Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.

The Advent – Life Cycles
Paweł Gzyl:

Futurystyczne electro w oldskulowym stylu.

Field Works – Ultrasonic
Jarek Szczęsny:

Nietoperze jako podstawa twórcza.

Apparat – Capri-Revolution (Soundtrack)
Mateusz Piżyński:

Pierwsza odsłona serii muzyki filmowej Saschy Ringa.

Grischa Lichtenberger – KAMILHAN; il y a péril en la demeure
Paweł Gzyl:

Chrzęszczące ballady.

KeiyaA – Forever Ya Girl
Jarek Szczęsny:

Niepasujące do siebie puzzle.

Atom™ & Jacek Sienkiewicz – Stal
Jarek Szczęsny:

Gotujące się chemikalia.



Biosphere – N-Plants


Wydając w zamierzchłym roku 1997 album “Substrata” jako Biosphere, Geir Jenssen znalazł się w sytuacji paradoksalnej – jak zresztą każdy autor dzieła wiekopomnego, będącego punktem odniesienia dla innych twórców i, co za tym idzie, wielokrotnie naśladowanego. Z jednej strony zapewnił sobie trwałe miejsce w historii muzyki, z drugiej zaś ustawił poprzeczkę tak wysoko, że nawet jemu samemu ciężko było ją przeskoczyć. Taka dola kogoś, kogo jeszcze za życia określono mianem klasyka.

Wygląda na to, że Biosphere nieoczekiwanie (i prawdopodobnie wbrew własnej woli) znów stał się wizjonerem. Z najnowszym longplayem norweskiego producenta wiąże się interesująca w swojej profetyczności historia. Otóż w lutym 2011 roku Jenssen wpadł na pomysł nagrania koncept-albumu o powojennym cudzie ekonomicznym w Japonii, a następnie – pod wpływem zdjęcia przedstawiającego elektrownię atomową nad brzegiem morza – skupił się wyłącznie na temacie energii jądrowej.

Koncept wyprzedził rzeczywistość. Kiedy w marcu Jenssen finalizował album, doszło do największej katastrofy w historii Japonii. Pomimo zapewnień krajowego dozoru jądrowego (NISA), którego przedstawiciele utrzymywali, że elektrownie są tak zaprojektowane, iż przetrwają wszystko, trzęsienie ziemi doprowadziło do poważnych awarii kilku z nich. Gdyby nie doszło do katastrofy, „N-Plants” byłby kolejnym albumem konceptualnym dotykającym potencjalnego niebezpieczeństwa. Tymczasem stał się artystycznym komentarzem realnej sytuacji, której skutków nadal nie znamy.

Zadziwiający zbieg okoliczności w oczywisty sposób karze patrzeć na ten materiał zupełnie inaczej – jako swego rodzaju epitafium dla poległych i jednocześnie przekaz dla reszty świata. Przyznać bowiem trzeba, że Biosphere porusza temat wyjątkowo aktualny pod każdą szerokością geograficzną. Świat jest skomplikowanym zestawem naczyń połączonych, w którym żadne wydarzenie nie pozostaje bez wpływu na inne rejony.




Dygresje filozoficzne zostawmy jednak na boku. „N-Plants” to przede wszystkim muzyka – już nie tak wizjonerska, jak towarzyszący jej koncept. Jenssen jest jednak artystą spełnionym i nie musi już nikomu nic udowadniać (to z kolei przywilej klasyka), przy czym wiadomo, że mowa tu o pewnym ustalonym wysokim poziomie. Ortodoksi zorientowani na „Substratę 2” (powodzenia!) mogą czuć się rozczarowani, ale to na pewno nie jest problem Jenssena, który nie chce tuczyć tym samym ziarnem kury znoszącej identyczne złote jaja.

Otwierający całość majestatyczny „Sendai-1” stanowi znakomite wprowadzenie w atmosferę albumu: ambientowy pejzaż, przestrzenny syntetyzator, niepokojąca melodia, delikatnie tykanie zegara w tle i podskórna pulsacja. W ostatnich sekundach gdzieś w oddali rozlega się alarm, zwiastujący zagrożenie. W kolejnych utworach Norweg pozostaje wierny własnemu brzmieniu z różnych okresów twórczości, nieustannie ścierając organiczne ciepło z chłodem mechanicznych dźwięków. Wiele utworów (np. „Shika-1” czy „Genkai-1”) to ukłony w stronę pierwszych płyt, zanim Biosphere zrezygnował z perkusjonaliów, z kolei idmowy „Oi-1” brzmi jak zaginiona kompozycja Vector Lovers.

Wypada to wszystko bardzo przyzwoicie – wyimaginowany soundtrack do rzeczywistych wydarzeń napawa niepokojem i skłania do refleksji, nawet jeśli są one mało odkrywcze. Taki jest też ten album, z oczywistych powodów istotny bardziej z punktu widzenia historycznego niż muzycznego. Biosphere jest czujnym sejsmografem rzeczywistości, przekładającym swoje obserwacje na język muzyki. „N-Plants” to intrygujący dźwiękowy esej, w który warto się zagłębić.

Touch, 2011

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 12

  1. dr_gorasul

    Moim zdaniem jest to wyborny wrecz muzyczny zen i muzyka obrazkowa. Geir Jenssen po raz kolejny przedstawia zupelnie odmiena strone swojej muzyki, ktora sama przez sie wyznacza nowe horyzonty. Coz… nad walorami sonorystycznymi mozna powiedziec, iz dzwiek posiada tu niespotykana we wczesniejszych wydaniach krystaliczna teksture i wrecz dronistyczna gradacje. Te muzyke trzeba analizowac poprzez optyke ostatnich wydarzen i jak sam Geir podkresil ta muzyka odwoluje sie do wydarzen pre-tsunami, jest ciaglosc dzwieku, wrecz dostatek obrazujacy dobrostan tamtejszych okolic. N-Plants w swym brzmieniu powraca do korzeni czyli pulsujacych rytmow pojawiajacych sie we wczesniejszych dokonaniach Jensena, aczkolwiek zaadaptowanych do wspolczesnego kontekstu. Kupujac album warto nabuc go ze sklepu TOUCH, z uwagi na ekskluzyny utwor o nazwie – Oma. Bardzo ubolewam nad tym , iz taka perelka nie znalazla sie na wydaniu albumowym!
    I prosze nie trzymajcie sie tak kurczowo tego kiczowatego terminu „Arctic ambient” (GJ rowniez odzegnuje sie od tego terminu), ktory zostal ukuty przez dziennikarzy muzycznych i pewnych recenzentow. Dziwia mnie rowniez ludzie mowicy, iz nowy album GJ jest monotematyczny czy wrecz nawet mdly – jednoczesnie wzdychajac na dokonaniami T.Konera jakoby one nie byly mdle i monotematyczne z wydania na wydanie.

  2. Kaa

    Nudno! I wcale nie chodzi o powtarzalne sekwencje dźwięków. Jenssen to geniusz, zdecydowanie liczyłem na coś więcej jeśli chodzi o N-plants.

  3. keisuke

    Gdy rozmawiałem kiedyś z Jenssenem o inspiracjach, wspomniał swe fascynacje filozofią, archeologią, kosmologią i fizyką. Tym razem jest ekonomia 🙂 Niewiarygodny Artysta od 20 lat niezmiennie trzymający najwyższą formę (z niewielkimi wahaniami), konsekwentnie wierny wypracowanej stylistyce. Szkoda, że tej konsekwencji zabrakło dawno temu innym ówczesnym Mistrzom, jak choćby FSOL…

  4. equinoxe

    No właśnie, to tylko Twoja prywatna opinia 🙂 Moją prywatną opinię przedstawiłem w poprzednim wpisie. Nie ma czegoś takiego jak obiektywna ocena muzyki, bo każdy słuchając jej ma inne wrażenia (często podobne ale jednak unikatowe). Oczywiście można powiedzieć, że „Substrata” jest najlepszym obiektywnie albumem (ja osobiście uważam, że jest) bo krytycy tak uznali, bo większość ludzi tak uznała itp, ale to nie oznacza ze znajdzie się osoba która tego albumu nie będzie uznawała za najlepsze dzieło Biopshere, tylko np album „Shenzhou”. I ma do tego jak najbardziej prawo. Jedna osoba wyciąga z muzyki unikatowe niuanse, których nie wyciąga inna osoba i tak to się kręci…

  5. dadaista

    @ equinoxe

    Że niby „Dropsonde” jest gorsze od „N-Plants”? „Dropsonde” to obok „Substraty” (i „Shenzhou”) najlepsza płyta w dorobku Jenssena. Materiał po prostu wymiata. Ale to oczywiście tylko moja prywatna opinia.

  6. equinoxe

    Każdy inaczej odbiera muzykę, i to jest piękne. Tam gdzie jeden widzi nudę inny czerpie radość słuchania. 🙂

  7. killia

    nudne i powtarzalne to nie znaczy to samo.

  8. equinoxe

    Nudzi…? Generalnie muzyka Biosphere opiera się przecież na samplach powtarzanych w kółko i powolnie zmiennych w czasie. Np. każdy utwór z albumu „Shenzhou” w całości był oparty na parosekundowym samplu powtarzanym w kółko, a na to nakładany był np efekt flange itp, a mimo to album posiada niesamowity klimat. Myślę, że to taki specyficzny rodzaj ambientu tworzonego przez Geira Jenssena. Jak dla mnie o wiele bardziej nużącym albumem od najnowszego, było „Dropsonde”; pomysły były ciekawe, instrumentarium dość zmienne, ale przez cały utwór działo się tak naprawde w kółko to samo… Na „N-Plants” dużo się dzieje, zwłaszcza podoba mi się lekkie nawiązanie do IDMu za pomocą podkładów perkusyjnych (które swoją droga brzmią bardzo dobrze, jak prawdziwe bębny, a nie syntezatorowy beacik). Album posiada soczysty klimat, który aż przesiąka radioaktywnością. Ja osobiście jestem jak najbardziej za, bo Geir nie stoi w miejscu tylko ciągle poszerza swoją muzykę o nowe elementy brzmieniowe. Duży plus za rytmikę IDMową jakiej czasem mi brakowało w jego muzyce.

  9. killia

    nudzi, to jest niestety to słowo…

  10. k.

    Przepraszam… mnie ten album nudzi… brzmi jak presety z banku brzmień wirtualnego syntezatora firmy Native Instruments FM8…

  11. Huku

    Genialny album. Muzycznie podobny do Patashnika-mojego ulubionego !

  12. dadaista

    Pierwszy utwór jest chyba najlepszym z tego albumu. Szkoda, że Biosphere nie poszedł w stronę takiego brzmienia. Jednostajny rytm na reszcie utworów lekko męczy, a końcowe kawałki są cukierkowate i nieco mdłe.