hehe.

kubeł
kubeł
13 lat temu

Świetny wywiad. Clark nagrywa ambient – to musi być coś wyjątkowego. Ciekawe, czy kiedykolwiek ukaże się na CD. Pewnie pod jakimś pseudonimem…

Polecamy