Wpisz i kliknij enter

Daft Punk – Random Access Memories

Twórczość Daft Punk, od zawsze zaprogramowana na progresywny rozwój – znów zaskakuje. Po ośmiu latach przerwy, zamiast po raz kolejny scalać w nową jakość cudze wspomnienia, Duet postanowił zadbać o własne. I choć wiadomo już, że „Random Access Memories” podzielił fanów cybernetycznego disco, to jednak połowicznie zadowoli on każdego, nielicznym zaś objawiając się jako kompletna wiwisekcja krętych dróg umysłu dwóch dalece uzdolnionych Francuzów.

Duet, którego nader skromny dorobek studyjny śmiało nazwać można Nowym Testamentem rozrywkowej muzyki elektronicznej, zrobił rzecz niesłychaną – wyrzekł się samplowania twórczości cudzej (z jednym tylko, niewielkim wyjątkiem). Co z początku uznać można za rytualne seppuku okazuje się przemyślaną decyzją o zredefiniowaniu własnego brzmienia. Bo czemuż to ciągle cytować wielkich, skoro można zaprosić ich do dyskusji doganiając tym samym własne marzenia? „Random Access Memories” współtworzą więc tytani muzyki siedemdziesiątych – Paul Williams oraz Nile Rodgers, którzy pośród wielu zaproszonych osobliwości najbardziej chyba odcisnęli piętno na charakterze płyty. Mając niegdyś czynny wpływ na kreację brzmień i rozwiązań kompozycyjnych wpisanych dziś do kanonu muzyki pop i disco, skutecznie rozścielają sentymentalną aurę ery znanej współcześnie jedynie ze starych nagrań i analogowych, przejaskrawionych zdjęć.

I rzeczywiście – „Random Access Memories” tchnie duchem produkcji z lat dawno minionych – cudownie nagłośniona perkusja, nieśpieszne fortepianowe kadencje, basowy groove i – co najciekawsze – oszczędne użycie vocoderów oraz syntezatorów. Dodając do tego dbałość o detal oraz wyjątkowo udane symfoniczne wstawki słuszne wydaje się być stwierdzenie, jakoby twórczość Daft Punk wkroczyła w etap świadomego komponowania, dalekiego cyfrowemu recyclingowi. Flirt z muzyką klasyczną, jak wypada potraktować soundtrack do filmu Tron: Legacy, z pewnością miał w tym niemały udział.

Co z początku uznać można za wadę, to brak impetu, do którego Duet przyzwyczajał nas latami. Album słusznie otwiera utwór, z którego bogato parują niemałe ilości nitrogliceryny oraz amfetaminy, by momentalnie spowolnić tętno cyberballadą oraz memuarem Giorgio Morodera – kolejnego na „Random Access Memories” herosa muzyki disco i dance. Tak sinusoidalnie dawkowowane emocje uczą jednak słuchać i przygotowują na centralnie umiejscowioną kompozycję – „Touch”, będącą w równoległym wszechświecie nagraniem grupy Pink Floyd parającej się niemożliwą do przełożenia na taneczną choreografię muzyką rozrywkową. Ten bajecznie bujny twór, kosmicznymi turbulencjami scalający w integralną całość mnogość form muzycznych – nieprzypadkowo stoi w kontrapunkcie do przebojowego, radiowego singla. Zdesperowany bohater „Touch”, na rzucane w eter prośby o nowe wrażenia i dźwiękowe uniesienia, dostaje odpowiedź właśnie w postaci funkującej petardy „Get Lucky”.

Album zachowuje kruchą równowagę między materiałem przeznaczonym na klubowe parkiety, a wieczór ze słuchawkami w domowym zaciszu. Tak poważny rozłam stylistyczny to, obok rezygnacji z cytowania samplingiem innych, największa niewiadoma przy pierwszym kontakcie z „Random Access Memories”. Azymut obrany na brzmienia, z których Daft Punk czerpał do tej pory jawnie, acz wybiórczo, owocuje co prawda w fenomenalnie skomponowane i nagrane hybrydy disco-funkowe, jednak przytłaczający ładunek sentymentu za złotą epoką idoli Francuzów przygasza żywsze fragmenty płyty. Ot słoneczny, słodko-smutny „Fragments of Time” pozornie tylko wabi dynamicznym wstępem, by niespodziewanie wycisnąć kilka łez i zostawić słuchacza pośród własnych, niespełnionych pragnień.

Intrumentalna elektronika reprezentowana refleksyjnym „Motherboard” i żywiołowym „Contact” – z sekcją rytmiczną galopującą za zdziczałym arpeggiatorem, powinna zawstydzić The Chemical Brothers oraz dać do myślenia IDMowcom z Warp Records. Na pozór bliska stylem kompozycjom z albumu „Discovery” jawi się jako bogato zaaranżowana, możliwie ukierunkowująca Duet na przyszłość.

Trwający blisko siedemdziesiąt pięć minut album nieraz zaskoczy nieoczekiwaną żonglerką stylów i inspiracji, spajanych pomyślunkiem i potężnym elektronicznym orężem lub też magicznym „french-touch”, który pomimo nienaturalnego środowiska bytowania – z dala od motorycznie zapętlonych taktów oraz poszatkowanych wokali – często w nieoczekiwany sposób ożywia kompozycje „Random Access Memories”. Spragnionym jedynie chwytliwych refrenów grozi lekka zgaga, dlatego też warto w skupieniu płynąć po kolejnych utworach, gdyż w większości z nich Duet zostawił cząstkę własnej duszy. I to słychać.

Pytanie “I need to know, please tell me who I am”, przewijające się w jednym z utworów, postawić można jako nadrzędną tezę albumu. Koncept napędzający jego tematykę to nic innego, jak rachunek sumienia dotyczący własnej twórczości opartej przecież na samplingu. Paradoksalnie więc Duet nie pozwala zapomnieć, iż często parę tylko taktów wyciętych z przebojów lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych daje zaprojektować na ekranie laptopa przebój, którym można rzucić na kolana świat. Za pomocą cyfrowego recyclingu ponownie zachwycić dźwiękami, które powstały kilkadziesiąt lat temu dzięki pracy inżynierów dźwięku, w drodze nagrywania, miksowania i masteringu oraz – przede wszystkim – pasji i umiejętnościom artystów.

Z walki o własną tożsamość Daft Punk wychodzi zwycięsko przechodząc jedną nogą po stronę tych, których muzyka nie powstaje z sekund wyciętych z dawno zapomnianego szlagieru, lecz od narodzin samodzielnie realizowanej idei.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
13 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
potomek
7 lat temu

Nie polecam, nie czuję zupełnie klimatu lat 70 słuchając ten album, ale już mniejsza z tym, album RAM nie wywołuje u mnie zupełnie żadnych emocji ani nie pobudza wyobraźni, a wręcz poczucie że zmarnowałem te 45 zł. Polecam natomiast poprzedni album tj. ścieżkę z filmu Tron. A wielbicielom dobrych elektronicznych klimatów polecam nowy Deep Forest, też zresztą made in France.

mika_el
mika_el
7 lat temu

Zaproszenie do współpracy Pharrela Williamsa to żenada. Wielu artystów w końcowej fazie swojej działalności idzie na komerche żeby zarobić na emeryturę ale Daft Punk przegieli. Dla mnie ten krążek nie istnieje.

Kid Loco
Kid Loco
7 lat temu

E tam. Płyta jak każda inna. Raz mi się podoba, a raz nie.

Don’t you know I’m loco?

!!!
!!!
7 lat temu

Danielu

nie chodzi o przebojowość. ale jest to płyta popowa, a brak w niej całkowicie melodyjnośći, finezji,emocji. + za zmianę, ale ona nic nie wnosi, + za idealną realizację. próba przywrócenia przyszłości bez dodania niczego oryginalnego. – za ogromy hype i niespełnione nadzieje na dobrą płytę, po prostu.

pe
pe
7 lat temu

Daniel i dzdhnr, trafiliście w sedno. Właśnie to nienaganne wykonanie i ‚ludzki pierwiastek’ przyciągają mnie do tej płyty. Gdyby płyta była w stylu „Discovery” czy „Homework”, Daft Punk zbieraliby cięgi za odcinanie kuponów, z kolei gdy postanowili zagrać wszystkim na nosie, obrywają za wydanie płyty w stylizacji, której nikt się po nich nie spodziewał. Takie czasy.

dzdhnr
dzdhnr
7 lat temu

Mam wrażenie, że słuchałem innej płyty wraz z recenzentem niż Wy i, że podchodząc do przesłuchania przyświecało wam motto „lubimy te piosenki, które znamy”. Ja natomiast nie chciałem „One More Time”..Dla mnie to najlepsza płyta Daft Punk m.in. dlatego, że jest tak odmienna, inna od tego co wcześniej zrobili – za to wielki szacun. Perfekcyjnie wyprodukowana, każdy dźwięk na swoim miejscu, idealna do posłuchania na dobrym hi-fi. Jedno z największych pozytywnych zaskoczeń ostatni lat. Chłopaki są w końcu „human after all”.

adaMski
adaMski
7 lat temu

Początkowo myślałem że to nowa płyta AIR wszystko powolne, rozwlekłe…zero energii znanej z poprzednich płyt jakieś pogadanki Morodera, soft rock/pop dla nudziarzy, a na debiucie był utwór „Teachers” a tam wymienieni „Robert Hood, Josh Wink, Green Velvet, Neil Landstrum” itd. szkoda że poszli w innym kierunku.
P.S z interpretacji muzyki lat 80 wolę to co zrobiła Groove Armada na „Black Light”

Kuba
7 lat temu

zbyt nudna ty plyta dla mnie,
„C2C – Tetra”
ciekawa pozycja z polotem w podobnje tematyce

Paweł Woźnicki
Paweł Woźnicki
7 lat temu

Największe rozczarowanie ostatnich lat. Po tym co DP pokazał w Tronie Dziedzictwo byłem mocno naładowany… dostałem cieplutką płytę prosto z Paryża, przesłucham 2 razy i odłożyłem na półkę. Krótko mówią – nuda!

matt
matt
7 lat temu

Album nie jest zły technicznie, lecz zdecydowanie odcina się od ich wcześniejszej twórczości. Mi osobiście wydał się nijaki, wolę wrócić do Discovery lub Homework.

Kolejne muzyczne rozczarowanie 2013 roku, cóz chyba się starzeję.

Grzesiek Bojanek
7 lat temu

Szczególnie to drugie video, to taki klimat Pana Kleksa i Wielkiego Elektronika. Kurde – jakby zgapili całość.

Polecamy

Kedr Livanskiy – nasza rozmowa

Spotkaliśmy się na chwilę przed jej występem w warszawskiej Miłości, by Yana opowiedziała o początkach swojej drogi muzycznej, szczególnych źródłach inspiracji, a także o tym, dlaczego