Wpisz i kliknij enter

Melodia musi wpadać w ucho

Właśnie ukazała się długo oczekiwana debiutancka płyta tria Kamp! Z tej okazji rozmawialiśmy z dwoma muzykami zespołu – Radkiem i Tomkiem.

– Działacie prawie od czterech lat. Z wydaniem albumu jednak się nie spieszyliście. Z czego to wynikało?

Radek: Pewnie po raz któryś to powtórzymy, ale zbierając materiał z naszych starych wydawnictw, już w 2010 można było skleić płytę. Nigdy jednak nie rozważaliśmy takiego scenariusza – pozwoliliśmy sobie i fanom dłużej poczekać, bo nie chcieliśmy debiutu będącego zbiorem przypadkowych utworów i stylistyk, zwłaszcza że już po „Heats” wiedzieliśmy, że nie wrócimy do estetyki z pierwszej EP-ki. Prace się jednak przeciągały, bo co innego odrzucić poprzednią formułę, a co innego wypracować nową, na tyle atrakcyjną, satysfakcjonującą i dość pojemną, żeby móc stworzyć na jej bazie cały album. Dopiero w kwietniu tego roku, dysponując 3/4 materiału, który znalazł się na płycie, poczuliśmy że to jest ten moment. Dokończenie, mimo że formalnością tego nazwać nie możemy, poszło w miarę szybko, w czym duża zasługa Bartka Szczęsnego, który świetnie przekuł naszą wizję na konkretne brzmienie.

– Serwowaliście za to kolejne single, z których właściwie każdy zawierał nieco inną wersję Waszej muzyki. Nie obawialiście się, że słuchacze będą zdezorientowani?

Tomek: Te zmiany były dla nas bardzo naturalne i spontaniczne. To nie jest tak, ze zakładaliśmy przed każdym wydawnictwem jakąś woltę stylistyczna, ale niekoniecznie też lubimy się powtarzać i przyjmowaliśmy te nowe kierunki bardzo entuzjastycznie. Sam fakt, ze wydawaliśmy do tej pory krótkie, oderwane od kontekstu małe formaty również sprzyjał tym zmianom. Dopiero przy pracy nad albumem narzuciliśmy sobie jakieś stylistyczne ograniczenia i dążyliśmy do tego by był jak najbardziej spójny estetycznie, choć jego charakter może być dla słuchaczy także czymś zupełnie nowym. Zdajemy sobie sprawę, że nie dogodzimy wszystkim, ale nie mamy też w zwyczaju formatować się na jakąś konkretną stylistykę, tylko robimy to, co w danym momencie najbardziej czujemy.

– W międzyczasie zagraliście mnóstwo koncertów. Jak ta konfrontacja Waszej muzyki z bezpośrednią reakcją publiczności wpłynęła na Wasze obecne dokonania?

T: Granie na żywo traktujemy bardzo poważnie i jest to nas tak samo ważne jak nasza praca w studio. Koncerty i kontakt z publicznością legitymizują to, co powstało w trakcie nagrań i daje naszym utworom zupełnie nowe życie. Bardzo często zmieniamy całkowicie aranżacje naszych piosenek, żeby jak najlepiej sprawdzały się w warunkach scenicznych.

R: Na scenie zwycięża ekspresja i żywioł, podejście intelektualne czy bardziej refleksyjne spojrzenie na muzykę rezerwujemy na czas studyjny.

– Praca nad singlami a praca nad albumem to zapewne zupełnie dwa inne doświadczenia. Jak wypadło to porównanie w Waszym przypadku?

R: Tak jak Tomek mówił – kontekst płyty nadaje utworom zupełnie nowego sensu. Singiel czy EP-ka z remiksami jest zawsze tak samo sformatowana i nie trzeba szukać dla utworów miejsca – oryginał zaczyna, potem lecą remiksy i koniec. Praca nad albumem jest dużo bardziej złożona. Pewne utwory, które zadowalały nas merytorycznie, musieliśmy odrzucić, bo nie pasowałyby do całości. Nie wszystko da się sformatować – do niektórych utworów robiliśmy po kilka podejść i nic z tego nie wychodziło, bo formatowanie często oznaczało utratę specyficznego dla danego utworu klimatu. Znowu niektóre kawałki nie przetrwały próby czasu, choć to odnosi się raczej do materiału, który powstał w 2010 roku. Duży nacisk położyliśmy też na kolejność i tutaj jesteśmy naprawdę zadowoleni z rezultatu. Dobre utwory to jedno, ich właściwe umiejscowienie na albumie to drugie. Odpowiedni dramatyzm, dozowanie napięcia, klimat, flow albumu – to można dużo zyskać albo dużo stracić.

– Jest Was trzech – jak dzieliliście się obowiązkami podczas pracy nad albumem?

R: Komponowanie, czy inaczej mówiąc, songwriting, to głównie domena Tomka i moja. Większość utworów to pochodna jamów, podczas których rejestrowaliśmy pomysły na bieżąco. Układ bębny, klawisz, bas, wokal i chórki to najefektywniejsza metoda, ale zdarzało nam się też wychodzić od zsamplowanego loopa czy jakiegoś arpeggia lub drone’a. Fortepian jest naszym ulubionym narzędziem songwriterskim, stąd tak dużo go na płycie. Drugim takim filarem są chórki – można je usłyszeć we wszystkich utworach na płycie.

Drugi etap to aranżacja – tu wszyscy dokładają albo konfrontują swoje pomysły i często decyduje czy dany pomysł przerodzi się w konkretny utwór. Z naszych doświadczeń wynika, że jest to najbardziej newralgiczny etap i niejeden dobry pomysł utonął w odmętach braku wizji na całość czy zacięciu się na jakiś mostku między zwrotką i refrenem. To, co jednak przejdzie ten etap – staje się w szybkim czasie gotową piosenką.

Miksy, dłubanina i wszelkiej maści technikalia to przeważnie moja działka. Teksty, oparte na tym co powstało w trakcie jamów, zostawiamy na koniec i Tomek jest tutaj nieoceniony.

– Pierwsze przesłuchanie płyty wskazuje, że nadal Waszym głównym źródłem inspiracji pozostaje klasyczne i nowoczesne disco. Co Was fascynuje w tej estetyce?

R: Zawsze kładliśmy nacisk na harmonię i melodie, stąd chyba naturalne porównania do disco, w którym rytm i piosenka są najczęściej nierozerwalne. Melodia musi wpadać w ucho, harmonia – dawać euforyczne czy ekstatyczne doznania albo przejmować swoim dramatycznym wydźwiękiem. Oczywiście, etykieta ta jest bardzo pojemna i często niejednoznaczna, natomiast praktycznie w każdej odsłonie jest dla nas inspirująca.

http://www.youtube.com/watch?v=XJg8TmgPEXw

– Taneczne rytmy i syntetyczne brzmienia podporządkowane są jednak tradycyjnej formule piosenki. Nie boicie się popu?

R: Nie, jedno z drugim świetnie koresponduje. Zresztą nie doszukiwałbym się u nas tradycyjnej formuły piosenki, gdyż strukturalnie tylko „Sulk” jest oparte na klasycznym schemacie zwrotka-refren. Reszta utworów to mniej lub bardziej wariacje na ten temat, przekładane tradycyjnymi dla muzyki tanecznej środkami, takim jak nabudowania, dropy czy długie intra.

Natomiast popu w rozumieniu chwytliwych melodii i harmonii nie tylko nie unikamy, czasem wręcz nazbyt intensywnie poszukujemy, spychając na dalszy plan klimat czy spójność aranżacyjną. Takie zafiksowanie niejeden raz spowodowało, że utwór trafiał do kosza.

– Pozwalacie sobie również na śmiałe zwolnienie tempa – „Lux Lisbon” można by z powodzeniem tańczyć w parach. Romantyzm to nie obciach?

T: Jeśli tak jest, to jesteśmy dramatycznie obciachowi.

R: To nasz pierwszy udany eksperyment z rytmem triolowym, zobaczymy jak ludzie zareagują nań na koncertach.

– Wasze nagrania są zaaranżowane w zaskakująco pomysłowy sposób. Czy inspiracji do tak bogatego brzmienia szukaliście w innych gatunkach muzycznych?

T: Mamy bardzo luźne podejście do aranżacji i nie trzymamy się kurczowo schematu zwrotka i refren. Kierujemy się bardziej napięciem, które chcemy zbudować. Bardzo często stosujemy klubowe zabiegi aranżacyjne w klasycznych piosenkach jak „Sulk”, lub „Heats” i na odwrót próbujemy podejść do żywszych, parkietowych utworów w sposób bardzo piosenkowy. Inspiracji mamy niewątpliwe mnóstwo i bardzo często wychodzą one poza muzykę taneczną.

– Niezwykle ważnym elementem Waszej muzyki są wokale. Ich sposób produkcji przywodzi momentami na myśl dokonania Animal Collective. To dlatego śpiew ma w Waszych piosenkach taki lekko psychodeliczny charakter?

T: Bardzo lubimy traktować nasze wokale jako kolejną cześć naszego instrumentarium. Operujemy głównie instrumentami elektronicznymi, co samo w sobie jest dość hermetyczne i często zimne, dlatego staramy się równoważyć syntezatorowy chłód czymś organicznym, ciepłym i żywym, a wokale, chórki  lub żywe perkusjonalia świetnie się w tym sprawdzają. Nasz wokal jest jednocześnie bardzo mocno zeefektowany. Korzystamy z nakładających się na siebie pętli i pogłosów, żeby uzyskać mocno eteryczny efekt naszych wokali i skojarzenia z Animal Collective bardzo nam w tym wypadku schlebiają.

– Jesteście również sprawnymi remikserami cudzych nagrań. Czy doświadczenia na tym polu pomogły Wam w produkcji własnego albumu?

T: Remiksowanie jest dla nas bardzo odprężające. To moment, w którym dajemy sobie bardzo dużo wolności i stylistycznej swobody, dlatego właśnie przy remiksach bardzo często wykorzystujemy motywy, których z rożnych powodów nie rozwijamy pracując nad własnym materiałem.

R: Doświadczenia remikserskie lepiej udaje nam się spożytkować na koncertach. Remiksem Complainera kończyliśmy wiele koncertów, na najbliższej trasie będziemy z kolei grać remiks „Just Go” belgijskiego Shindu i mamy nadzieję, że rozruszamy nim niejeden parkiet.

– Electro-pop jest niby popularny na całym świecie, ale w Polsce jak na razie właściwie żaden rodzimy wykonawca tego gatunku nie odniósł większego sukcesu. Myślicie, że Wam się uda zmienić tę sytuację?

T: Staramy się nie zawężać naszej muzyki do łatki jaką jest electro-pop, dlatego raczej nie analizujemy tego, czy spopularyzujemy ten gatunek, lub nie. Na pewno polski rynek się zmienia, w naszej opinii na lepsze i niezależnie od estetyki mamy wrażenie, ze dobra muzyka automatycznie zostaje w tym kraju zauważana.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
Grzesiek Bojanek
7 lat temu

Radek, trzymam kciuki za dalsze sukcesy… zajrzyj czasem tu do nas, na „stare śmieci” 🙂

Polecamy