Jazz Band Młynarski-Masecki – Płyta z zadrą w sercu
Jarek Szczęsny:

Jedna dla wszystkich.

Shapednoise – Aesthesis
Paweł Gzyl:

Nieznane mutacje basowych brzmień.

A Winged Victory for the Sullen – „The Undivided Five”
Mateusz Piżyński:

Ambientowe nowości z Ninja Tune

Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?

Floating Spectrum – A Point Between
Jarek Szczęsny:

Cyfrowy pomnik przyrody.

Bleu Roi – Dark/Light
Łukasz Komła:

Wiosną ubiegłego roku wsłuchiwaliśmy się w singiel szwajcarskiego projektu Bleu Roi, a przed kilkoma dniami ukazała się ich nowa EP-ka „Dark/Light”, którą przybliżamy i jednocześnie o niej rozmawiamy z Jennifer Jans.

Traversable Wormhole – Regions Of Time
Paweł Gzyl:

Adam X wraca do projektu sprzed dekady.

Sudan Archives – Athena
Jarek Szczęsny:

Do diabła z dobrymi radami.

Planetary Assault Systems – Plantae
Paweł Gzyl:

W stronę psychodelii.

Sleep D – Rebel Force
Paweł Gzyl:

Muzyczny zapach minionego lata.

Levitation Orchestra – Inexpressible Infinity
Jarek Szczęsny:

Podpalacze wzniecają eutymię.



Archive for Październik, 2019

Ben Klock wreszcie w Polsce

Tym razem to pewna wiadomość – niemiecki didżej i producent Ben Klock zagra w krakowskim klubie Fabryka w dniu 4 marca. Choć dziś znany jest, jako jeden z najlepszych techno-bombardierów, zaczynał od zdecydowanie lżejszych rytmów – house`u i electro, publikując swe nagrania nakładem WMF Records czy BPitch Control. Olśnienia doznał w połowie minionej dekady, kiedy stanął za deckami w berlińskim klubie Berghain. Natchniony jego industrialną przestrzenią, wraz z Marcelem Dettmannem i Shedem, wypracował zupełnie nowe brzmienie – post-minimalowe techno – które przywróciło długowiecznemu gatunkowi drugą (a może już trzecią?) młodość.

Swoją producencką klasę Klock potwierdził kolejnymi dwunastocalówkami oraz albumem „One”, opublikowanymi przez związaną z Berghain wytwórnię Ostgut Ton. Ubiegłoroczny miks Klocka zamieszczony na krążku „Berghain 04” potwierdził, że niemiecki didżej obecnie nie ma sobie równych w kategorii mocnego techno. Jego krakowski występ, organizowany przez młodą agencję Kultural Kolektiv będzie na pewno jednym z największych wydarzeń tego roku dla fanów gatunku.

Wkrótce info o biletach i konkurs.

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – Cyberpunk Edition

W najbliższej „Fabryce Dźwięków Syntetycznych” – cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM – edycja cyberpunkowa. Tym razem wnętrza Fabryki wypełnią się stechnicyzowanymi brzmieniami spod znaku IDM, industrial i ambient, m.in. Autechre, Frank Bretschneider, Gridlock i Hecq. Dowiemy się też czegoś o nowych technologiach.

Wtorek (25.01), godzina 21:00. Tylko w Szczecin.FM.






* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)

* Internet: Szczecin.FM

* Facebook: http://www.facebook.com/fabryka.dzwiekow.syntetycznych

Blackfield – 2 koncerty w kwietniu

Zespół pod wodzą duetu Steven Wilson-Aviv Geffen przyjeżdża do Polski promować swój nowy album Welcome to my DNA. Blackfield zagra w Warszawie (Progresja) 14 kwietnia oraz w Krakowie (Klub Studio) 15 kwietnia.

Fragmentów płyty można posłuchać na http://vimeo.com/channels/blackfield#18648464.

Bilety zamówić można na stronie organizatora koncertu – http://www.rockserwis.pl/ oraz na ticketpro.

The Young Gods trzy razy w Polsce

Na trzy koncerty przyjedzie w lutym do Polski szwajcarska legenda industrialnego rocka – The Young Gods. Grupa zagra 22 lutego w warszawskiej Progresji, 23 lutego we wrocławskim Firleju i 27 lutego w krakowskim Kwadracie.
Kiedy w 1987 roku ukazał się debiutancki album tria, krytycy padli przed nim na kolana. Wydany przez PIAS w Europie i Wax Trax! w USA krążek był pierwszą płytą niemal w całości zrealizowaną przy wykorzystaniu samplerów. Mimo elektronicznego sztafażu muzyka grupy miała ogromną moc – jej źródła tkwiły bowiem w energetycznym post-punku i agresywnym industrialu. Duży wpływ na brzmienie debiutu miał producent – Roli Mosimann – znany ze współpracy ze Swans i Wiseblood (projektem Jima Thrilwella).

Z czasem muzyka Szwajcarów znacznie rozwinęła się. Trio (a potem kwartet) pod wodzą charyzmatycznego wokalisty Franza Treichlera zaczęło eksperymentować z nowocześniejszą elektroniką – przede wszystkim ambientem (albumy „Only Heaven” czy „Music For Artificial Clouds”). Grupa odwiedzała Polskę wielokrotnie – po raz pierwszy wystąpiła w 1990 roku we Wrocławiu. Obecnie pojawi się, aby promować swój najnowszy album – „Everybody Knows” – również zrealizowany z Roli Mosimannem.

Dla naszych Czytelników mamy dwa podwójne zaproszenia na koncert w Krakowie. Otrzymają je Ci, którzy jako pierwsi w środę 26 stycznia o godz. 20. wyślą maile na adres pagzyl@dziennik.krakow.pl z odpowiedzią na pytanie: czyj cover znalazł się na pierwszej płycie The Young Gods?

Jaga Jazzist w Polsce

Czyli kolejny koncert gwiazdy z wytwórni Ninja Tune. 23 marca na scenie klubu Eskulap w Poznaniu wystąpi dziewięcioosobowy kolektyw nu-jazzowy – Jaga Jazzist, który skutecznie łączy rockową ekspresję z jazzowym warsztatem.

Jaga Jazzist wystąpiła w ubiegłym roku na festiwalu Tauron Nowa Muzyka w Katowicach.

Grupa ma na swoim koncie pięć albumów studyjnych, z których debiutancki został okrzyknięty przez BBC Radio najlepszym jazzowym albumem roku 2002 oraz występy na tak ważnych festiwalach, jak Fuji Rock oraz North Sea Jazz Festival.

Organizatorem koncertu jest Agencja Artystyczna Go Ahead.

Jaga Jazzist w Polsce

Występ kolejnej gwiazdy Ninja Tune w Polsce. 23 marca na scenie klubu Eskulap w Poznaniu wystąpi dziewięcioosobowy kolektyw nu-jazzowy – Jaga Jazzist, który skutecznie łączy rockową ekspresję z jazzowym warsztatem.
Grupa ma na swoim koncie pięć albumów studyjnych, z których debiutancki został okrzyknięty przez BBC Radio najlepszym jazzowym albumem roku 2002 oraz występy na tak ważnych festiwalach, jak Fuji Rock oraz North Sea Jazz Festival.

Bilety wkrótce na http://www.livenation.pl/.

Jaga Jazzist w Polsce

Czyli kolejna już gwiazda wytwórni Ninja Tune na koncercie w naszym kraju. 23 marca na scenie klubu Eskulap w Poznaniu wystąpi norweska grupa nu-jazzowa Jaga Jazzist. Łącząc rockową ekspresję z jazzowym warsztatem tworzący go instrumentaliści pod wodzą braci Larsa i Martina Horntveth zwrócili swoją uwagę debiutanckim albumem okrzykniętym przez BBC Radio najlepszym jazzowym wydawnictwem roku 2002.

Bilety dostępne wkrótce na http://www.livenation.pl/

Robert Babicz – Vol. 001


Ten mający polskie korzenie producent jest obecny na elektronicznej scenie już prawie dwadzieścia lat. To właśnie on był jednym z pierwszych artystów w Niemczech, którzy połączyli industrialne techno z chicagowskim acidem. Takie brzmienie na długo stało się jego znakiem rozpoznawczym – wymuszając nawet przybranie słynnego pseudonimu Rob Acid. Z czasem producent zwrócił się w stronę eksperymentalnego ambientu, czego dokumentem stały się nagrane przezeń na przełomie wieków albumy dla Mille Plateaux. Babicz nigdy nie zrezygnował jednak z klubowego grania – do dziś jest ono podstawą jego działalności. Świadectwem tego powołanie do życia wytwórni Babiczstyle, której zadaniem jest publikowanie w cyfrowej przestrzeni nagrań wykorzystywanych przez artystę podczas swych setów – w zremasteryzowanej wersji.

„Vol. 001” przynosi dwanaście utworów z bogatego archiwum Babicza – pięć nowych, sześć dostępnych wcześniej wyłącznie na winylu i jeden remiks. W przeciwieństwie do skwaszonego banalnym downtempo albumu z minionego roku – „Immortal Changes” – ta kolekcja pokazuje niemieckiego weterana od najlepszej strony.

Zestaw rozpoczyna ciepłe i organiczne granie w stylu klasycznego deep house`u – to energetyczny „Bangaday”, pulsujący dźwięcznymi partiami piania i trąbki, podbitymi masywnym turbo-basem. Nieco mocniejsze brzmienie prezentują dwie inne kompozycje – „My Blue Car” i „The Sun”. Trafiamy tutaj na motoryczny tech-house, w pierwszym przypadku podrasowany na trance`ową modłę rozwibrowanymi pasażami klawiszy w stylu BPitch Control, a w drugim – mrocznymi akordami zbasowanych syntezatorów, zaczerpniętymi z klasyki cosmic disco z połowy lat 80. Wszystko to przygotowane z doskonałym wyczuciem stylu – łączące porywające melodie z taneczną energią.

Centrum kolekcji stanowią jednak utwory w stylu mocnego techno. Babicz z nostalgią wspomina lata 90., serwując industrialny killer eksplodujący acidowymi loopami i zdeformowanymi efektami ludzkiego głosu („Mover” w stylu ostatnich dokonań Savasa Pascalidisa), ale doskonale radzi sobie również z post-minimalową wersją gatunku, proponując totalny spust muzycznej surówki w wypełnionym przemysłowymi szumami i pogłosami „Battle Star” czy podrasowanym na dubową modłę „The Cloud”. Nagrania te doskonale sprawdzą się w Berghain i innych klubach zorientowanych na nowoczesne techno – jest w nich dzika furia wczesnej inkarnacji gatunku, a jednocześnie nowoczesna finezja w kreowaniu tektonicznych brzmień.

Zgodnie z obowiązującą modą, Babicz sięga również po brytyjski breakbeat. O ile jednak w rozpędzonym „Time Shift” bombardierka połamanymi rytmami zgrabnie łączy się z morderczą galopadą w stylu techno, to w funkowym „Hope”, podszywając chill-outowe pasaże stonowanych klawiszy, jakoś nie robi już tak dobrego wrażenia.

Niemiecki producent zna się na rzeczy – większość numerów z „Vol. 001” to taneczne petardy w najlepszym tego słowa znaczeniu. Choć już nie tak rebelianckie, jak te, które na początku lat 90. publikował nakładem Labworks, to nadal dające słuchaczowi solidnego kopa.

www.robertbabicz.de

www.myspace.com/robertbabicz
Babiczstyle 2011

Grafimuse – Konkurs dla muzyków!

Pierwszy konkurs Grafimuse przeznaczony jest dla wszystkich muzyków, tak profesjonalistów jak i studentów, bez żadnych ograniczeń dotyczących wieku i miejsca zamieszkania. Podmiotem pierwszego konkursu GRAFIMUSE 2011 jest dwuwymiarowe dzieło plastyczne, wykonane przez muzyków uprawiających także, nawet po amatorsku, sztuki piękne jak malarstwo czy grafika itp. Tematyka i techniki które są używane, jak i styl wyrazu (sztuka figuratywna, abstrakcyjna itd.) będą traktowane dowolnie.
Praca (prace) powinna być przysłana dyrekcji konkursu via email w formacie jpg, przed 25 maja 2011r.

Jury pod przewodnictwem Jörga Christopha Grünerta wybierze 20 prac, których autorzy otrzymają tytuł laureata. Wyniki konkursu zostaną zakomunikowane w międzynarodowych mass mediach. Wszyscy uczestnicy konkursu otrzymają dyplom uczestnictwa, a laureaci dyplom laureata i drobną pamiątkę.

22 czerwca prace laureatów zostaną wydrukowane na papierze w formacie A3 i wyeksponowane w następujących miastach: Chieti, Fermo, Kraków, Pescara, Sambuceto, Santos, Sofia, Warszawa.

Regulamin konkursu i wszystkie informacje praktyczne znaleźć można na stronie grafimuse.com

Zapraszamy do domu wariatów

Pod nazwą Tryp ukrywa się nowy projekt znanych muzyków polskiej sceny alternatywnej – Marcina Pryta z 19 Wiosen, Kuby Wandachowicza z Cool Kids Of Dead i Roberta Tuty z Agressivy 69. O jego debiutanckiej płycie – „Kochanówka” – rozmawialiśmy z wokalistą grupy – Marcinem Prytem.

Żałujesz, że nie działasz muzycznie na początku lat 80.?

– Nie. Cieszę się, że jestem w tym punkcie, w którym jestem. Teraz jest znacznie więcej możliwości: nowe i tanie technologie, błyskawiczny dostęp do informacji. Koledzy z Trypa, zwłaszcza Robert, spędzają dużo czasu na wyszukiwaniu unikalnych instrumentów z tamtej epoki. Mam jednak 40 lat i pamiętam doskonale tamte czasy. Ta muzyka tkwi wewnątrz, ale współczesne dźwięki też uwodzą. Łączę to wszystko w swojej głowie i dzielę się tym z zespołami, z którymi współpracuję. Żałuję tylko swoich ograniczeń biologicznych, że nie usłyszę muzyki w 2071 roku, ale na to niestety nie można nic poradzić.

Dorastałeś słuchając muzyki sprzed ćwierć wieku. Co jest w tamtych brzmieniach takiego unikalnego, że odwołujesz się do nich w działalności swych kolejnych formacji?

– Przede wszystkim nie jestem muzykiem, a raczej krzykliwym wokalistą, wypluwającym swoje mowy wiązane. Decydując się na udział w różnych projektach, naturalnie przyciągam ludzi, którzy, tak jak i ja wychowali się na punku, new wave i industrialu. Unikalne jest chyba coś innego, coś, co było wtedy, ale wierzę, że istnieje również teraz: postawa negująca system, panujące mody, mainstream, poruszanie nietkniętych wcześniej tematów. Jestem przekonany, że gdzieś na świecie jakaś grupa nastolatków konstruuje naprawdę odkrywcze bity, metafory i chropowate dźwięki, intuicja mi mówi, że tak jest, a ja mogę im tylko zazdrościć młodości. W projektach, w których uczestniczę, chcę ciągle poszukiwać czegoś nowego, unikalnego. Imponuje mi postawa Alana Vegi z duetu Suicide, który w wieku 60 lat potrafi nagrywać nowatorską muzykę.

Z Kubą i Robertem połączyła Cię sympatia do dokonań nowofalowego undergroundu?

– Nie. Połączyła nas miłość właśnie do płyty Alana Vegi z 2007 roku – „Station”. Pamiętam rozmowę z Kubą i pomysł, żeby właśnie taka „vegańska” postawa była naszą inspiracją. Potem – rozmowy z Robertem po koncercie Einsturzende Neubauten, takie niezobowiązujące wątki i nagle… widzę siebie z odtwarzaczem, odsłuchuję podkładów Kuby i piszę mi się w głowie tekst za tekstem. Później – mieszkanie Roberta i nagrywanie EP-ki „Wędrówka ludów”. Tak powstały pierwotne utwory Trypa. A teraz trzymam w ręku gotowy album, wydany przez Qulturap. Wszystko to odbywało się w Łodzi w dziwnym graniastosłupie czasoprzestrzennym.

Czwartym muzykiem i producentem płyty jest Paweł Cieślak. Skąd jego udział w projekcie?

– Pawła poznałem przy okazji nagrywania ostatniego albumu 19 Wiosen – „Pożegnanie ze światem” – który zarejestrował, a potem został członkiem zespołu. Po tym, jak usłyszałem, co zrobił z tym materiałem, kiedy przyszedł czas na nagranie Trypa, był pierwszą osobą, do której chciałem się zwrócić z propozycją produkcji płyty. Znowu w pewnym momencie okazało się, że Paweł wszedł tak głęboko w struktury dźwiękowo – brzmieniowe Trypa, że z trio zostaliśmy kwartetem. Musiało tak być, bo napis Tryp składa się z czterech liter.

Muzyka z „Kochanówki” odwołuje się wyraźnie do modnego brzmienia minimal wave – mechanicznych bitów i surowych partii klawiszy o mrocznym brzmieniu. Co Cię skłoniło do sięgnięcia po taką oldskulową elektronikę?

– Nie odwoływaliśmy się świadomie do minimal wave, po prostu używamy wszystkich instrumentów, które potrafią oddać te przeżarte gównem, kwasem i korozją współczesne rzeczywistości. My to odreagowujemy w taki a nie inny sposób, to jest nasz dźwiękowy hiperrealizm.

Przesterowane wokale i przemysłowe efekty to oczywiście wpływ archetypowego industrialu. Właściwie już w swych melodeklamowanych miniaturach na ostatnich płytach 19 Wiosen dawałeś świadectwo fascynacji tą estetyką. Co Cię pociąga w dźwiękowej brzydocie?

– Tak, już od „Destrukcji”, „Hashishina”, „Ostatniej modlitwy” i „Ikarusa”, poprzez kilka rozwiązań w Trypie, zmierzam w tym kierunku. Założyłem ostatnio duet z Pawłem Cieślakiem – 11 – i nagramy w tym roku płytę „Cosmopolitan Opera”, na której chciałbym ostatecznie skanalizować i zmaksymalizować tę moją skłonność. Tak, jak w pisaniu pociągają mnie formy asynchroniczne, arytmiczne, zmisfityzowane, kaprawe i trędowate, tak w dźwiękach poszukuję ich odpowiednika. W 11 będziemy z Pawłem czuć się jak na własnej planecie, nikt nie będzie nam zarzucać złego frazowania i fałszów, ponieważ to będą gazy, którymi tam oddychamy.

Tytuł płyty to nazwa szpitala psychiatrycznego w Łodzi. Co Cię zainspirowało w jego historii, że stał się „patronem” tekstów z płyty?

– Szpital istnieje do dziś. Zapraszam. Ostatnio był remontowany, ale mimo to wokół ogrodzenia ludzie pozbywają się brudów ze swoich strzeżonych osiedli. Pod oknami pacjentów dzieciaki wąchają klej. Życie trwa wewnątrz i na zewnątrz. „Kochanówka” to koncept związany nie tylko ze współczesną metaforą na opisanie tej rozpadającej się teraźniejszej struktury rzeczywistości. To także skromne wspomnienie o ofiarach hitlerowskiej akcji eutanazyjnej T4 w 1940, dokonanej na pacjentach w łódzkim szpitalu (wątki związane z tą sprawą można odnaleźć u Stanisława Lema w „Szpitalu przemienienia”). W czasie, gdy kończyliśmy miksowanie, w marcu 2010 roku, mijała właśnie 70. rocznica tej masakry a w Łodzi, a nie było żadnego gestu upamiętnienia tych ofiar. W kontekście pompatycznych rocznic narodowych, „roku szopenowskiego” i innych hucznie obchodzonych świąt, bardzo mnie to zabolało. Skontaktowałem się z moim przyjacielem Łukaszem, historykiem, który wraz ze swoją żoną dotarli do nigdzie niepublikowanych materiałów o akcji hitlerowców i jej tuż powojennej recepcji i zaproponowałem im połowę książeczki do płyty na wydrukowanie zwięzłego szkicu z bibliografią dla bardziej zainteresowanych. Z Trypem umówiliśmy się na dodatkową sesję nagraniową i zrobiliśmy improwizację pod tytułem „Jedyna symfonia”. Chociaż w ten sposób chcieliśmy uczcić tych ponad sześciuset pomordowanych ludzi, o których nikomu już się nie chce pamiętać. Niedawno usłyszałem w radiu o znęcaniu się nad pacjentami szpitala przez personel. Pamiętając o odpowiedzialnych lekarzach i pielęgniarzach, których szanuję i cenię za ich trud, uświadomiłem sobie, że zwyrodnienie człowieka, to wojenne i to współczesne, nie ma sobie równych. I nagle koncept hołdu ofiarom Kochanówki z 1940 roku zrymował się ze współczesnością. Wtedy powstał tekst „Uwaga! Człowiek”, który bardzo dużo mnie kosztował.

Industrialni wykonawcy, choćby słynny zespół SPK, wykorzystywali koncepcję „domu wariatów” do metaforycznego opisania współczesnego świata. Bliska Ci jest taka koncepcja?

– Tak. Bliska, chociaż dziś nie patrzę na to dokładnie z takiej perspektywy. Nie wierzę w jakiekolwiek opisanie świata jedną dokładną metaforą. Raczej, dopóki jestem podłączony do tych wszystkich ścieków, rur, kabli, chcę opowiadać własne historie z FPP. Pociąga mnie nieskończoność otchłani, a co za tym idzie nieskończoność metafor i możliwości słownych, dźwiękowych i kolorystycznych…

http://www.youtube.com/watch?v=uUUYPOpVJDI&feature=related

Z drugiej strony postać „wariata” była otoczona w latach 80. swoistym kultem – jako osoby wyzwolonej z wszelkich więzi kulturowych, społecznych i politycznych. Nie sądzisz, że dla współczesnych młodych ludzi jest to kompletnie niezrozumiała idea?

– Nie zgadzam się. Wydaje mi się, że zawsze będzie grupa osób fascynująca się „wariatami”, którzy zostawili i zostawiają po sobie bardzo dużo pięknych rzeczy. Może inaczej: współczesny człowiek ma tak dużo danych do przetworzenia i znacznie więcej informacji o przeszłości, że pojawiają się logiczne i podstawowe wątpliwości, co do szaleństwa i potrzeba zrewidowania standardów zdrowia. Najbardziej popularnie rzecz ujmując: oglądając bohaterów wiadomości, postacie z wyborczych billboardów, quizów i gotowania na ekranie na wpół żywej ryby, można oszaleć w cztery sekundy. To jest zwyrodnienie i rak, że nawet rzeczywistość współczesnej Kochanówki przy tym to jakiś smutny, bo naznaczony cierpieniem nie z własnej winy, ale jednak Eden.

Muzyka z płyty jest niezwykle intensywna – poradzisz sobie z tym na koncertach?

– Nie wiem, jest to trudne zadanie, na pewno koncerty chcemy grać na żywo, unikając podkładów. Tak sobie postanowiliśmy, najwyżej odpalimy parę bitów „stopy”, żeby Kuba mógł sobie grać jeszcze coś innego na talerzu i „padzie”. Już na występach 19 Wiosen, często kończyło się juchą z nosa. Ale koncert to jest coś niesamowitego. To jest przyjemność większa niż narkotyk. Nie ma co oszukiwać i odtwarzać wielośladowej konstrukcji płyty studyjnej. Koncert ma swoje prawa i przede wszystkim chciałbym, żeby było głośno i inaczej. I żeby to było dla mnie zawsze coś nowego. Wtedy mogę występować do śmierci.

Czy Tryp to jednorazowy projekt, czy możemy się spodziewać kontynuacji „Kochanówki”?

– Nie ma szans na kontynuację tego samego pomysłu. Jeśli powstanie nowa płyta Trypa, to znaczy, że wyszły już nowe płyty C.K.O.D., NOT i 19 Wiosen. Bogatsi o doświadczenia z naszymi kolegami, będziemy mogli stworzyć kolejny album Trypa na bazie już innej, przyszłej rzeczywistości. Pomysły na kilka tekstów na nowa płytę mam, ale chcę je sprawdzić i przetestować na własnej skórze, zanim zaproponuję to innej osobie. Ciągłe doświadczenia i eksperymenty – to jest najciekawsze w tym wszystkim. Nowa płyta Trypa powstanie może w 2012 albo 2013, ale musi być to oparte na własnych przygodach.

Fot. Qulturap

Grabek w Śnie Pszczoły

12 lutego w warszawskim klubie Sen Pszczoły (ul. Inżynierska 3) wystąpi Grabek, który będzie promował materiał z debiutanckiej płyty. Koncert rozpocznie się o godz. 22. Skrzypce elektryczne, laptop, sekwencer, looper, wokal i ogrom wyobraźni – solowy projekt nieposłusznego w podejściu do muzycznych gatunków multiinstrumentalisty. Już po wydanym w 2009 roku mini-albumie „mono3some” zaprzyjaźnił się z radiową Trójką – zwieńczeniem tego związku była OFFsesja z Trójkowym Znakiem Jakości w legendarnym Studio im. Agnieszki Osieckiej. Znamienne opinie o artyście można było usłyszeć po koncercie na Heineken Open’er 2009: „wszedłem przypadkiem, ale zostałem do końca”, „jestem w szoku, nie jestem w stanie zrozumieć tego, co się tam działo”.

29 listopada 2010 udostępnił w formie cyfrowej swój debiutancki album „8”.

Więcej informacji na:

grabekmusic.com

grabek.bandcamp.com

facebook.com/grabekmusic

myspace.com/wojtekgrabek

Caribou na Openerze

Choć do festiwalu pozostało ponad pięć miesięcy, zaczyna się kompletowanie line-upu. Jednym z zaproszonych wykonawców jest Dan Snaith aka Caribou! Człowiek renesansu, z wielką wrażliwością i fantazją, multiinstrumentalista, który nagrał płyty, łączące rock z elektroniką, godząc ich fanów – Dan Snaith, szczególnie po wydanym w zeszłym roku albumie „Swim” doczekał się wielu komplementów. Nic dziwnego, jego najnowszy album to majstersztyk, który mocno namieszał w zestawieniach, rankingach, głowach słuchaczy i krytyków.

Po roku przerwy powraca do Polski, by ze swoim bandem zagrać na Opener Festivalu. Tegoroczna – jubileuszowa, dziesiąta – edycja festiwalu rozpocznie 30 czerwca i potrwa do 3 lipca, tradycyjnie, na gdyńskim lotnisku Babie Doły. Caribou wystąpi w czwartek, pierwszego dnia. Do tej pory organizatorzy zaprosili m.in: Coldplay, Fat Freddys Drops, Hurts.

Na początku 2010 roku, podczas uroczystej ceremonii rozdania nagród European Festival Awards w Groningen, Heineken Opener Festival wygrał po raz drugi nagrodę w kategorii Najlepszy Duży Festiwal (Best Major Festival). Pierwsze miejsce wśród mniejszych festiwali (Best Small Festival) zdobył Festiwal Nowa Muzyka! O wszystkim przeczytacie tutaj.

Ceny biletów:
3 dni (1-3.07.2011)
Karnet 3 dni – 310 PLN
Karnet 3 dni + pole namiotowe – 350 PLN

4 dni (30.06-3.07.2011)
Karnet 4 dni – 370 PLN
Karnet 4 dni + pole namiotowe – 410 PLN

Nowy Good Night od Pleqa – prosto z Tokio

Już 10 lutego po raz kolejny w Tokio wychodzi nowa płyta Bartka Dziadosza Pleq – “Good Night Two”. Tym razem pod skrzydłami PROGRESSIVE FOrM. „Good Night Two” jest kontynuacją singla „Good Night” wydanego przed paroma miesiącami we francuskim Basses Frequneces. Płyta wychodzi w dwóch wersjach, CD digipack i w wersji digital download. Tym razem do współpracy Bartosz zaprosił 18 artystów z całego świata, w przeważającej ilości są to Japończycy (min. Hiroki Sasajima, Hakobune, Fugenn, Yui Onodera, Pawn). Zdjęć do coveru użyczył AOKI Takamasa, a masteringiem zajął się Akihito Saitoh (Ametsub) ze studia Nothings66.

PROGRESSIVE FOrM to jeden z ciekawszych elektronicznych labeli w Tokio. Może poszczycić się wydaniem płyt taki artystów jak choćby AOKI Takamasa czy Ametsub.

progressiveform.com

myspace.com/pleq

anbb: Alva Noto & Blixa Bargeld – Mimikry

 

Alva maszyna, Blixa demon.
Dorobek artystyczny i prekursorstwo Carstena Nicolai i Hansa Christiana Emmericha starczyłyby na co najmniej obszerne opracowania. Jeden wyniósł elektroniczne rzemiosło clicksncuts do rangi sztuki, przetwarzaniem i wyodrębnianiem z pozornego chaosu struktur rytmicznych. Drugi – odwrotnie (pomijając legendarne młoty pneumatyczne i inne zasługi dla industrialu pod szyldem Einstürzende Neubauten, a włączając solowy perfomance z igraniem na folii i czytaniem na koncertach kodu DNA z włosa, który sobie wyrwał) tu, z prostych środków – głosu i mikrofonu – robi niezły bajzel. Dwie osobowości i osobliwości w swoich gatunkach, zorientowane na pozornie nieprzystające obszary połączyły siły, czego efektem jest najbardziej interesujące wydawnictwo ubiegłego roku. Gwoli ścisłości swoje trzy grosze dorzuciła artystka, modelka i aktorka Veruschka, nie tylko użyczając głosu w dwóch utworach, ale i pozując jako uliczny pająk, dzięki czemu „Mimikry” może śmiało startować w konkursie na okładkę roku. Czarny, lśniący krążek to nadal tylko wstęp. A muzyka? Kto przebrnie gładko przez pierwsze dwie minuty i pisk Bliksy Bargelda przetworzony przez Alva Noto w ptasią apokalipsę, dalej będzie miał już tylko z górki. Lecz górka to wyboista i definiująca „piosenkę” na nowo, widoki zaś z niej są bogate, skontrastowane, chropowate jak raster. Pewnie dlatego duet daje się łatwo spolaryzować.

ANBB to idealne połączenie, w którym nikt nie wyrywa sobie ról. Styczna zaskakuje iskrzącą się alchemiczną formułą. Artyści przy programowym minimalizmie środków osiągnęli niesamowitą rozpiętość efektów. Między zdekonstruowanymi kompozycjami i kapitalnie, lekko (przynajmniej po części i w stosunku do reszty) podanymi kowerami, epatują neurozą i grozą, agresją, humorem i graniem na nerwach. Od ciszy aż po erupcję, czasem synchronicznie, czasem przeciwstawnie jak w otwierającym „Fall”, w którym Blixa w końcu łagodnieje, by pozwolić Noto wybuchnąć ścianą hałasu. Finałowa delikatność klawiszy zostawia nas zdezorientowanych. A to dopiero początek. W dalszych kompozycjach Alva Noto oscyluje wokół ascezy, niskich rejestrów (świetne „Mimikry”), lodowatych pasaży, pojedynczych tonów, opiłków industrialu i glitchu, ścian jazgotu i przytulnych szumów. Spodziewane po duecie radykalny noise i elektroniczne trzaski dawkuje się oszczędnie, bo wbrew pozorom nie chodzi o to, by słuchacza zmiażdżyć, lecz by wciągnąć do gry. Dość powiedzieć, że kower tradycyjnej folkowej piosenki „I Wish I Was a Mole in the Ground” to najlepiej zaaranżowane country, jakie słyszałam, a które za sprawą pulsującej elektroniki i uwodzącego (początkowo) Bliksy w prostym wcieleniu pogodnego farmera, przekona nawet najbardziej zatwardziałych przeciwników gatunku. Zwłaszcza, że w dalszej części Noto pokaże tym zdaniom krzywe zwierciadło, budząc najprawdziwszego demona.

Koherencja muzyki i głosu jest genialna. Odczarowane surowe ścinki, którymi Bargeld strzela jak z rękawa, zostają na nowo zaczarowane, loopowane, wielokrotnie zniekształcane, a grunt to podatny (podobno, gdy zamiast Kylie śpiewał z Nickiem Cavem and the Bad Seeds „Where the Wild Roses Grow”, realizator dźwięku próbował – z niewielkim skutkiem – zmiękczyć jego barwę smyczkami, zaś sam lider grupy określił kiedyś wokal Bargelda jako „dźwięk, którego możemy się spodziewać po zduszonych kotach albo umierających dzieciach”). Podstępny jak złe moce, rozdarty między piskiem o częstotliwościach na granicy tolerancji, oślizgłym szeptem, kocim miauczeniem a kapryśną melorecytacją, czasem przerażająco nagiętą.

Jak na demiurgów dramaturgii przystało, zabawili się też w wykwintne operowanie pauzą, tym, co nie-zagrane, nie-wypowiedziane, by zbudować napięcie i okrutnie zaatakować dźwiękiem. Lecz coś każe nam wierzyć, że w studiu nie lała się krew, nie było tortur, a instrumentaliści uszli z życiem.

Tę wielość dobrze zbilansowanych wstrząsów i sporadycznych ulg (najsmutniejszą piosenkę, przepiękny kower „One”, umieścili chyba dla niepoznaki) zaklęto w 10 kompozycjach składających się na album idealny, uwierający, jątrzący i żrący.
„Mimikry” to coś więcej niż płyta, to wydarzenie, po którym chce się sprzedać duszę diabłu.

Raster-Noton | 2010

Francesco Tristano – Idiosynkrasia


Wykształcony w Julliard School grał klasykę, ale siedziały w nim też fascynacje elektroniką. Objawiły się na debiutanckiej płycie „Not For Piano”, na której Francesco Tristano przerobił utwory m.in. Autechre, Derrica Maya czy Jeffa Millsa, a do produkcji zaciągnął Murcofa.
Współpracowników potrafi sobie dobrać. Przy drugim albumie, „Auricle Bio On”, pomagał mu Mauritz von Oswald, a przy „Idiosynkrasii” pracował Carl Craig. Każda płyta nosi charakterystyczny odcisk producenta. Murcof zostawił modern klasyczny sznyt, von Oswald zaklął transowy i głęboki bit, a najnowsza produkcja jest wypadkową dwóch poprzednich i oczywiście nie ucieka od brzmień Detroit.

Go to Beatport.com Get These Tracks Add This Player

Tristano już na „Auricle Bio On” udowodnił, że potrafi idealnie połączyć fortepian z elektroniką. Ma do tego niesamowite wyczucie. „Idiosynkrasia” raz jest taneczna, innym razem medytacyjna albo mroczna jak porządne filmy science-ficion, ale przede wszystkim brzmi kosmicznie. Prawie każdy utwór ozdobiony jest odległymi, niepokojącymi dźwiękami.
Zaczyna się od „Mambo” i smagnięć klawiszy, które natychmiast przechodzą w niespokojny marsz. Tytułowa „Idiosynkrasia” uderza z pełną siłą house’owego rytmu przy akompaniamencie niskich nut fortepianu, a „Fragrance De Fraga” to głębokie techno wybrzmiewające w kosmicznej przestrzeni. Na tym tle inaczej wygląda „Nach Wasser Noch Erde” i „Last Days”. Pierwszy kawałek mógłby zastąpić taśmowe produkcje soundtracków Philipa Glassa, drugi to skupione kontemplacje pojedynczych nut, mniej lub bardziej podrasowane jakimś efektem. Tristano kończy szaleńczym „Hello”, który najbardziej przypomina dokonania z poprzedniej płyty.
U Francesco Tristano fortepian i elektronika nie żyją ze sobą w symbiozie, one są jednym organizmem. Dla odróżnienia można posłuchać „Blue Potential” wspomnianego na początku Millsa, tu orkiestra i konsolety mistrza techno grają razem, ale obok siebie. U Luksemburczyka jedno bez drugiego nie ma prawa istnieć. Fortepian może zagrać kosmiczny funk albo taneczny house, Tristano to obojętne, to i to zrobi doskonale.
InFiné 2010

Robag Wruhme – Wuppdeckmischmampflow


Kolońska wytwórnia Kompakt od początku swej działalności publikuje ciekawą serię didżejskich miksów. Najbardziej znanym jest oczywiście „Immer” Michaela Mayera, ale równie interesująco wypada „Today” Superpitchera czy „All People Is My Friends” DJ Koze. Najnowszym wydawnictwem z tego cyklu jest pierwszy po rozpadzie duetu Wighnomy Brothers oficjalny miks Robaga Wruhme – „Wuppdeckmischmampflow”.

Jego twórca to postać dobrze znana na klubowej scenie Europy – niezmordowany didżej, autor ponad osiemdziesięciu remiksów i dwudziestu płyt. Jego podcast zrealizowany w minionym roku dla wytwórni Vakant ściągało aż 60 tysięcy internautów. To najlepszy dowód popularności, jaką niemiecki weteran cieszy się wśród klubowiczów.

Autorski set Wruhme dla Kompaktu wyprodukowany jest według typowej dla Wighnomy Brothers metody – spora część miksu składa się z wyciętych fragmentów kilku nagrań splecionych w nowe całości. Po neoklasycznym intro („Speak, Memory” Danny`ego Norbury) trafiamy od razu na taką właśnie kolekcję mash-upów, które producent osadza na autorskim podkładzie rytmicznym w stylu masywnego techno. Zaczyna się od bulgoczącego dubu uzupełnionego soczystą partią saksofonu („Odysee” Guillaume & The Coutu Dumonts i „Chameleon” Trentemollera), potem rytmy stają się bardziej mechaniczne, a aranżacje oszczędniejsze („Dexter” Villalobosa i „Freggelswuff” samego Wruhme), by w końcu eksplodować rozwibrowaną partią dzwonów rurowych wpisanych w chmurne pasaże klawiszy galopujące na szybkim pulsie techno („Dread Room” Kollektiv Turmstrasse, „Trust” Tiefschwarz w remiksie Audiona i nadal „Dexter” Villalobosa).

W centrum płyty znajdują się nagrania, którym niemiecki didżej pozwala wybrzmieć w pełniejszej formie. Choć podszywa je na swój sposób bardziej połamanymi strukturami rytmicznymi, przypominającymi oldskulowy house i tribal, to pozostawia ich elementy melodyczne – eteryczną wariację wygraną na acidowych klawiszach („Cosmic Race” Chateau Flight), indie-rockową wokalizę o nostalgicznym charakterze („Rusty Nails” Moderata) czy perlistą partię bajkowych syntezatorów („Angel Echoes” Four Tet).

Z czasem bity stają się coraz bardziej miękkie, prowadząc miks do imponującego finału. Stanowią go dwa ekskluzywne nagrania – „Robellada” Robaga Wruhme i „Kon1” Iana Simmondsa. Pierwsze z nich to przykład produkcyjnej maestrii autora setu: hipnotyczny deep house z finezyjna wstawką onirycznego fletu o psychodelicznym klimacie. Nie gorzej poczyna sobie również Simmonds – jego utwór to również transowy deep house, ale wypełniony subtelnie tkaną gitarą o jazzowej barwie. Kontrapunktem dla obu tych epickich kompozycji jest ostatni element tej układanki – prosta i surowa piosenka folkowa zaśpiewana przez Zwanie Jonson („Sweeter Day”).

„Wuppdeckmischmampflow” to solidny set utkany z klasycznych nagrań, mających wyjątkowe miejsce w didżejskiej kolekcji płytowej Robaga Wruhme. Bez specjalnych fajerwerków – ale tworzący niezwykle sugestywny klimat przyjemnej melancholii.

www.kompakt.fm

www.myspace.com/kompakt
Kompakt 2011

Lone – Emerald Fantasy Tracks


Każdy wyczulony i osłuchany z elektroniką słuchacz znajdzie na tej płycie milion odwołań do wielkich firm – Aphexów, Boardsów, Orbitali, Goldiego, 808 State – i gatunkowy melanż, rzucając na szybko: ambientu, drumnbassu, abstract hip-hopu, glitchu, deep houseu. Nie warto roztrząsać czego tu mniej, czego więcej, co bardziej wpłynęło na proces tworzenia. Zresztą zawartość albumu jest tak zajmująca, że łatwo zapomnieć i przejść po prostu do delektowania się, a nie rozplątywania supła wpływów i odniesień.

Fantazja Lonea granic nie uznaje, od pierwszych dźwięków rozpoczyna się bombardowanie syntetycznym brzmieniem, mocno podbitym i zrytmizowanym – hip-hopowe beaty, techno, pocięte kliki, powklejane jakby przypadkowo, ale ten świat, mimo odczucia przypadkowej konstrukcji jest uzależniający swoją energią, głębią i planowo wciąga, choć o żadnej grze wstępnej mowy nie ma. Otwierające utwory „Cloud 909” i „Aquamarine” świdrują głowy sekwencyjnymi hi-hatami, breakbeatowym zacięciem, fantazyjnym syntezatorem, który przechodzi brzmieniowe metamorfozy w poszczególnych utworach, aż do końca, by raz – „Petrcane Beach Track” – kusić melancholią i uczuciem ze złotych lat 90, dwa – wywoływać ekstazę i gęsią skórkę – „Moon Beam Harp”, trzy – schować się za zrytmizowanym beatem, gęstym mikroklimatem „Ultramarine” i służyć jako soundtrack bądź usprawiedliwienie dla narkotycznych odjazdów.

Mimo całego kretynizmu tagu IDM – funkcjonuje on jednak w opisywaniu elektroniki i mało wskazuje na to że przestanie – jest współczesne do niego odniesienie. W tym szaleństwie jest metoda – stare brzmienie Warp Records i to co działo się ostatnio, zmiksowane w twórczej pasji.

Mój aneks do podsumowań. Wysoki poziom abstrakcji, potężna dawka wszystkiego. Matt Cutler aka Lone, humanitarnie przepisuje receptę dla płaczących po BoC, zawiedzionych ostatnim FlyLo, przezwyciężając równocześnie nijakość zeszłorocznego krążka Ecstasy & Friends. Mnie wyleczył. Very Inteligent Dance Music.
Magic Wire, 2010

Ankieta na ósme urodziny!

Dziś Nowamuzyka.pl obchodzi swoje ósme urodziny! Dziękujemy Wam za dotychczasową obecność i zaangażowanie, jednocześnie zapraszamy do wypełnienia specjalnej, krótkiej ankiety – chcemy dowiedzieć się w jaki sposób korzystacie z naszego serwisu 🙂 Ankieta składa się z dziesięciu szybkich pytań – jej wypełnienie zajmie Wam nie więcej, niż 5 minut. Aby wypełnić ankietę, należy odwiedzić ten link. Całość jest zupełnie anonimowa. Dziękujemy za udział! 🙂

Kilka faktów

Obecnie w tworzenie Nowamuzyka.pl regularnie zaangażowanych jest kilka osób, choć w ciągu ośmiu lat przez serwis przewinęło się kilkudziesięciu autorów. Miesięcznie odwiedza nas około 30 tysięcy różnych osób, nieustannie zainteresowanych nowymi brzmieniami. Serwis odpowiedzialny jest również przynajmniej za dwa trwające do dziś, udane związki 😉 A na Facebooku mamy już ponad 7 tysięcy fanów. Dziękujemy!

Pisz w serwisie!

Jeśli chcecie dołączyć do redakcji Nowamuzyka – wyślijcie swoje zgłoszenie wykorzystując formularz kontaktowy dostępny w dziale „Kontakt”. Czekamy! 🙂

Animal Collective na wiosnę

Krakowska agencja koncertowa Fabryka Productions zaprasza na dwa koncerty amerykańskiej grupy Animal Collective – 21 maja w warszawskim klubie Stodoła, a 22 maja – w krakowskiem Teatrze Łaźnia Nowa. Animal Collective to jeden z najbardziej wpływowych zespołów ostatnich lat. W jego skład wchodzi czterech muzyków: Avey Tare (David Portner), Panda Bear (Noah Lennox), Deakin (Josh Dibb) i Geologist (Brian Weitz). Zaczynali jako szkolni przyjaciele zafascynowani psychodelicznym folkiem. Teraz mają na koncie osiem albumów i koncerty na najbardziej prestiżowych festiwalach na całym świecie. Każdym kolejnym nagraniem udowadniają, że wszelkie próby wpisania ich w jakiś muzyczny gatunek to walka z wiatrakami. Ich muzykę określano już jako eksperymentalny rock, neo-psychodelię, freak folk, new weird america, alternative country, indie rock , a nawet… avant-techno.
Ostatni album zespołu – „Merriweather Post Pavillion” – udowodnił, że radzi on sobie nie tylko z alternatywną publicznością, ale także tą bardziej mainstreamową. Wiele wpływowych magazynów muzycznych okrzyknęło krążek albumem roku 2009 (Pitchfork, Clash, Entertainment Weekly, Spin, Mojo). Wygrał on także w „plebiscycie plebiscytów” organizowanym przez sieć sklepów muzycznych HMV, będącym wypadkową 34 rocznych podsumowań dokonanych przez krytyków muzycznych.

O niezwykłej muzycznej wyobraźni członków grupy świadczą też solowe projekty większości muzyków. Są one przyjmowane przez krytyków z podobnym entuzjazmem, jak kolejne wydawnictwa samego kolektywu. Najwięcej, bo aż cztery płyty ma na swoim koncie Panda Bear. Jego album „Person Pitch” został uznany przez Pitchfork i Tiny Mix Tape najlepszym albumem 2007 roku.
W 2011 roku Animal Collective będzie kuratorem festiwalu All Tomorrows Parties. Tę zaszczytną funkcję pełnili przed nimi między innymi Jim Jarmusch, Nick Cave & The Bad Seeds, Portishead, Sonic Youth, Mogwai i Modest Mouse. W tydzień po występie na festiwalu panowie z Animal Collective zagrają na dwóch koncertach w Polsce – w Warszawie i Krakowie.
Bilety w cenach 95 zł do 14.02, 100 zł od 15.02 do 20.05, 120 zł w dniu koncertu (Warszawa) i 85 zł do 14.02, 95 zł od 15.02 do 21.05, 110 zł w dniu koncertu (Kraków).

Foto: Adriana Fegundes

Funk, bass i miłość – nowy album 3LOOP Records

„Make Love” to najnowszy longplay formacji Funk Bazz, wydany nakładem poznańskiego netlabelu 3LOOP Records. Historia tego projektu rozpoczęła się w 2000 roku, kiedy Qlhead, założyciel 3LOOP Records oraz Wujegg, postanowili stworzyć zespół, który połączy muzykę elektroniczną z żywym basem. Fascynacja muzyką elektroniczną, funkiem i klimatem lat 70, a przede wszystkim studia nad dźwiękiem, dały efekty w postaci pierwszych utworów, które obaj zaczęli prezentować w klubach na Warmii. Kiedy materiał był gotowy do wydania płyty zespół… rozpadł się. W 2008 roku reaktywował się na krótko z nowym składem i wystąpił podczas Sylwestra na Rynku Głównym w Krakowie. I wreszcie koniec 2010 roku – zespół w oryginalnym składzie wydaje płytę w netlabelu 3LOOP Records.

„Make love” zawiera funkowe, synth-popowe utwory, zarówno te sprzed 10 lat jak i całkiem świeże tracki nagrane specjalnie z myślą o tej płycie. Elektronika została pomieszana z żywymi instrumentami, przede wszystkim basem. Efekt? Sprawdźcie sami. Płyta jest do pobrania za darmo na stronie 3LOOP Records w zakładce „Wydawnictwa”

Link bezpośredni: Make Love

3looprec.com