Wpisz i kliknij enter

WEF Main Event – nasza relacja

Cztery dni, ponad 40 artystów, w czterech miejscach Warszawy. Wszystko w duchu innowacji, kultury nowych mediów, inspiracji technologią. Elektroniczny worek jest bardzo pojemny, szybko rozszerza mieszcząc różnych wykonawców, poszerzając się o kolejne gatunki. Część zawartości, w młodopolskim, ambitnym wykonaniu była do usłyszenia na czterodniowym evencie przygotowanym przez pasjonatów skupionych przy Warsaw Electronic Festivalu. Pasja to dobre słowo. Grupa idealistów i miłośników muzyki, odkrywa szerokiej publiczności paletę dźwięków – niekomercyjnie, za darmo, wkładając swój czas i energię, spełniając się przy tym. To środowisko sprzyja promocji i rozwojowi, staje się otwartą agorą, gdzie można zaprezentować swoje muzyczne ja i spotkać się z weryfikacją. Widać to po tegorocznym line-upie, gdzie wśród uznanych już w dość hermetycznym środowisku nazwisk regularnie pojawiają się nowi amatorzy laptopowych wariacji.

Jak w słowach streścić zmasowany atak na zmysły? Napisać że królowała muzyka, to duże niedopatrzenie. Muzyka grała pierwszorzędną rolę, ale należy podkreślić rolę obrazu – podczas występów zsynchronizowanego z dźwiękiem, generowanego przez czołówkę polskiej vjki – multimedialnych instalacji, warsztatów.

Festiwal zainaugurowała słynna już Laptop Orkiestra. Pionierski projekt – kilkunastu wykonawców, synchronicznie i płynnie tworzy na żywo kolaż dźwięku i obrazu. Każdy ma swoją określoną rolę i sekwencję, porzuca swoje muzyczne wcielenie aby stać się trybikiem w mini-orkiestrze, improwizując w ramach ustalonego schematu. Kolektywność orkiestry i ostateczny efekt tego wymaga. Po niej zaprezentował się Gold Plated Face, projekt Jarka Grzesicy, śmiałe połączenie medytacyjnego ambientu i inspiracji miejską przestrzenią. Nocami, w Obiekcie Znalezionym festiwal przeradzał się w klubową imprezę, przy stylowej elektronice. Znów generalizacja do jednego określonego rodzaju byłaby błędem – ilu wykonawców, tyle inspiracji. Od podrasowanego na potrzeby miejsca i okoliczności industrialu, ambientu, glitchu ala Pleq, po breakbeat i IDM serwowany przez K-nota.

W drugim dniu miejsce akcji przeniosło się do Zaklętych Rewirów i kina ILUZJON, osobliwego połączenia kina z klubokawiarnią. Tam, w ascetycznej sali kinowej wystąpił m.in.: Xlorite, Guiddo, Nmls, Krzysiek Cybulski, Zen Lu. Ogromna przestrzeń uginała się pod dźwiękami, potęgując efekt odbioru, a wyświetlane na wielkim ekranie kinowym (!) popisy vjów dopełniały efektu – zwłaszcza przy występie Zen Lu, inżyniera dźwięku z Chin, który niczym Robert Henke, skupiony przy swojej maszynerii, dźwięk po dźwięku ewaluował strukturę swojego występu, w oparach ambientu i droneu. Dźwięk i obraz najpełniej zlały się w jedność. Tak, Budda był z nami. Improwizację godną największych elektronicznych person zaprezentował duet Xlorite – Cybulski. W specyficznej, inspirującej aurze kina stworzyli spontaniczny, mocno dekonstruktywistyczny, przebogaty dźwiękowo set.

Mocnym, eksperymentalnym wejściem rozpoczął się trzeci dzień, w którym w którym wspólnym mianownikiem była minimalistyczna elektronika, noise, ambient. Wystąpił Bionulor, solowy projekt Sebastiana Banaszczyka i jego autorska metoda „100% sound recycling”, gdzie każdy sampel poddawany jest drobiazgowej obróbce i eksploatacji, Krzysztof Orluk, który po swoim albumie Bluured Reflection wydanym w Databolem, wpisał się w sukcesy polskich elektroników, nie tylko na krajowym podwórku. Taki również – jak na niego przystało – wysokiej jakości set zaprezentował. Również Kim_Nasung, sięgający po surowe dźwięki noiseu, eksperymentalnego ambientu.

ChoP – Projekt China-Poland, czyli chińsko-polskie spojrzenie na muzykę w pełnej synergii, utrzymane w gatunku dyskretnej elektroakustyki, ambientu w wykonaniu ZenLu i Grzegorza Bojanka. Ujmuje wydobywająca się z niej sugestywna melancholia i wrażliwość. To już drugi raz, na przełomie dwóch dni można było się przekonać, że Chiny to nie tylko masowa, bezmyślna produkcja, a muzyka to uniwersalny język który pokonuje granice.

Soniczne eksperymenty gościa z Japonii – Testuyi Horiego. Podczas jego performeanceu wykorzystywał przedmioty, które kojarzą się z doraźnym użytkiem. Butelka z piwa, która stała obok sprzętu, nie została wbrew pozorom wykorzystana do picia, ale do… procesu twórczego. Na scenie używał wody, butelek, przelewał ją do różnych naczyń, wychwytując dźwięki i z nich konstruując złożoną strukturę swojego występu. Wielka fantazja i umiłowanie innowacji. Tegoroczny azjatycki zaciąg na festiwalu, pokazał zupełnie nową perspektywę, wyjście poza obręb wcześniej przygotowanej sekwencji plików.

Wieczorem – tradycyjnie, po kontemplacji w zacnych murach Zachęty przy skupionym ambiencie, impreza w Obiekcie Znalezionym, przy żywszych rytmach. Capitan Commodore i pełna psychodelii imprezowa elektronika. Commodore miał już przyjemność nagrywać dla DJ Hella i jego International Deejay Gigolo Records . Nic dziwnego że jego muzyka urzekła Hella – potężnie energetycznie, mocno podbite electro i techno, wśród obrazów tworzonych – a jakże! – przez kolektyw MicroKino, przedstawiające screeny z gier nieśmiertelnej Commodore 64. Nostalgiczny powrót do przeszłości, przy potężnym uderzeniu – wrażenia gwarantowane. Przed i po występie Commodorea zaprezentowali się znani warszawskiej publiczności dje – Michał Wolski i Mikołaj Menes, chociażby z występów w kolektywie Funfte Strasse, czyli chwytliwe, taneczne dźwięki, skutecznie uciekające od sztampowości i gatunkowej jednorodności.

Specjalnym gościem, który wystąpił w Zachęcie na zakończenie festiwalu był brytyjski duet ISAN. Powrotem po 4 latach pokazali raz jeszcze wielkie nieodkryte przestrzenie i fenomen własnej muzyki. Tak jak pisał w recenzji nowego krążka ISAN Paweł Gzyl, tak też było podczas ich koncertu – emotronika wróciła i urzeka ciepłem, subtelnością, swobodą, wprowadzając w marzycielski, niemal kołysankowy idmowy klimat.

To nie tylko domena muzyków wziętych z modnych chillout roomów i lounge barów. Delikatna elektronika także ma odniesienie, ISAN znajdujące złoty środek, tworząc piękno emotronicznych melodii zawieszonych między brzmieniem starych syntezatorów z poprzedniego wieku a futurystycznym rozdźwiękiem. Usłyszeć można było utwory z nowej płyty – Channel Ten, Device, East Side, i ze starszych, znany z Meet Next Life utwór First Date, czy Amber Button z Plans drawn in pencil.

Nie wszystko udało się ująć, masa występów, pozytywnych i spontanicznych emocji, rozmów, wymiany inspiracji i spostrzeżeń – ich częstotliwość przygniatała. Jeżeli wciąż macie wątpliwości, czy mityczna kategoria polska elektronika ma odniesienie w rzeczywistości, to umówmy się, że będzie to niezobowiązująca zachęta i zaproszenie na kolejne występy sygnowane przez WEF (najbliższa okazja Plum! Festiwal). Zobaczycie tą lepszą i prawdziwą część. Bo istnieje, ma się dobrze, i sądząc po nabieraniu rozmachu będzie jeszcze lepsza.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
mtvraps
mtvraps
11 lat temu

z moich informacji to wcale nie taka przyjemność z tym nagrywaniem u hella…

a isan na maxa kołysankowo 😛

bojanix
bojanix
11 lat temu

Bo pierwszy dzień był raczej dniem „rozgrzewkowym”. Pewnie, że było trochę niedociągnięć… ale wyciągamy z nich wnioski. A na ISANie było przemiło – bo to fajni goście są – nie gwiazdorzą, jak niektórzy rodzimi „znani” artyści 🙂 Nawet zostaliśmy potem w dużej grupie w sali Zachęty i wraz z ISANem pograliśmy jakąś improwizację… było zabawnie. Ale ja niestety, z wiadomych powodów, obiektywny nie jestem…

disaster
disaster
11 lat temu

byłem na otwarciu, szukałem wejścia z kwadrans i nie tylko ja, w dodatku plakat o apostazji na drzwiach sugerował że bedą tam palic krzyże niestety nie było żadnych pirotechnicznych efektów, ani żadnych wizualizacji które miały towarzyszyć laptop orkiestrze, no chyba że czerwona lampka zapalona pod koniec to był ten wkład vjów 😛 dla mnie przerost formy nad treścią, na zasadzie im dziwniej tym lepiej potem miało być coś w miejscu znalezionym, miejsce znalazłem, choć wyszedłem po chwili widząc stado zblazowanych artystów i ceny piwa.. stwierdzam, żaden underground, raczej sytuacja do pobrylowania przed resztą.. na isanie nie byłem ani na reszcie bo pierwszy dzien mnie zbyt odstraszył, ale to tylko MHO i jeśli sie komuś podobało to spoko.

Polecamy