Wpisz i kliknij enter

Portishead na Malta Festival 2011 – relacja

[wide][/wide]

Trzeci dzień festiwalu na Malcie, rozpoczął polski The Poise Rite, będący w roli niezobowiązującej przystawki przed głównym koncertem wieczoru, supportu, którego, moim zdaniem, mogłoby w ogóle nie być. Chłopaki podobno inspirują się Bauhaus i Joy Division. Wszystko pięknie, ale gdy słuchałem ich z oddali, sącząc jeszcze bezalkoholowy napój, odniosłem wrażenie, że układali te dźwięki w punktach ksero.

Przepastny wór z napisem „anorydżynal alternatiw polisz rok” właśnie powiększył się o kolejny, totalnie nieciekawy band. Ich muzyka to nic, co mogłoby przykuć uwagę, mogła jedynie od biedy rozerwać nieco grupę koczujących pod sceną fanów Portishead i Fleet Foxes.

Po godzinie oczekiwaliśmy już na główny support czyli folk rockowy Fleet Foxes, który wywołuje wśród polskich słuchaczy coraz większe zainteresowanie. Ten koncert był tego najznamienitszym dowodem – publika żywo zainteresowana ich koncertem, bujała się w gorącym słońcu do autentycznie pięknych piosenek kapeli z Seattle, które w wersji na żywo brzmią jeszcze cieplej, niż zapisane na krążkach.

Ich wielbiciele mogli być w pełni usatysfakcjonowani, bowiem w blisko półtora godzinnej setliście znalazły się takie cudeńka jak „Montezuma”, „White Winter Hymnal”, „Ragged Wood” czy końcowy „Helplessness Blues”. Co więcej, zespół wykonał niemal wszystkie numery, jakie można odnaleźć na ich dyskografii, co może jedynie cieszyć. Miałem obawy, że okażą się niewypałem, bo przecież FF pasuje do Portishead jak wół do karety, jednak wraz z pierwszym kawałkiem wszelkie wątpliwości zostały rozwiane, jak chmury uciekające znad poznańskiego jeziora Malta. Co nie oznacza, że wszystko zagrało jak należy.

Wielką bolączką koncertu było nagłośnienie zespołu, które doszczętnie rujnowało całą konstrukcję utworów, zbudowaną z wielu instrumentów, wydających przecież bardzo delikatne dźwięki. Przeładowany bas wysunięty na przód i wokal Robina Pecknolda, majaczący gdzieś daleko w tle – spróbuj sobie to wyobrazić. Jednak w ogólnym rozrachunku, koncert folkowców był dla mnie pozytywną niespodzianką, która dobrze rokuje na przyszłość. Fleet Foxes nie zacznie porywać tłumów, ale ma realną szansę na bycie zapamiętanym i zapisanym w zawiłej historii muzyki rockowej.

I wreszcie, na tle zachodzącego słońca, rozpoczął się koncert trip hopowej legendy z Bristolu. Od samego wejścia na scenę, aż do ostatniego numeru, kapela rozpyliła w powietrzu tak cudowną atmosferę, że chciałoby się położyć i odjechać w nieznane przy ich leniwych, hipnotycznych dźwiękach. Portishead spisali się na medal.

Problemy z dźwiękiem minęły jak ręką odjął, każdy wokalny niuans Beth Gibbons można było momentalnie wyczuć, a każde, nawet najdelikatniejsze pociągnięcie struny mile dźwięczało w uszach, co pozwalało upajać się muzyką zespołu, która bujała od pierwszych chwil z nią spędzonych.

Doprawdy, można było się rozpłynąć i zapomnieć o troskach dnia codziennego. Chyba nikt nie spodziewał się wybuchów szaleństwa i skakania w tłumie – koncert Portishead to wyciszony i bardzo introwertyczny seans, co przy tak licznej frekwencji, jest niejako jego genialnym paradoksem.

Piękno ich muzyki tkwi w ciszy i skupieniu i nawet w największym tłumie nie opuści Cię to miłe poczucie izolacji, dzięki któremu przeżyjesz te parę godzin nieco inaczej, niż zwykle, kiedy stoisz pod sceną, oślepiony blaskiem kolorowych świateł. To było bardzo przyjemne doświadczenie, którego rozdziały nosiły nazwy największych przebojów brytyjskiego tria. „Mysterons” – pełen psychodelii i mroku, najsmutniejszy na świecie „Glory Box” i najbardziej rozczulający moment tego wieczoru czyli „Wandering Star”, zagrany na dwie gitary, pełen fascynującego minimalizmu. Gibbons z pietyzmem śpiewała kolejne wersy, wkładając w to całe serce, które, mogłoby się wydawać, że właśnie roztrzaskało się na drobne kawałeczki.

Wzruszające i porywające bez reszty, a końcowy „Roads” był najlepszym finałem koncertu, jaki dany mi było zobaczyć w tym roku. Imponujący na tyle, że najmniejszy nawet bis nie był już potrzebny, choć i bez niego się nie obyło – galopujący „We Carry On” okazał się być okazją dla Beth, by zbiec do publiczności, która wybudzona z otępienia, zaczęła przepychać się, by zbić piątkę z niepozorną wokalistką Portisów.

Koncert Portishead okazał się bardzo interesującym przeżyciem, które zapada w pamięci, jak dobry film, który intryguje fabułą i chwyta za serducho. W przypadku żywych dźwięków od trójki muzyków z UK, mogę powiedzieć o nich tylko jako o dogłębnie poruszających i autentycznie cieszę się z uczestnictwa w tym festiwalowym, muzycznym święcie. Kto nie był, niech srogo żałuje, a kto chce się dobić, niech odkurzy „Dummy” i położy się na wznak z filiżanką czarnej kawy. Niech żyje stary, dobry trip hop!

Autorem zdjęć jest Grzegorz Musiał.
Więcej zdjęć na shrek.pl







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy