IRAH – Diamond Grid
Przemysław Solski:

Siatka utkana z ciekawości.

Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.

The Future Eve feat. Robert Wyatt – KiTsuNe / Brian The Fox
Łukasz Komła:

Na łączach z Robertem Wyattem.

Rites of Fall – Towards the Blackest Skies
Jarek Szczęsny:

Im dalej w las, tym ciemniej.

Hula – Voice
Paweł Gzyl:

Łabędzi śpiew mistrzów industrialnego funku.



OFF Festival 2011 – relacja

OFF Festival 2011 jest już tylko wspomnieniem. Kilkanaście tysięcy ludzi odwiedziło Dolinę Trzech Stawów w Katowicach w ciągu trzech dni imprezy, na której awangarda mieszała się z metalem, indie rock z bluesem, a syryjskie piosenki weselne ze starym, dobrym, polskim rapem. Sprawdźcie, co z najbardziej eklektycznego festiwalu w Polsce zapamiętała NowaMuzyka.pl

Piątek

Dezerter

Dezerter po nagraniu najlepszej od kilku, a może nawet kilkunastu lat płyty „Prawo Do Bycia Idiotą”, równie dobrze radzi sobie na scenie. Wiekowi punkowcy mają w sobie więcej energii, szczerości i oryginalności, niż wszystkie młode, polskie kapele razem wzięte. Mogliśmy się o tym przekonać na własne oczy w Katowicach. Słyszałem nawet kilka głosów, jakoby był to najlepszy koncert OFF-a. No, może bez przesady, ale Dezerter pokazał, że surowy, bezkompromisowy punk ma jeszcze rację bytu. Szacunek. [Kamil Downarowicz]

Glasser

Pierwszą, zagraniczną artystką Trójkowej Sceny Prezydencji katowickiego festiwalu była pochodząca ze Stanów Zjednoczonych Cameron Mesirow. Podczas swojego krótkiego i bardzo skromnie zaaranżowanego występu zaprezentowała kilka utworów z wydanego jesienią debiutu – albumu „Ring”. Wokalistce towarzyszył tylko jeden z członków zespołu, którego aktywność ograniczała się do wypuszczania elektronicznych podkładów ze szczelnie zamkniętego „magicznego pudełka”. Choć muzyka Glasser opiera się na dźwiękach elektronicznych, to jednak jej występ przypominał bardziej okraszony wokalem set. Koncert był rozczarowujący, szkoda, że muzycy nie pofatygowali się, by wystąpić w pełnym, czteroosobowym składzie. Kolejna okazja może nie zdarzyć się zbyt prędko, o ile w ogóle. Oczywiście trzonem materiału z „Ring” jest niesamowity głos Glasser, który na żywo brzmi jeszcze bardziej zjawiskowo. Za jego pomocą, ta krucha i filigranowa dziewczyna potrafi przyprawić o drżenie serca nawet największego twardziela. Mnie ujęła głównie wykonaniem „Treasury Of We”. Muzycznych emocji mogłoby być jednak więcej, niespełna trzy kwadranse występu pozostawiły po sobie niedosyt. Na moje zadane po koncercie pytanie, czemu występ trwał tak krótko, Cameron odpowiedziała z rozbrajającą szczerością: „Ja nie mam więcej piosenek”. [Kamila Szeniawska]

AIDS Wolf

Doprawdy, zupełnie nie wiedziałem czego mogę spodziewać się po występie tej do reszty przekręconej, czysto awangardowej kapeli, której owoce twórczości macałem jedynie pobieżnie, po ciemku i po łepkach. Czy słusznie? Gdzieś już usłyszałem trafną opinię, że w przypadku AIDS Wolf nie sposób nie popaść w skrajność, z którą z resztą tak po drodze muzyce zespołu – albo koncert okaże się hitem tej edycji festiwalu, albo miażdżącą klęską o której nikt, w zalewie tylu znakomitych wykonów, długo nie będzie pamiętać. Niestety, trio z Montrealu drastycznie zbliżyło się do tej drugiej, zupełnie nie satysfakcjonującej opcji, toteż chylę czoła przed tymi, którzy po kilkunastu minutach nie ulotnili się z namiotu T-Mobile, uciekając do psychodelicznej oazy czterech aniołów z Warpaint. AIDS Wolf to w dużym skrócie bezmyślna kakofonia, na którą bandy pokroju The Dillinger Escape Plan spojrzałyby z największym politowaniem. Napieprzanie w perkusję, szarpanie struny i krzyki zdesperowanej wokalistki, sprawiły, że określenie „trzy akordy i darcie mordy” nabrało dla mnie realnego znaczenia. Wpływy Zappy? Rzekome inspiracje Beefheartem? Nigga, please! Dwa kwadranse i już mnie nie było. [Sebastian Gabryel]

Warpaint

Dziewczyny z Warpaint swoim występem potwierdziły, że dobre, gitarowe brzmienie nie musi być domeną tylko i wyłącznie męską. Mimo braku niespodzianek i ograniczonego czasowo występu (jak przy większości przedwieczornych koncertów), dziewczyny zaprezentowały się festiwalowej publiczności z jak najlepszej strony. W rzeczy samej na pierwszy plan wysuwały się główne wokalistki, a zarazem gitarzystki – Emily i Theresa. Mimo delikatnej barwy, ich głosy bardzo zwinnie przedzierały się przez płaszcz rockowych brzmień. W repertuarze znalazły się zarówno kawałki z wydanej w ubiegłym roku płyty „The Fool” z singlowym „Undertow” na czele, jak i starsze numery z EP-ki „Exquisite Corpse”. Zabrakło jednak ballad, choćby „Baby” – dziewczyny postawiły na mocniejsze uderzenie, a Theresa nawoływała w stronę publiczności: „Lubimy, gdy tańczycie!”. Jedyne, czego mogło być więcej, to seksapilu i muzycznego flirtu, które uwiodłyby publikę bez reszty. [Kamila Szeniawska]

Junior Boys

52 minuty – tyle kanadyjskie duo pieściło zmysły melancholijnym electropopem. Pięknie skrojony koncert, doskonale nagłośniony – słychać było każdy dźwięk syntezatora i krystalicznie czysto wokal. Znalazło się w nim miejsce na największe evergreeny duetu, świetnie przyjętą nową płytę „It’s All True”, reprezentowaną w liczbie trzech utworów, gadkę o polskich korzeniach, piwo i papieroski dla Didemusa. Tym razem nie zadziałało odwieczne prawo „nowa płyta = nowe możliwości”. Mało ich pokazali, mimo solidnego i pełnego przebojowości koncertu. Ale i tak, to był jeden z najjaśniejszych punktów który rozświetlił zapadający powoli nad Doliną piątkowy wieczór, a falsecik Greenspana w kończącym „Banana Ripple” brzmiał w głowie pół nocy. [Patryk Zalasiński]

Meshuggah

Wielu fanów ciężkich brzmień przybyło do Doliny Trzech Stawów tylko dla nich. Pod Sceną Leśną zgromadziły się tłumy ubranych na czarno postaci, czekających na swoich metalowych bogów. Fani indie, electro czy ogólnie rzecz ujmując, lżejszych gatunków, z niedowierzaniem i zdegustowaniem przyglądali się temu, co działo się podczas koncertu Meshuggah. Już na początku ich występu, truchtem oddalili się w bezpieczne rejony. Zostali tylko „hardcore’owcy”, którzy przeżyli, wspólnie, jedne z najwspanialszych chwil całego festiwalu. Miażdżąca energia i ekstremalny ciężar Meshuggah widziany i słyszany na żywo jest po prostu nie do opisania. Najlepszy zespół metalowy XXI wieku? Po występie w stolicy Górnego Śląska nie mam, co do tego żadnych wątpliwości. [Kamil Downarowicz]

Matthew Dear Live Band

David Bowie XXI wieku? Naprawdę? Jeżeli ktoś zawitał na wspólną scenę radiowej Trójki i Prezydencji, od pierwszych chwil już wiedział – to prawda, albo i jeszcze więcej. Dear zaprezentował swój najnowszy album – elektroniczną symfonię „Black City”, pełną hipnozy i niejasności, zawiłych wokali. Odegrał ją wraz z Big Hands Bandem, z którym koncertuje podczas światowego touru. Często supportują nowojorski Interpol, i to doświadczenie było wyraźnie wyczuwalne – czuć było wszędobylski rockowy pazur, a Dear, powalający stylówą (biały garnitur, sic!), dwoił się i troił na scenie, śpiewał, grał od gitary po tamburyn, czarował, odkrywając ogromne podkłady własnej charyzmy, którą skrzętnie chował do tej pory. Energetyczny show, pełen zabawy formą, głosem, kolorem i dźwiękowego szoku (czasem zbyt głośnego i przesterowanego – momentami nie nadążał za nim sprzęt). Świetnie wpisał się w alternatywną genezę festiwalu, nie pozwalając ziewać sierotom po metalowym Meshuggah czy czekającym na syryjskie wesele z Omarem Souleymanem. Zobaczyć Deara i umrzeć! [Patryk Zalasiński]

Omar Souleyman

Koncert Omara był jednym z tych, których podczas piątkowego dnia festiwalu ciekaw byłem najbardziej. I nie zawiodłem się, choć mógłbym nieco, gdybym tylko nie spojrzał na jego taneczno-przaśną muzykę z odpowiednią dozą dystansu. Ale Omar pozamiatał. Zaraz po opętańczych mrokach bezbłędnego Meshuggah, szaleńcze tańce przy jego egzotycznych dźwiękach były jak znalazł. Namiot pękał w szwach, a każdy znajdujący się w środku nie mógł długo opierać się energii tej niezwykłej osobistości – Artur Rojek trafił w dziesiątkę. Charyzmatyczny Souleyman, choć nie miał specjalnie wiele do roboty, okazał się jedną z najjaśniejszych gwiazd piątkowego wieczoru, a jego koncert ułożony ze skocznych, weselnych piosenek, nieskrępowaną zabawą dla wszystkich. [Sebastian Gabryel]

Low

Jak najwolniejszy zespół w historii slowcore’u sprawdził się w akcji? Ano, egzamin zdał z wyróżnieniem, choć co mniej zorientowani mogli sobie pomarudzić – było wolno, duszno i gęsto, czyli dokładnie tak, jak być miało. Melodyjność najlepszych numerów z dyskografii anemicznych amerykanów jak najbardziej zachowana, a i ten charakterystyczny, stoicki spokój jak najbardziej obecny. Nad sceną unosił się duch melancholii, który o tak późnej godzinie mógł tylko zauroczyć i zachwycić. Alan i Mimi to cudowny duet, którego wspólny, nasycony emocjami śpiew autentycznie wzruszał, a krążek „C’mon” nabrał całkiem nowego wymiaru. Jeden z najlepszych koncertów tegorocznej edycji. [Sebastian Gabryel]

Oneohtrix Point Never

Nie będę ukrywać, że OPN to wcielenie Daniela Lopatina, które lubię najbardziej i mimo dramatycznie późnej pory, postanowiłem wyczekać ten koncert, by po raz kolejny przekonać się, że ten sympatyczny koleś generuje dźwięk, dzięki któremu można się zatrzymać i spojrzeć na świat nieco inaczej. Tak, tak, skojarzenia z retrospekcyjnymi sesjami przy Boards Of Canada jak najbardziej na miejscu. A więc, czy ostatni koncert pierwszego dnia w małym namiocie z garstką podobnych maniaków nie był ku temu dobrą okazją? Był najlepszą, bowiem Lopatin to producent, który potrafi gładko wstrzelić się ze swym hipnagogicznym krajobrazem do zastanej przez niego rzeczywistości. A było tak: cicho, tajemniczo, z bardzo nieśmiało rozjaśniającym się niebem – jednym słowem absolutnie wyjątkowo i nad wyraz trafnie. Oldskul jak zwykle wygrał w boju z nowoczesnością. [Sebastian Gabryel]

Sobota

Ballady I Romanse

Panny Wrońskie wystąpiły na scenie eksperymentalnej tak wczesnym popołudniem, że trzeba było nie lada zapału, by zrezygnować z zaplanowanej wycieczki po Nikiszowcu i miast niej udać się w okolice Doliny Trzech Stawów. Zdobyłam się na ten trud w imię wielkiej przygody, ale moje oczekiwania zostały tylko po części spełnione. Po kolei. Opóźnienia dużego nie było, dziewczyny potrzebowały jeszcze koło 5 ponadprogramowych minut, żeby poukładać wszystkie klocki na scenie. Chwilę potem popłynęły utwory z drugiej płyty duetu – od rozgrzewającego „Jeszcze Mogę Zostać Bohaterem”, przez upojną „Oziminę” aż po lunaparkowe „Plony”. Brawa za czarujące wykonanie „Kto przepłynie” z debiutanckiego krążka. Gwizdy za pominięcie „Dla Ciebie”, najpiękniejszego wyznania miłości, jakie widział świat. W nastroju bipolarnym zmuszona byłam opuścić namiot eksperymentalny. Szczęście, że oferta gastronomiczna w tym roku była przebogata. [Dominika Kujawka]

Blonde Redhead

Mimo, że ostatni album zespołu „Penny Sparkle” był zdecydowanie bardziej subtelny i kojący od dotychczasowych, podczas katowickiego występu trio z Nowego Jorku zaprezentowało zdecydowane, gitarowe brzmienie. Z hałasem gitar i bębnów kontrastował delikatny, lekko senny i hipnotyzujący wokal Kazu Makino. Muzycy zdawali się być jednak dość zdystansowani, widowisko pozbawione było głębszej interakcji z publicznością, która oczekiwała chyba większego zaangażowania. Chłód bijący ze sceny miał jednak swój specyficzny urok, pod którego wrażeniem pozostała mniej egzaltowana część widowni. [Kamila Szeniawska]

Kury

Co było pierwsze? Po tym koncercie można śmiało napisać że… Kury. I to Kury z jajami. Taką odpowiedź znało zapewne od dawna wielu wiernych słuchaczy, którzy specjalnie dla nich, i tylko dla nich, przyjechali na tegorocznego OFF-a i którym nie przeszkadza to, że od 14 lat śmierdzi im z ust. Dowodzona przez Tymona Tymańskiego kultowa formacja reaktywowała się specjalnie na potrzeby festiwalu, grając materiał z legendarnej płyty „P.O.L.O.V.I.R.U.S”. I w związku z tym wszyscy byli przygotowani na to co nastąpiło. Zaczynając od „Śmierdzi Mi Z Ust” przez „Jesienną Deprechę” zespół, ubrany w gustowne ogrodniczki, grał materiał, Tymon śpiewał, a publika mu wtórowała. Było refleksyjnie i bardzo na czasie. I nawet kumulusy nadciągnęły. [Katarzyna Rajchel]

YACHT

Koncert tej obiecującej formacji nie chce wylecieć z mojej pamięci, niemal wypychając wszystkie pozostałe. Może to dlatego, że po Młodych Amerykanach Rzucających Wyzwanie Zaawansowanej Technologii nie spodziewałem się absolutnie niczego, a może ich sobotni występ na Trójkowej Scenie Prezydencji okazał się tym najlepszym. W tej drugiej tezie mogę mieć sporo racji, bowiem takich tłumów skromny namiot ulokowany zaraz obok Sceny Leśnej nie widział zbyt często – ludzie dosłownie tłoczyli się w nim, ściśnięci w tanecznej fali jak sardynki w puszce. Nic dziwnego, bowiem YACHT zagrali świetnie i tak cholernie świeżo, że nie sposób było się nie wkręcić. Ich indie-popowe numery miały w sobie wystarczająco dozę eksperymentu, by poczuć, że wszystkie proporcje zostały odmierzone należycie, a i sam zespół zdawał się rewelacyjnie bawić – w szczególności blond wokalistka Claire L. Evans, która w śnieżnobiałym stroju wspinała się na kolumny i szalała wraz z tłumnie przybyłą publicznością. Brawo, brawo i jeszcze raz brawo. [Sebastian Gabryel]

Neon Indian

Neon Indian pokazali klasę, choć na tle YACHT wypadli o jeden level słabiej. Publiczność po raz kolejny z rzędu dopisała, a sam Alan Palomo zdawał bawić się swoim chillwave najlepiej jak tylko umie, by rozgrzać nas przed zbliżającą się gwiazdą w postaci Primal Scream. Numery z „Psychic Chasms” świetnie sprawdzają się na scenie, do tego warto odnotować piękną grę świateł, która rewelacyjnie nawiązywała do dyskotekowych lat osiemdziesiątych. Jedyne co mogło dziwić i nieco nużyć, to te nieustanne improwizacje rozdzielające każdy z numerów, tak samo płaskie i zwyczajnie nie trafione, a przecież zespołu stosujący tyle ośmiobitów nie powinien pozwalać sobie na takie przestoje! [Sebastian Gabryel]

Gang Of Four

Kolejny zespół ze starej gwardii zaproszonych przez Rojka. Mieli dać niesamowite show a skończyło się na niesamowitej…klapie. Jon King ewidentnie nie był w formie, jak zresztą pozostała część składu. Zamiast grać swoje, bardziej skupiali się na wzajemnym popychaniu się i dziwnych wygibasach, co dawało dość żenujący efekt. Do tego brzmienie Gang Of Four uległo dość znacznej korozji. Oczami wyobraźnie widziałem rdzę sypiąca się z instrumentów jak i z samych muzyków. Hasło „Punk Is Dead” zabrzmiało niebezpiecznie prawdziwie. [Kamil Downarowicz]

Xiu Xiu

Z twórczością Xiu Xiu od zawsze miałem spory problem, a po ostatnim albumie o arcy-pretensjonalnym tytule „Dear God, I Hate Myself” odczuwałem wobec niego coś w rodzaju zasadniczej niechęci, której pobawił mnie właśnie koncert w Dolinie Trzech Stawów. Choć na scenie mało ich było, to działo się wiele, a sam występ mogę odebrać czysto pozytywnie, oczywiście jeżeli słowo „pozytywnie” w przypadku Xiu Xiu może tu mieć jakiekolwiek zastosowanie. Tak, było łzawo, było histerycznie, ale to jednak muzyka, która pomimo patosu i przeładowania tanim dramatem, a to cechy na które mam chroniczną alergię, ma w sobie wystarczająco wielki pierwiastek twórczy, by po paru blokadach w mózgu i uchu pozwolić dać się jej złapać na haczyk – pułapka z rodzaju tej, w którą wpadasz, słuchając trubadura z Dead Western. [Sebastian Gabryel]

Destroyer

Niejaki Daniel Bejar z Kanady zaserwował nastrojowe i wyciszone piosenki, jednoznacznie przywołujące na myśl sceną kanadyjską. Delikatna i zmysłowa elektronika, łagodne partie gitary i uzupełniające brzmienie dęciaki. Tak to mniej więcej wyglądało – trochę ambientu, trochę bluesa, trochę klasycznego rocka, a całość dopięta na ostatni guzik. Do tego ten kojący wokal i niezapomniana, magiczna atmosfera unosząca się nad Sceną Leśną. Było bosko. [Kamil Downarowicz]

How To Dress Well

Moje rozczarowanie nr 2 nazywa się Tom Krell i pochodzi z Brooklynu. Zawodowo zajmuje się mozolnym konstruowaniem elektronicznych pasaży, czerpiąc garściami ze stylistyki lo-fi i R&B. Wszystko ślicznie, szkoda tylko, że Krell odważył się opuścić studio i wkroczyć na scenę. Ta w Katowicach to zasadzie nie scena, tylko duszny trójkowy namiot. Swoją drogą ciekawe, kim jest ten mędrzec, który pozamykał go na wszystkie strony, odmawiając powietrza mnie i reszcie biesiadników… Męczące zawodzenie Krella dodatkowo utrudniało sprawę. Wysłuchanie fałszujących jęków do końca okazało się zadaniem niewykonalnym, toteż po kilku numerach z ulgą opuściłam namiot. To, co zdążyłam zobaczyć, utwierdza mnie w przekonaniu, że How To Dress Well dał najsłabszy koncert tegorocznego Off Festivalu. [Dominika Kujawka]

Primal Scream

Na ten koncert czekałem. Legendarny album „Screamadelica” wykonany w całości na żywo? To musiało być coś wielkiego. I było. Gospelowe zaśpiewy towarzyszące gitarowo-elektronicznym melodiom, sprawiły, że tłum zgromadzony przed Sceną mBanku oddał się całkowitemu szaleństwu. Na żadnym innym koncercie nie było tak gorącej i tanecznej atmosfery. „Screamadelica” nie brzmi dzisiaj jakoś super świeżo, ale i tak można przy niej pozwolić sobie na kilka chwil zapomnienia. A jak ogromny ten album miał wpływ na scenę brytyjską nie trzeba chyba nikomu przypominać. [Kamil Downarowicz]

Suuns

Jestem gorącym zwolennikiem ich „Zeroes QC” i z bólem serca muszę przyznać, że nieco rozczarowałem się ich koncertem – być może właśnie z powodu przesadnych oczekiwań wobec kwartetu z Montrealu. I to co dla wielu może jawić się jako atut, mnie osobiście zakuło, nie pozwalając na czerpanie pełnej przyjemności z wykonu – było zbyt tanecznie i definitywnie niemrocznie i niekrautrockowo, co w przypadku zespołu tego rodzaju sprawiło, że nieustannie czegoś w tych numerach mi brakło. Większości festiwalowiczów zgromadzonych w namiocie zdawało się to jednak nie przeszkadzać i mimo późnej pory bawili się do reszty w rytmie najsmaczniejszych kawałków zespołu – „Arena”, „Up Past The Nursery” czy „Gaze”. So, mission complete. [Sebastian Gabryel]

Niedziela

Junip

José González, znany doskonale ze swoich solowych, akustycznych poczynań, tym razem roztoczył swój niezaprzeczalny urok z pomocą kolegów z zespołu. Występ Junip okazał się wspaniałą gratką dla koneserów niedzielnych podwieczorków. Lekkostrawny i słodki niczym chrupiący, smakowity wafelek, głos José w połączeniu z aranżacjami na coś więcej, niż tylko gitara, brzmiał zdecydowanie najlepiej. Zgromadzona pod Sceną Leśną publiczność mogła zrelaksować się po ostatnich dniach i nocach festiwalowego szaleństwa. Najbardziej rozbujała się oczywiście przy dźwiękach „Always”. Szkoda, że zespół nie zagrał nic na bis. Ten, kto chciał spędzić z chłopakami więcej czasu, mógł zamienić z nimi kilka słów – po koncercie wmieszali się w tłum i sprawdzali, co w trawie Doliny Trzech Stawów piszczy. [Kamila Szeniawska]

Liars

Jak dla mnie największa gwiazda festiwalu. Znani ze swojego transowego, punkowo-zbójeckiego grania Amerykanie dali czadu na maxa. Pomimo początkowych problemów technicznych, zdołali rozkochać w sobie publikę. Te połączenie hipnotycznych motywów z nieokiełznaną dzikością, robiło po prostu niesamowite wrażenie. Ciężko w to uwierzyć, ale brzmieli jeszcze lepiej, niż na albumach. Potężna dawka energii. Jak mawiał klasyk: „Heart and soul one will burn”. Ale tylko na koncertach Liars. [Kamil Downarowicz]

Deerhoof

Wiedziałem, że Deerhoof jest zespołem stosunkowo znanym w naszym kraju, nie sądziłem jednak, że zgromadzi takie tłumy. Scena Leśna przeżyła prawdziwe oblężenie i chłonęła piosenki Satomi i spółki jak gąbka. Sama wokalistka emanowała czystą energią i ta ekspresja przyciągała jak magnes, każdego, kto znajdował się w obrębie terenu festiwalu. Deerhoof palił się żywcem – płonęła gitara, płonęła perkusja, doszczętnie spalił się głos – ta metafora najlepiej oddaje klimat tego niesamowitego koncertu, który tej bardzo zdolnej kapeli słusznie doda jeszcze większego hype’u. [Sebastian Gabryel]

dEUS

Szkoda mi ich występu, bowiem kiedy wyszli na scenę, zaczął padać niemiłosiernie deszcz. Większość ludzi pozamykała pod sceny namiotowe, albo w inne suche miejsca. Efekt był dość przykry, bowiem pod Sceną mBanku, było naprawdę niewiele ludzi. A sam koncert był bardzo fajny, dEUS zaprezentował kawał naprawdę dobrego indie. Może całość nie brzmiała, jakość nad zwyczaj oryginalnie, ale słuchało się tego bardzo przyjemnie. [Kamil Downarowicz]

Twin Shadow

Nareszcie zaskoczenie! Nie zrozumcie mnie źle – wiedziałam, że to będzie dobry koncert, ale nie spodziewałam się, że trójkowy namiocik rozpruje równie potężna fala rockandrolla. Tak było, George Lewis Jr. przeskoczył o parę szczebli wysoki poziom albumu „Forget”. Poza doskonałym wykonaniem „Shooting HolesAt The Moon” czy „I Can’t Wait”, rozbroił publikę historyjką o katowickim taksówkarzu, który nie wierzył ani trochę, że przeto wiezie wnuka rodowitej Polski. Emocjonujący koncert Twin Shadowa wywołał hektyczne rumieńce u znacznej części zgromadzonej na trójkowym koncercie gawiedzi. Absolutnie zasłużone. [Dominika Kujawka]

Ariel Pink’s Haunted Graffitti

Jego koncert był jednym z tych, na który wielu czekało z utęsknieniem – i ja czekałem. Zobaczyłem, posłuchałem i doszedłem do wniosku, że ten facet to zjawisko, które nawet jeśli nie rozumiesz, to zaintryguje na tyle, że nie jesteś w stanie przejść obok niego obojętnie. To nie jest lo-fi dla hipsterskiej braci. To muzyka czasów minionych zagrana w absolutnie unikalny sposób. Niedzielny koncert był tego żelaznym dowodem i najfajniejszym momentem ostatniego dnia festiwalu. Było kolorowo, deszczowo i hippiesowsko. I chwała mu, za skupienie światła na „Before Today” – najbardziej miododajne piosenki brzmiały w uszach, aż miło. Bas płynął, deszcz zacinał i nikomu chowanie się pod zadaszeniami nie było nawet w głowach. Jest wielce ciekaw, jaki będzie kolejny ruch tego zespołu. Po koncercie na OFF Festival mogę życzyć im tylko najlepiej. [Sebastian Gabryel]

Public Image Ltd.

O tym, kim jest Johny Rotten powinny uczyć się dzieciaki w podstawówce. Legendarny wokalista Sex Pistols, powrócił do świata żywych ze swoim zespołem Public Image Ltd. Można mieć sporo rezerwy do takich newsów, ale jeżeli reaktywacja starych składów jest tak udana, jak w przypadku PIL, to nawet najwięksi malkontenci milkną i ze zdziwieniem przyglądają się temu, co dzieje się na scenie. Public Image dali doskonałe, pod każdym względem, punkowe show. Zagrali swoje największe hity i rozbujali OFF-ową publikę. Największym ich atutem były cholernie chwytliwe riffy, no i oczywiście sama postać Rotten’a, który stroił miny, urządzał harce po scenie i pokazał się z jak najlepszej strony. [Kamil Downarowicz]

Emeralds

Nie mam pojęcia, jak do tego doszło, ale ten koncert został kompletnie zniszczony przez karykaturalne nagłośnienie, co dawało się nieco we znaki chłopakom z Emeralds. Przeładować, przebasować i przerysować – takie, jak i inne zabiegi na kruchych dźwiękach z „Does It Look Like I’m Here?” miały miejsce podczas występu na Scenie Eksperymentalnej T-Mobile. Mimo to, kiedy „Double Helix” i reszta zaczęły wybrzmiewać z głośników poczułem dużą przyjemność, porównywalną do tej, jaką odczuwam podczas odsłuchu albumu. Z Emeralds nie było łatwo, kto liczył na energię i ogień, ten srogo się przeliczył. Królowało skupienie i powaga, dzięki którym koncert był tak wyjątkowy i tak trudny do zaklasyfikowania. Gdyby tylko nie ten przeklęty dźwięk… [Sebastian Gabryel]

Podsumowanie

Dziwny to festiwal z OFF-em w nazwie, który stara się promować niezależną i ambitną muzykę, a jednocześnie największa scena nazywa się mBank, a jeszcze inna T-Mobile. Zewsząd otaczają nas bannery, reklamy i nachalna korporacyjna machina promocyjna. Ok, może się czepiam, ale chwilami to naprawdę drażniło. Nie zmienia to jednak faktu, że OFF to obecnie jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) festiwali w Polsce. Czterodniowe święto wypełnione muzyką na najwyższym, światowym poziomie. Artur Rojek postawił na eklektyzm, zaprosił artystów z rejonów indie rocka, elektroniki, metalu, awangardy, rapu i czego tylko dusza mogłaby zapragnąć. Pomimo tak szerokiego i zróżnicowanego line-upu, każda otwarta osoba, niezamykająca się w obrębie trzech, czterech gatunków, ciągle poszukująca nowych brzmień, mogła bez obawy wędrować spod jednej sceny na drugą. W zasadzie nie było czasu napić się nawet piwa między poszczególnymi koncertami. Czy to dobrze czy źle, oceńcie sami. W tym roku, w Katowicach, zagrały żywe legendy, debiutanci, a także artyści z ugruntowaną pozycją na rynku i z oddaną gromadką fanów. Niemal wszyscy się sprawdzili. Występy Primal Scream, Public Image Ltd czy choćby Davida Tybeta, przejdą pewnie do historii i będą wspominane latami.

Nie obyło się jednak bez kilku problemów i wpadek. Na koncercie Kur siadło oświetlenie i telebimy. Dobrze, że w końcu z tym sobie poradzono, bowiem słońce zachodziło i mało brakowało, a Tymon i spółka musieliby grać w całkowitych ciemnościach. Z kolei Liars zaczęli później niż planowano, bowiem przestały działać mikrofony i część sprzętu. Można też przyczepić się do jakości nagłośnienia w przypadku kilku występów. Bo czy Mogwai nie mogliby być głośniej podkręceni przez techników? Podobnie Liars i jeszcze kilku innych? Mogliby.

OFF Festival jednak nie tylko muzyką żyje. Wszyscy Ci, którzy chcieli odsapnąć, mogli udać się do Kawiarni Literackiej, gdzie odbywały się spotkania z ludźmi kultury, sztuki i polityki. W tym roku gospodarzem kawiarni był Wojciech Kuczok, a gośćmi byli m. in. Krzysztof Skiba i Kazimierz Kutz. W miasteczku festiwalowym swoje stoiska miała Krytyka Polityczna czy Amnesty International. Można więc było popolitykować sobie i wesprzeć różne inicjatywy społeczne. Ciekawie pomyślana była akcja relatywizacji klopsztang. Tak, wiem, nie macie pojęcia, czym są klopsztangi. Otóż w gwarze śląskiej oznaczają trzepaki. Są symbolem śląskich podwórek i miejscem zabaw dzieciaków. Zresztą sami mieliście pewnie trzepaki na podwórkach, więc wiecie, o jaki klimat chodzi. Na OFF-ie porozstawiano je niedaleko sceny głównej i można było się o nie oprzeć, kiedy ból w nogach i zmęczenie dawało się we znaki.

Polepszyła się, w porównaniu do ubiegłego roku, strefa gastronomii. Wybór był zdecydowanie większy i nawet nieszczęśni i wiecznie prześladowani przez stoiska z kiełbasami grillowanymi, wegetarianie mogli znaleźć coś dla siebie. Słabo natomiast wyglądała sytuacja na polu namiotowym. O kupnie chleba czy bułek nie było mowy, wrzątek był rozlewany z kilku godzinnymi przerwami. Do pryszniców stało się w kolejce średnio jakieś półtorej godziny, kabin było po prostu za mało.  Ale z kwestiami higieny chyba nigdy i nigdzie nie będzie już do końca w porządku. Są przecież rzeczy ważniejsze.

Do stolicy Górnego Śląska przybyło w tym roku grubo ponad dziesięć tysięcy osób. Relatywnie nie jest to duża liczba. Ale nie o ilość tu chodzi, drodzy woodstokowicze i open’erowcy, ale o jakość prezentowanej na danym festiwalu muzyki. A jakością właśnie Dolina Trzech Stawów zdeklasowała wszystkich swoich rywali. [Kamil Downarowicz]

Autorem zdjęć jest Artur Rakowski, współpracownik NowaMuzyka.pl
Więcej na jego blogu reparter.blogspot.com

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 9

  1. Michał

    Z ciekawszych występów bym dodał jeszcze GaBle i Oneida o których nie ma ani słowa a były świetne.
    I jeszcze takie małe wyjaśnienie:Wojciech Kuczok (nie Kurczok!) był gospodarzem Kawiarni Literackiej ( a nie gościem tak jak jest napisane w podsumowaniu) a Tymona Tymańskiego tam nie było bo nie dotarł niestety… Ale za to panowie z Totartu dali niezłe show,zwłaszcza Paulus & Brzóska

    Pozdrawiam wszystkich OFF-owiczów i do zobaczenia na Tauronie:)

  2. Paweł

    Gang Of Four dali świetny koncert. Życzyłbym każdemu z tych młodych wykonawców, którzy pojawili się na OFF-ie takiej formy w ich wieku, jaką oni mają teraz. No i Andy Gill pokazał co można wydobyć z gitary – zbudowany z samych sprzężeń „Anthrax” to klasa sama w sobie. Oj, dzieci, dzieci. 🙂

    • funthomas

      wole byc dzieckiem niz starym dziadem jarajacym sie sprzezeniami gitarowymi jakich pełno

      • Paweł

        Też kiedyś będziesz starym dziadem. I ciekawe czy wtedy będziesz się nadal jarał Kampem. A Gang Of Four pomimo 32 lat od debiutu nadal brzmi super.

      • Funthomas

        mysle ze juz taka tonę sprzezen sie nasłuchałem vide lee ranaldo plus cala seria harshnoisu ze jak bede starym dziadem to bede juz tylko ambientu sluchal.

  3. Funthomas

    na żadnym z widzianych koncertów publiczność nie szalała tak jak na Kampie:P

  4. Justyna

    ja przepraszam, ale jeśli Krell fałszował, to jestem, nie wiem, królem Antarktydy. rozumiem, nie pasuje Ci barwa głosu, rozumiem, nie pasuje Ci taki klimat, rozumiem, nie pasuje Ci, że było duszno, ale proszę Cię, nie pisz bzdur o fałszowaniu, bo pod względem warsztatu wokalnego, to 3/4 wokalistów na tym festiwalu nie sięga mu do pięt.

  5. dilmun

    Ja bym do tych koncertów wartych zapamiętania dodał POLVO (niestety przez spóźnienie grali o barbarzyńskiej porze, czyli o 3 w nocy…) – pomimo że byłem zmęczony dali mi tyle energii, że wróciłem do domu bez zaśnięcia po drodze:-)
    Dodatkowo KONONO No1 I JON SPENCER BLUES EXPLOSION (choć ci ostatni niemiłosiernie rozwlekając zakończenie koncertu trochę osłabili wrażenie, jakie wcześniej zrobili).