Wpisz i kliknij enter

PVT – Church With No Magic


Dwa dotychczasowe albumy grupy PVT (dawniej Pivot, widzieliście ich na zeszłorocznym Tauron Festiwalu Nowa Muzyka) – „Make Me Love You” (2005) i “O Soundtrack My Heart” (2008) – zawierały intrygującą fuzję eksperymentalnej elektroniki, shoegaze i szeroko pojętego rocka z naciskiem na przedrostek „post”. Australijskie trio szybko trafiło w szeregi Warp Records, w barwach której wydało właśnie trzeci longplay. Na „Church With No Magic” PVT pozostają sobą, ale też znacznie poszerzają paletę barw o kolejne odcienie.

Mówiąc krótko, retro jak się patrzyPierwszą słyszalną zmianą jest dodanie wokalu. Śpiew Richarda Pike’a ma znaczny wpływ konstrukcję kompozycji, która stała się bardziej piosenkowa. Twórczość formacji z antypodów nabrała tym samym nieco bardziej melodyjnego charakteru. Australijczycy bardzo sprawnie i w iście ponowoczesnym stylu czerpią z niezmierzonych pokładów popkultury, przefiltrowując je przez własną wizję muzyki. Głównym źródłem inspiracji wydają się być dokonania ubiegłych dekad, szczególnie lat 70. i 80. poprzedniego wieku. Elegancki dark-synth-whatever-pop bezbłędnie miesza się tu z muzyką XXI wieku, masywne syntezatory ścierają się z potężną ścianą gitarowego zgiełku, ekspresyjny wokalista dzieli się ze światem swoim weltschmerzem, zaś wszystko jest dosłownie skąpane w mrocznej, cyfrowo-analogowej elektronice pełnej trzasków, pisków i przesterów. Całość z powodzeniem mogłaby być opatrzona logo wytwórni 4 AD. Mówiąc krótko, retro jak się patrzy.





Ambientowo-spacerockowa miniatura pt. „Community” otwiera ten niebywały album, ale jest to mylący początek, szybko zrewidowany przez drugi numer. Porywający „Light Up Bright Fires” rozpoczyna się od szklistych dźwięków typowych dla Boards of Canada, by po chwili uderzyć potężnym beatem żywej perkusji a la UNKLE. To pierwsze i bynajmniej nie ostatnie ostrzeżenie, żeby zapiąć pasy. Utwór tytułowy wiele zawdzięcza legendarnej formacji Suicide, począwszy od minimalistycznego podkładu, poprzez głos Pike’a wyraźnie nawiązujący do maniery Alana Vegi, aż po generalną atmosferę niepokoju i paranoi. W „Timeless” zestawiono ze sobą gęste tło i wyraziste perkusjonalia; rezultat przypomina skrzyżowanie Can i Pole. Psychodeliczny „Crimson Swan” odwołuje się zarówno do elektronicznych zabaw Radiohead i transowości Bauhaus, jak i… patosu U2. Mało? W obłędnym „Window” najpierw słychać dalekie echa niesamowitego „O Superman” Laurie Anderson z 1981 roku, po czym wszystko przeradza się w szorstką wersję gitarowej ballady w duchu Elbow z refrenem na skraju krzyku.

Niecodzienne tropy można mnożyć, ale rzecz w tym, że w tej swobodnej żonglerce stylistycznej, erudyci z PVT wychodzą poza inspiracje i skojarzenia – słychać w ich grze autentyczną radość, młodzieńczą (choć do najmłodszych nie należą) energię, potężnego kopa, tak zwany power. „Church With No Magic” to naprawdę znakomity materiał. Wbrew tytułowi, tak zwanej magii jest tu mnóstwo.
Warp Records, 2010







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
ladyship
ladyship
10 lat temu

świetny album!

Polecamy