Wpisz i kliknij enter

Heineken Open’er Festival 2011 – relacja

[wide][/wide]
Pierwszy dzień jubileuszowej edycji Open’era upłynął pod znakiem dwóch koncertów, w czwartkowym line-upie zdecydowanie najlepszych – mowa o Coldplay i Caribou, którzy w letniej, wakacyjnej aurze, doskonale rozpoczęli festiwalowe święto na terenie lotniska Gdynia – Kosakowo. Ale po kolei…

Czwartek

Przechadzkę po open’erowych scenach rozpocząłem od inaugurującego, choć słabego koncertu Marceliny, która starała się rozgrzać publiczność przechodzącą przez bramki tegorocznego HOF-a. Jednak podobnie jak większość nie zagrzałem tam długo miejsca, śpiesząc na pole namiotowe, po drodze odwiedzając Young Talents Stage, z którego dochodziły electro-popowe dźwięki duetu Rebeka, który zwrócił moją uwagę na niedawnym Burn Selector Festival w Krakowie. Czuję, że już niebawem zacznie być o nich głośno, a przynajmniej o Bartku Szczęsnym, który prócz wspomnianego projektu z Iwoną Skwarek, zamieszany jest jeszcze w kilka innych, jak choćby równie obiecujący Kamp!

Rozgrzewką przed pierwszym, mocnym uderzeniem w postaci indie rockowego The National, był koncert zespołu Pustki, który głośnym, garażowym rockiem, w postaci takich numerów jak „Lugola” czy „Znój”, przyciągał coraz więcej ludzi pod główną scenę, na którą równo o godzinie 20, wbiegł wesoło zaprawiony Berninger, który wraz z resztą chłopaków zagrał swoje największe hity – „Mr. November” „Bloodbuzz Ohio”, „Sorrow”, „Afraid Of Everyone” czy końcowy „Terrible Love”. Dobry kontakt z publicznością, dzięki osobie Matta, obudził wśród tłumu muzycznego ducha, który unosił już przez cały czas trwania festiwalu.

W tym czasie na Tent Stage na dobre rozkręcali się The Twilight Singers, przez których decyzja o wyborze sceny była prawdziwym dylematem, skądinąd nie ostatnim. W naszym kraju to grupa dosyć znana, co przełożyło się poniekąd na frekwencję. Kto jednak nie miał ochoty na kawał solidnego alternatywnego rocka w postaci takich numerów jak „On The Corner” czy kapitalnie zagranego „Teenage Wristband”, wyczekiwał pod dużą sceną, wśród kłębiących się open’erowiczów na największą gwiazdę pierwszego dnia imprezy – mowa oczywiście o brytyjskim Coldplay, który rozpalał emocje niejednego uczestnika eventu, jeszcze na długo przed jego startem.

Sam koncert, choć nieco przygaszony i zagrany bez fajerwerków, w zupełności zaspokoił moje zmysły, choć wraz z jego końcem walczyłem z niewielkim poczuciem niedosytu. Chłopaki z Coldplay nadal są w formie i przepraszając nas uprzednio za wieloletnią zwłokę z przyjazdem do naszego kraju, w doskonałym humorze zagrali swoje największe przeboje z „Yellow” i „Viva La Vida” na czele. W setliście znalazło się też kilka nowości, moją uwagę przykuł singlowy „Every Teardrop Is A Waterfall”, którego nie miałem okazji posłuchać wcześniej, a jest dobrym omenem dla nadchodzącej płyty Brytyjczyków.

Kto miał ochotę na nocną elektronikę spod znaku Kitsuné, został pod główną sceną w oczekiwaniu na Dj-ski duet Simian Mobile Disco. Ja jednak, zaraz po zakończeniu koncertu Martina i spółki, wraz z częścią publiki przeniosłem się pod Tent Stage, gdzie swój występ rozpoczynał młody, szkocki piosenkarz Paulo Nutini.

Po godzinie spędzonej przy kojących, akustycznych dźwiękach tego przesympatycznego faceta, przeniosłem się w sam środek szaleństwa SMD, którzy rozruszali Main Stage energetycznym, new raveowym setem. James Anthony Shaw grzebiący w gąszczu ciasno upakowanych kabelków, wyglądał niemal jak Jean-Michel Jarre grający na żywo swój „Equinoxe”.

Jednak dopiero ostatni koncert pierwszego dnia festiwalu okazał się być tą smakowitą wisienką na torcie, której smak zapamiętuje się na dłużej – mowa oczywiście o Caribou, który ubiegłorocznym albumem „Swim” narobił sporo zamieszania na rynku szeroko pojętej muzyki elektronicznej. „Kaili”, „Odessa”, „Found Out” i „Sun” na bis – to wszystko czekało na każdego, kto przekroczył progi Tent Stage godzinę po północy. Daniel Snaith okazał się czarodziejem, który hipnotyzuje dźwiękami, a były one idealnym zwieńczeniem czwartkowej zabawy w Babich Dołach.

Piątek

Piątek rozpoczął się deszczem i na deszczu się zakończył. Od samego rana wszystkie znaki na niebie, w postaci szaroburych chmur, wskazywały, że ten dzień może być trudny, co nie znaczy, że nieciekawy. Wszystkie niedogodności zrekompensował piątkowy line-up, w którym można było wyłowić całkiem smakowite kąski.

Wskutek fatalnej pogody, pierwsze kroki skierowałem do namiotu Tent Stage, gdzie zaraz po polskim duecie Twilite, parającym się akustycznym indie, zagrała dosyć znana, a w niektórych kręgach nieomal kultowa, kapela D4D. Chłopaki czują scenę, ich koncert to pokaz niesamowitej energii, zmaterializowanej do postaci tanecznych, elektronicznych przebojów, którym nie oparł się prawie nikt, kto krył się pod namiotem.

Jednak już godzinę później na przekór ulewie, podobnie jak większość, pobiegłem pod dużą scenę, by zobaczyć jak nowe dźwięki całkiem nowej Moniki Brodki sprawdzają się w praniu. I tak jak podejrzewałem, jej koncert to czysta granda, dosłownie, jak i w przenośni. Zespół, scenografia, weird-folkowe kostiumy i osobowość małej niepozornej dziewczyny o wielkim sercu do muzyki – to wszystko udowodniło, że nawet największy deszcz nie zepsuje dobrego koncertu. I choć po jakimś czasie cały band został zmuszony do opuszczenia muzycznego poligonu, to Brodka została i z powodzeniem zagrała resztę koncertu… a cappella!

Następnym przystankiem na festiwalowej mapie był British Sea Power, którego koncert był taki, jak jego dyskografia – banalny, nudny i sztampowy. Nigdy nie mogłem zrozumieć na czym polega fenomen tego zespołu, co takiego fantastycznego sobą reprezentuje, że wciąż tkwi na świeczniku. Jednak pewnych rzeczy nie obejmą umysłem najtężsi myśliciele, a co dopiero taki skromny dziennikarzyna jak ja.

Szybka ewakuacja na Main Stage, a tam już wielkie oczekiwanie na britpopowy Pulp. Ich koncert mógł się podobać lub nie, ale jednej rzeczy chyba nikt nie ośmieliłby się podważyć – Jarvis Cocker to kwintesencja charyzmy. Po 30 sekundach od wyjścia na scenę jego ubranie można było wyżymać, ale mimo przeciwności reaktywowany po blisko dziesięciu latach Pulp grał w najlepsze, opowiadając o damsko-męskie zawiłościach, z właściwą sobie elegancją i arystokratycznym sznytem. No i hitowy „Common People” w ramach bisu, zaraz po „This Is Hardcore” i „Underwear” – jednym słowem, koncert na czwórkę z wielkim plusem.

W międzyczasie na mniejszej scenie grał już australijski Cut Copy. Końcówka ich występu udowodniła mi, że ich sound sprawdza się zarówno w zaciszu mojego pokoju, jak i w wersji na żywo. Motywem przewodnim był oczywiście najnowszy album chłopaków, czyli „Zonoscope”.

Tuż po nich na scenie pojawił się zespół Foals. Autorzy słynnego „Spanish Sahara” grali do pierwszej krwi, która na szczęście pojawiła się dopiero podczas ostatniej piosenki. Jeden z muzyków grał tak intensywnie, że pokaleczył sobie palce. Math rock w ich wydaniu brzmi nad wyraz zjadliwie, choć wydaje mi się, że najlepsze numery mają jeszcze przed sobą.

Drugi dzien festiwalu zakończył się w rytmach dance punku, a to wszystko za sprawą Crystal Fighters, którzy podczas krótkiego koncertu zagrali swoje najbielsze perełki – „Plage”, „At Home”, „I Love London” czy zagrany na bis „Xtatic Truth”, który zamknął ten deszczowy, aczkolwiek całkiem interesujący dzień 10 edycji HOF.

Sobota

Sobota na Open’er Festival to przede wszystkim koncerty dwóch, wielkich gwiazd – pokręconych weteranów z Primus oraz legendy absolutnej, Prince’a. Jednak to nie wszystko, co mogliśmy uslyszeć podczas trzeciego, zdecydowanie pogodniejszego, dnia imprezy. Na sam początek wybrałem się na Tent Stage, gdzie sobotni line-up otwierał awangardowy Paristetris, który ma niesłychaną zdolność do zarażania dobrym humorem. Ofiar mieli jednak niewiele, pod sceną nie było tłumów, to i sam koncert najwybitniejszy nie był.

Zaraz potem reaktywowany Sistars na dużej scenie. Ta sama papka, ten sam lans, to samo parcie na bycie „zagranicznym bandem gębą pełną”. Myślę, że w przypadku sióstr Przybysz nigdy im się to nie uda, czego ich wątpliwej jakości koncert, złożony ze starych, zakurzonych numerów, jest najlepszym potwierdzeniem.

Jednak jakiś czas później czekał już na nas band najwyższego sortu. Zwariowany funk zespołu Primus, po świetnym, energicznym Asteroids Galaxy Tour, okazał się najlepszą rozgrzewką przed głównym daniem festiwalu. Był funk, był jazz, był rock i metal, był w końcu szalony Les Claypool, żartujący i zagadujący publiczność, jak najlepszy wodzirej. Jednak największym źródłem mojej ekscytacji była apetyczna setlista – „Jerry Was A Race Car Driver”, „Tommy The Cat”, „John The Fisherman” i wreszcie genialny „My Name Is Mud”. Chłopaki trzymają się dzielnie, naprawdę milo było ich zobaczyć.

I wreszcie wybiła godzina, na którą czekali niemal wszyscy. Takiej publiczności nie było na jeszcze na żadnym koncercie Opener Festivalu. Książę zgromadził wielotysięczny tłum, który był mu wierny od pierwszej do ostatniej sekundy ponad dwugodzinnego show. Moim zdaniem, koncert Kim Nowak w tym samym czasie, co Prince`a, był ciosem poniżej pasa, zarówno dla nas, jak i dla samych artystów.

Dla wielu, Prince na żywo był bardzo długo wyczekiwanym, spełnieniem marzeń, dla innych z kolei sentymentalną wycieczką, dla innych jeszcze, koncertem szarlatana, który posiadł niezwykły dar skupiania na sobie uwagi, nie tylko za sprawą scenicznej wirtuozerii, ale przede wszystkim dzięki osobowości i repertuarowi, który już teraz jest klasyką muzyki.

Czy Prince spełnił oczekiwania wszystkich tłumnie zgromadzonych pod Main Stage? I tak, i nie, bowiem po jego występie można było usłyszeć wiele niepochlebnych opinii, które moim zdaniem, nie miały potwierdzenia w rzeczywistości. Jego koncert w pełni mnie usatysfakcjonował, a to za sprawą doboru piosenek, takich jak choćby legendarny już „Purple Rain”, „Kiss” czy „Little Red Corvette” oraz doskonałej oprawy. Gołym okiem widać było, że sam zainteresowany czuł się na naszych włościach bardzo swobodnie. Miał świetny kontakt z publicznością, był skory do żartów i dobrej, tanecznej zabawy.

Występ największej gwiazdy tegorocznego Open’era zakończył się wielkim pokazem fajerwerków, po których większość rozeszła się, ładować baterię w namiotach i hotelach, a co niektórzy przenieśli się na World Stage, oczekiwać na koncert Big Boia, członka hip hopowego duetu Outkast.

Owe oczekiwania przedłużyły się niebotycznie, gwiazdor spóźnił się aż półtorej godziny, jednak kto dotrwał, ten wie, że opłacało się czekać. Big Boi to czarny dynamit, który ma doskonały patent na hip hop, który dociera nie tylko do wyznawców w szerokich New Erach. Trzeci dzień imprezy za nami, a przede mną jeszcze wiele muzycznych atrakcji.

Niedziela

Niedziela była zwieńczeniem festiwalowych emocji. James Blake udowodnił, że nie bez powodu jest jednym z najbardziej pożądanych artystów tego lata, choć obawiam się, że może okazać się gwiazdką jednego sezonu. Jego studyjne oblicze w wersji live nabiera jeszcze mocniejszego dubstepowego charakteru, a brzmienie basu było tak mocne, że w samochodach zaparkowanych na tyłach sceny uruchomiły się alarmy.

Scena Tent do końca dnia pozostała we władaniu elektroniki, choć zmieniały się jej oblicza. Najpierw usłyszeliśmy elegancki synth-pop w wykonaniu Hurts, którzy podczas wspólnego wykonania „Wonderful Life” wraz z publicznością musieli poczuc się absolutnie wyjątkowo. Po Brytyjczykach zagrał duet Chromeo, wypełniając namiot mieszanką disco i electro-funku. Także i oni dostali przyjęcie, jakie jest w stanie zgotować wyłącznie nasza publiczność, o czym dwie godziny wcześniej przekonali się The Strokes.

Legenda nowojorskiej sceny rockowej zagrała w Polsce po raz pierwszy i to w momencie szczególnym – tuż przed dziesiątą rocznicą ukazania się ich przełomowego debiutu „Is This It”. Nowojorski kwintet zelektryzował publiczność grając przede wszystkim materiał z tego klasycznego albumu, a nie wydanej niedawno płyty „Angles”.

Po The Strokes na scenie pojawiła się M.I.A., ze swoją kalejdoskopową mieszanką muzyki world, punk-rocka i electro, która jak dla mnie była jednak zbyt kiczowata i miałka. Ot, taka muzyczna mielizna zapakowana w sreberko. Jeszcze mocniej niż M.I.A. zaczął Deadmau5, którego set okazał się całkiem obfitą ucztą nie tylko dla uszu, ale także dla oczu.

Konsoleta w kształcie bryły obłożona była panelami LED-owymi, podobnie jak jego charakterystyczna maska w kształcie mysiej głowy. To jednak muzyka nie dla każdego, progresywny house dla wielu bywa zbyt surowy i konserwatywny, co jednak nie odbiło się na frekwencji, publiczność bawiła się do samego końca festiwalu.

Jubileuszowa edycja Heineken Open’er Festival 2011 okazała się wielkim, muzycznym świętem, który choć nie wolny od wpadek, zapewnił mi wiele radości i satysfakcji. Mam jedynie nadzieję, że nowa formuła, o jakiej wspominał dyrektor HOF-a Mikołaj Ziółkowski, nie okaże się bublem, goniącym ślepo za modą i nowymi trendami, jednak tegoroczny Open’er daje nadzieję, że może być tylko lepiej.

Autorem zdjęć jest Tomek Kamiński.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
10 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Simone
Simone
10 lat temu

Pominięcie tego koncertu to jawne przeoczenie 🙂
http://www.youtube.com/watch?v=b6SkMaRU0Vg&feature=player_embedded

homar_alex
homar_alex
10 lat temu

podpisuję się pod zarzutem „sucharskości” , treści tyle samo ile można się dowiedzieć przelotem od znajomych. Więcej i ciekawiej o tym co opisu warte, a przeżycia na coldplayu na bok. pzdr

Heliosphaner
Heliosphaner
10 lat temu

Coldplay Welcome Home – o szit! albo to zdjęcię całujących się żółtych pokrowców – trochę tandetne tutaj.

mallemma
mallemma
10 lat temu

po to, żeby się chlebem powszednim nie przejeść.

Goldfinger
Goldfinger
10 lat temu

A po co komu „odjechane” relacje? Ta jest całkiem w porzo. I tak trzymać.

mallemma
mallemma
10 lat temu

ja też dawno nie czytałam żadnej odjechanej relacji, no chyba, że se sama taką sporządzę 😛

leewus
leewus
10 lat temu

dosyć czerstwo i zdawkowo, równie dobrze można było opisać te koncerty nie będąc na nich. choć rozumiem że trudno ogarnąć cały festiwal tylko jednej osobie.

shyha
shyha
10 lat temu

@lumine. Właśnie dobra relacja…bo to co czytałem w Wyborczej i na Onecie to normalnie jakieś popieprzone bzdury.

shyha
shyha
10 lat temu

Świetna relacja, świetne zdjęcia. Krótko i rzeczowo. Byłem na festiwalu i mam podobne odczucia.

lumine
lumine
10 lat temu

ale sucharska relacja, jak wypracowanie do szkoły. na max -3

Polecamy

Leon Vynehall – Nothing Is Still

Brytyjski producent i DJ – Leon Vynehall po wydaniu kilku niezłych EP, nawiązuje współpracę z kultową Ninja Tune i wydaje swój pierwszy LP tytułując go „Nothing