Miłka potrafi stworzyć odpowiedni klimat kilkoma delikatnymi gestami, jednym zdaniem zagajenia, tak że już przed pierwszą piosenką na sali zapanowała przyjemna aura. Pomocne na pewno były stonowane światło i wystrój przestrzeni. Refleksyjne, lapidarne teksty odśpiewywane od niechcenia, matowym głosem rozchodziły się powoli po sali i opadały na słuchaczy. Po godzinie planowej obsuwy, kiedy zgromadzona licznie widownia zdążyła już przywyknąć do lecących w tle klasyków reggae (ciekawe jak miały się one odnosić do twórczości koncertujących tego wieczora?) Miłka i Jacaszek umieścili się w małej wnęce na nieznacznym podeście, po czym wokalistka zapowiedziała szalenie kameralny koncert, co trzeba przyznać od razu – znalazło potwierdzenie w zaprezentowanych dźwiękach. Choć momentami można było zastanawiać się, czy to jeszcze kameralność czy tłok [to jeśli chodzi o przestrzeń widowni]. Lub – czy to wciąż kameralność, czy pewne niedopracowania w materii dźwiękowej.
Miłka potrafi stworzyć odpowiedni klimat kilkoma delikatnymi gestami, jednym zdaniem zagajenia, tak że już przed pierwszą piosenką na sali zapanowała przyjemna aura. Pomocne na pewno były stonowane światło i wystrój przestrzeni. Refleksyjne, lapidarne teksty odśpiewywane od niechcenia, matowym głosem rozchodziły się powoli po sali i opadały na słuchaczy. Sądząc po reakcjach publiki wszyscy byli oczarowani, a przynajmniej mile zaskoczeni.
Pewnie przede wszystkim Miłką, Jacaszek, co było do przewidzenia, pozostawał w cieniu. Zaczął delikatnie, od plumknięć, które nachodziły na siebie, tworzyły narastającą podbudowę. Na tej podstawie Jacaszek tworzył efemeryczne, bardzo subtelne konstrukcje, pojawiały się klawiszowe motywy. Miały one bardzo charakterystyczne, zmiękczone retro-brzmienie i jak dla mnie, to one nadawały smak całośći. Momentalnie pojawiały się bardzo delikatne szumy, czasem też zsamplowana perkusja.
Ogólnie nie mogę specjalnie narzekać, specjalnie w znaczeniu – bardzo.
![]() | ||
Jednak trochę muszę. Po pierwsze były momenty, kiedy dało się wyczuć, że materiał prezentowany, nie jest jeszcze ograny. Czasem dźwięk nie był idealnie spleciony z wokalem, jakby trochę się obie warstwy rozjeżdzały.
Poza tym, szczerze powiedziawszy to o ile wokal zadowalał mnie w pełni, to muzycznie nie były to jakieś fajerwerki, ani w brzmieniach, ani w rozwiązaniach aranżacyjnych. Były takie chwile, gdzie aż prosiło się o jakąś wariacje w temacie, ciekawych instrumentalny chwyt z jazzowym (barowym) feelingiem. Jednak instrumentalne chwyty nie były możliwe, gdyż poza Jacaszkiem nie było innych muzyków. Wyglądało to tak, jakby materiał miał być sprawdzony, odegrany, żeby zobaczyć, jaki efekt wywiera, piosenki chyba rzadko przekraczały trzy minuty. Dlatego ledwie udało mi się wejść w świat przedstawiony w jakimś tekście, już mnie z niego wyganiano i musiałem dopasowywać się do kolejnego. Choć nie były to bolesne przeprowadzki, ani stylistyczne przepaście, to brakowało czasu na rozsmakowanie się
W dodatku koncert w całości (razem z bisami) trwał około trzech kwadransów. Doprawdy, liczyłem na więcej i nie mam tu na myśli tylko wymiaru czasowego.



Skomentuj