Wpisz i kliknij enter

Perlonex – Tensions


Ładny prezent sprawiło sobie na piąte urodziny berlińskie trio Perlonex. Jego członkowie: Ignaz Schick (gramofony, przedmioty, elektronika), Jörg Maria Zeger (gitara elektryczna) i Burkhard Beins (perkusja, przedmioty) zaprosili do wspólnego improwizowania Charlemagne Palestine’a i Keitha Rowe. Na album „Tensions” składają się dwa sety o podobnym czasie trwania (trochę ponad 40 minut) zarejestrowane na żywo, 11 września 2004 roku, każdy z jednym z gości.
Na pierwszej płycie do tria dołącza Rowe, który gra na tabletop guitar. Całość otwierają pojedyncze sygnały, niczym z echosondy, które sprawiają niemal ambientowe wrażenie. Z czasem zaczynają się rozmywać i pojawia się coraz więcej innych dźwięków, a około 16 minuty następuje wyraźne podniesienie głośności i są to najlepsze minuty koncertu.
Cała masa dźwiękowa dobrze brzmi razem, stopniowo nabiera głębi (i wagi: średnio-ciężkiej), dochodzą kolejne warstwy, a przy tym muzyka jakby powoli wtapia się, rozpuszczając materiał stawiający początkowo opór. Około 21 minuty następuje wyciszenie – pamiętam, że gdy pierwszy raz słuchałem tego nagrania, w tym momencie zacząłem zaklinać artystów: „tylko tego nie spieprzcie!”. Aż tak mocnego słowa na to, co dzieje się dalej nie użyłbym, ale jest cokolwiek mniej interesująco. Dalsze 8-9 minut to jakby echo tego, co już zostało zagrane, z tą różnicą, że z dodatkiem posuwistych niskich częstotliwości. Potem muzycy idą w dość gładkie płaszczyzny z porozciąganymi gitarowymi dźwiękami, które są doprawione elektroniką i drobnymi dźwiękami perkusyjnymi. Jest dobrze, ale jednak poniżej moich (być może zbyt wygórowanych) oczekiwań.
Odniosłem wrażenie, że grający nie podjęli wyzwania, które sami sobie rzucili. Nie potrafili interesująco kontynuować i rozwinąć improwizacji po momencie kulminacyjnym. Że nie musiałoby to polegać na dźwiękowej demolce i jechaniu po bandzie, przekonuje drugi krążek. Tutaj wita nas Palestine w roli konferansjera (grać będzie na fortepianie i klawiszach) – opowiada o wyjątkowości tego wydarzenia – o tym, że jest to przyjęcie urodzinowe i składa Perlonexowi życzenia. Ten set również rozpoczyna się od pojedynczego dźwięku – stałej nuty z klawisza (która trochę naśladuje kościelne organy, ale i instrument inny, i akustyka nie ta). Do tego dochodzą pojedyncze nuty fortepianu i metaliczny dźwięk, którego źródłem jest bodaj talerz perkusyjny rysowany pałką. Klawisze stają się źródłem dronu, który jest wzmacniany przez pozostałych muzyków. Gdy Palestine pierwszy raz odważnie uderza w klawiaturę grand piano wrażenie jest niesamowite, tym bardziej, że otwiera się elektro-akustycznaotchłań, która ciągle mutuje.
Co ciekawe, tutaj też dochodzi do wyciszenia po plus-minus 20 minutach gry. Potem jednak dzieje się wiele ciekawych rzeczy, które bynajmniej nie sprawiają wrażenia, jakby instrumentaliści zastanawiali się „jak dobrnąć do końca”. Beins, odważniej używając przedmiotów, wchodzi w dialog z Palestinem, Schick natomiast wrzuca trochę szorstkiego noise’u (stosuje go wyłącznie miejscowo), co jakiś czas wyłania się bucząco-pomrukująca warstwa elektroniki (jakby za ścianą pracowały jakieś maszyny), jest też rzut oka w stronę stylu gry Chrisa Abrahamsa. Naprawdę moc atrakcji, cała imponująca ciągłość nieciągłości zasługująca na oklaski. No i na sam koniec – są oklaski.
Druga płyta jest na pewno bogatsza w wydarzenia, ale nie to sprawia, że bardziej przypadła mi ona do gustu. Nigdy nie byłem fanem
„akcji” kosztem „skupienia na dźwięku”, jakkolwiek definiować tą opozycję. Oceniając po nagraniu, z perspektywy słuchacza, który nie był na koncercie, odniosłem wrażenie, że gra z Palestinem pchnęła Perlonex w nowe terytoria. Oczywiście, znaczenie ma też to, że jego instrumenty zaoferowały zupełnie inne brzmienia (i przez to stworzyły
inny kontekst, pewne napięcie) niż te, którymi operuje trio. Generalnie i całościowo – dobry album, jednak wygląda na to, że częściej będę sięgał po drugą płytę.
2006







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy

Baasch – Noc

Once upon a night, seven clubs away