Wpisz i kliknij enter

Nouvelle Vague – Warszawa, Palladium

Już nieco po 20.00 w warszawskim klubie „Palladium” na pierwszy ogień poszły hiciory takie jak „Dancing With Myself” Billyego Idola, ale w takim tłumie raczej ciężko było postępować zgodnie ze słowami piosenki, bo trzeba przyznać, że frekwencja była miażdżąca. Kotletów nie było

Już nieco po 20.00 w warszawskim klubie „Palladium” na pierwszy ogień poszły hiciory takie jak „Dancing With Myself” Billyego Idola, ale w takim tłumie raczej ciężko było postępować zgodnie ze słowami piosenki, bo trzeba przyznać, że frekwencja była miażdżąca. Wypełniona po brzegi sala dawnego kina przypomniała raczej scenerie pod rockowy koncert, niż event z muzyką lounge. Nouvelle Vague grają same covery, ale i wśród nich są te bardziej i mniej znane. Warszawski koncert zaczęli od tych pierwszych: mogliśmy usłyszeć „Ever Fallen In Love” Buzzcocks i „Blue Monady” New Order. Stołeczna publiczność, często „trudna”, tym razem w pełni dała się ponieść Francuzom i „jadła im z ręki”, zarówno przy latynoamerykańsko brzmiących numerach, jaki i tych z nutką seksapilu, nawiązujących do chanson francaise.

Choć dało się odczuć, że cały występ jest odtwarzanym w kolejnych odsłonach show, to nie można odmówić mu siły sprawczej. Interakcyjne zachowanie członków zespołu, a szczególnie wokalistek Mélanie Pain i Nadeah, wisząca między nimi chemia, do tego gra świateł i aktorsko-akrobatyczne popisy zaspokoiły tych, którzy w sobotę przyszli się rozerwać. Po „To drunk to fuck” kontakt z publiką został już zaciśnięty i nie tracił na sile do samego końca. Muzycy przyznają się do częstowania publiki whisky podczas wykonywania tego numeru, ale przy edycji warszawskiej było to zbędne, poradziliśmy sobie bez „wspomagaczy”, a egzamin z refrenu publiczność zdała śpiewająco. Entuzjazm wywoływały również zwroty skierowane łamaną polszczyzną w kierunku tłumu.

Kiedy sala była już pod władzą Francuzów, muzycy przystąpili do zmagań z materią najlepiej im znaną, czyli loungowo zaaranżowanych piosenek. Było „God save the queen” Pistolsów i „Just Cant Get Enough” Depeche Mode. Trzeba tu jednak przyznać, że koncertowa wersja Nouvelle Vague jest znacznie mniej wygładzona, a wykonując utwory o przecież nowofalowej proweniencji coś z werwy oryginałów udaję się zespołowi zachować. Szczególnie było to zasługą Nadeah, która przynajmniej do połowy koncertu zdominowała Mélanie swoim temperamentem. Potrafiła wykrzesać z siebie iście rockową iskrę, tańcząc jak opętana w stylu Iggiego Popa. Druga z Pań później podjęła dialog z koleżanką i swoim aksamitnym głosem ukołysała całą salę.

Choć Marc Hollin i Olivier Libaux z pewnością są profesjonalistami, to nie usłyszeliśmy żadnych muzycznych popisów tych panów, bo nie o to zresztą Nouvelle chodzi. Wyjątkiem było tu długie solo, które pod koniec koncertu na swoim elektrycznym kontrabasie wykonał Gerald Toto, używając do tego smyczka. Same wokalistki łapały czasem „drive” i słychać było wtedy, że to nie tylko wykalkulowany sceniczny show, ale i prawdziwe emocje przebijają się w tych głosach. Ciekawostką jest, że Olivier Libaux praktycznie przez cały koncert korzystał jednie z gitary akustycznej podpiętej pod wiele efektów, a trzeba przyznać, że momentami muzyka brzmiała bardzo rockowo. Zarzucanie Nouvelle Vague żerowania na gotowych piosenkach, spłaszczania ich sensów i grania do kotleta nie ma tu większego sensu. Takie rozważania zostawmy lepiej Theodorowi Adorno. To, co robią Francuzi to przyjemna i lekka muzyka do słuchania, do której na żywo dodają sporą dawkę energii. Muzyka kwartetu miała sprawiać, że będziemy się świetnie bawić – i tak właśnie było.















Jest nas ponad 16 000 na Facebooku:


Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecamy