Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.

9t Antiope – Grimace
Jarek Szczęsny:

Mikrus.

Malin Genie – Anthropomorphic Sympathy
Paweł Gzyl:

Stylowe electro i IDM w duchu lat 90.

Telefon Tel Aviv – Dreams Are Not Enough
Mateusz Piżyński:

Gdy w Tel Avivie zgaśnie światło…

Philipp Gorbachev – Kolokol
Paweł Gzyl:

Prawosławie i elektronika.

BNNT is Jerusalem in My Heart – Multiversion #4
Jarek Szczęsny:

Część czwarta.

rRoxymore – Face To Phase
Paweł Gzyl:

Introwertyczne bity.

The Big YES! – The Big YES!
Łukasz Komła:

Free jazzowy wybuch!

HTRK – Venus In Leo
Maciej Kaczmarski:

Miłość w czasach zarazy.

Matthias Schaffhauser – Hedonism, What Else
Paweł Gzyl:

Muzyka jako przyjemność.

Manu Delago – Circadian
Jarek Szczęsny:

Cykle snu.

Various Artists – Total 19
Paweł Gzyl:

Witamy jesień z Kompaktem.

Alessandro Cortini – Volume Massimo
Jarek Szczęsny:

Wyłapywanie wadliwych elementów.



Tim Hecker – Ravedeath, 1972

 

W 1972 roku grupa studentów z Bostonu w zorganizowanym przez siebie happeningu zrzuciła z dachu uczelni zepsute pianino. Pozornie nieistotny incydent 39 lat później dla twórcy muzyki ambient z Montrealu stał się punktem wyjścia do refleksji nad ewolucją, jaką muzyka, jedna z głównych gałęzi sztuki, przeszła w nowożytnej historii człowieka – od zaprezentowania pierwszej płyty CD-Audio w 1978 roku (‘Analog Paralysis 1978’), po ich masowe destrukcje buldożerami w krajach azjatyckich (‘Hatred of Music’). A mnogość prawdopodobnych domysłów podpartych tytułami utworów jest tylko jedną z wielu możliwych form deszyfracji albumu Ravedeath, 1972.

Otwierający całość ‘The Piano Drop’ zdaje się być zapowiedzią powtórki z pandemonium zamkniętego na płycie ‘Harmony In Ultraviolet’. Nic bardziej mylnego, gdyż pozostałe utwory, wyciszone i mniej dynamiczne, w niczym nie przypominają pulsującego wstępu. Hecker zapewne celowo odstąpił od perfekcjonizmu, jaki cechował produkcję jego dwóch ostatnich albumów, na rzecz często prymitywnych rozwiązań – skokowych zmian natężenia głośności oraz gwałtownych cięć montażowych poszczególnych ścieżek. Surowy klimat utworów uzasadnia fakt, iż rdzeń albumu został nagrany na kościelnych organach piszczałkowych w Reykjavíku. Obecne momentami głuche skrzypienie ław uzupełniające echo, w którym zatopione są inne naturalne odgłosy drewnianej cytadeli oraz słyszalna praca dmuchawy organowej i pedałów, przypomina o sakralnym charakterze miejsca i genezie tego rodzaju muzyki. To, co usłyszymy na Ravedeath, 1972 nie jest li tylko zapisem twórczości jednej osoby. Ben Frost, jeden z ciekawszych producentów/kompozytorów współczesnej muzyki eksperymentalnej, brał czynny udział w obróbce studyjnej nagranego materiału oraz dogrywaniu dodatkowych ścieżek. Był także odpowiedzialny za rejestrację dźwięku w kościele. Do masteringu zaś zaproszony został James Plotkin, znany między innymi z współpracy z Sunn O))) oraz ISIS.

Warstwa brzmieniowa także wyróżnia się na tle jego poprzednich dokonań – oparta przede wszystkim na partiach wspomnianych już organów kościelnych oraz zamglonych fortepianowych kadencjach nie jest już tylko nośnikiem szumu, który tak szczelnie wypełniał przestrzeń na ‘An Imaginary Country’ i ‘Harmony In Ultraviolet’. Ciepło analogowej saturacji, choć nieustannie towarzyszące instrumentom klawiszowym, jedynie momentami przeradza się w nawałnicę burząc medytacyjny porządek kompozycji. Podobieństwo do dokonań Williama Basinskiego jest momentami wyraźnie słyszalne (‘No Drums’, ‘Studio Suicide, 1980’), jednak Hecker nie wykorzystuje nagrań muzyki liturgicznej – tworzy muzykę świecką głęboko osadzoną w sakralnej atmosferze drewnianego nordyckiego kościoła.

Rejestracja nowego materiału w warunkach koncertowych okazała się strzałem w dziesiątkę. Kompozycje z pomyślnie zaszczepionymi elementami gry na żywo wchłonęły atmosferę nietypowego miejsca nagrań dzięki czemu Ravedeath, 1972, będący zbiorem niespokojnych, pełnych niedopowiedzeń elegii, wyróżnia się spośród płyt Heckera nietypowym brzmieniem oraz fenomenalnym pogłosem. Jak to możliwe, że silnie zniekształcone partie minorowych akordów ginące echem w warstwie szorstkiego pasma białego szumu, które choć brzmią jakby nagrano je na zrzuconym z wysokości pianinie, mogą być jednocześnie tak piękne i obdarzone tak ogromnym ładunkiem emocjonalnym? Jeśli zastanawialiście się kiedykolwiek jak w dniu Sądu Ostatecznego brzmiałyby organy w walącym się kościele i kto mógłby wtedy na nich grać, to myślę, że odpowiedzi nie trzeba szukać daleko.
Kranky | 14.02.2011

4/5

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 6

  1. bojanix

    Po przesłuchaniu materiału po raz pierwszy, (z winyla) muszę przyznać, że płytka jest jak dla mnie świetna!

  2. catsndogs93

    TIM! świetny materiał…

  3. Błażej1983

    nowy the black dog dużo lepszy

  4. killia

    rozwalają mnie te dźwięki na łopatki nic więcej nie powiem.

  5. Heliosphaner

    Piękny album, choć Tim już znajlepsze momenty ma za sobą (jak narazie). The Piano Drop mnie powala za każdym razem.