Wpisz i kliknij enter

John Roberts – Fences

Amerykański producent wyruszył w świat i odkrył… dubstep.

Poprzedni album Johna Robertsa był kamieniem milowym w rozwoju muzyki house. Powstał on w domowym studiu artysty z Ohio w bliskim nam Berlinie. Stąd znajdująca się na płycie muzyka stanowiła do pewnego stopnia wyraz wewnętrznych fantazji jego autora. Po opublikowaniu „Glass Eights” amerykański twórca wrócił do ojczyzny, aby zostać jednym z wydawców podróżniczego magazynu „The Travel Almanac”. Dlatego kolejne miesiące spędził na wędrówkach po całym świecie.

Roberts nie zmarnował jednak tego czasu pod względem muzycznym. Niemal wszędzie, gdzie był, dokonywał terenowych nagrań. Na jego przenośnym magnetofonie znalazły się bardzo różne dźwięki – od szumu fal w Cannes, przez odgłosy parady w Tokio, po brzmienia nowych syntezatorów z Berlina. Aby wszystko to odsłuchać i uporządkować, amerykański twórca potrzebował dwóch miesięcy. W tym czasie powstał zarys jego nowej płyty.

Podróże po świecie w radykalny sposób odmieniły oblicze twórczości Robertsa. Już otwierająca „Fences” miniatura „Bleach” wprowadza egzotyczną melodykę – choć utwór czerpie więcej z minimalizmu Steve’a Reicha niż korzennej world music. Wątki te rozwija „Palace” – ale już w bardziej klubowym kontekście. To typowy dla wcześniejszej twórczości artysty chicagowski house – tylko wymodelowany na prawie etniczną modłę gęstymi pasażami soczystych klawiszy.


W „Mussels” bucha już pełną parą dalekowschodni folklor. Sięgając po plemienne bębny i oniryczną elektronikę, Roberts przywołuje wspomnienie późnych eksperymentów S.P.K. z okresu płyty „Gold And Poison” – choć sam zapewne nie zdaje sobie z tego sprawy. Do zapoczątkowanych również w latach 80. przez Briana Eno czy Jona Hassella prób łączenia ambientu i world music odwołują się tutaj dwie inne kompozycje – zanurzone w szumie morza „Caloco” i uwodzący japońskim smutkiem „Chalkdust”.

Kompletnym zaskoczeniem okazuje się „Shoes” – bo od razu uderza dubstepowym rytmem, wspartym kołyszącym pochodem basu. Reszta aranżu jest oparta na zasadzie kontrastu – z jednej strony mamy tu bowiem azjatycką melodię, a z drugiej – synth-popowe syntezatory. Zbliżone dźwięki składają się na „Calico” – choć tym razem Roberts podbija spowolnionym pulsem o dubstepowym metrum new age’ową elektronikę. Najbardziej rozbudowaną konstrukcję ma w tym zestawie „Plaster” – łącząc miarowo kroczące bity z funkowymi klawiszami w stylu lat 70.

House powraca dopiero pod koniec zestawu w postaci „Fences” – jego gęste brzmienie i masywna rytmika pozwalają się domyślać, że u źródeł nagrania również tkwiły jednak współczesne dokonania brytyjskiej sceny bass music. Potwierdza to zresztą „Blanket” – tocząc się w zwolnionym tempie wyznaczanym przez zwaliste breaki. Roberts nie byłby jednak sobą, gdyby nie nadał kompozycji nostalgicznego klimatu – tym razem za sprawą pozytywkowej partii piano i ukrytych w tle zamaszystych smyczków.

„Fences” to płyta zupełnie inna niż „Glass Eight”. Przede wszystkim w warstwie brzmieniowej – bo tutaj jest wyjątkowo gęsto od wszelkiego rodzaju dźwięków, dominują wśród nich egzotyczne tony, a rytmika oscyluje wokół brytyjskiego dubstepu, a nie amerykańskiego house’u. Ta sama jest tylko skłonność autora obu wydawnictw do melodii – za każdym razem nasyconych głębokimi emocjami, niosących dyskretnie skrywany smutek. Wygląda na to, że kiedyś John Robert tęsknił za podróżami – a teraz tęskni za domem.

Dial 2013

www.dial-rec.de

www.facebook.com/pages/DIAL-RECORDS

www.johnrobert.net

www.facebook.com/1800johnroberts







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
Paide
Paide
7 lat temu

pierwsze zdanie recenzji to bardzo duże uproszczenie. mnie przede wszystkim nie uderzyła warstwa rytmiczna (może dlatego że jest całkowicie nieatrakcyjna i nie zapada w ucho), ale paleta dźwięków, z których są zbudowane utwory. ten totalny zwrot w estetyce nie wyszedł mu chyba na dobre. nie ma w tej płycie nic co by mnie mogło na dłużej przy niej zatrzymać, a te wszystkie udziwnienia, zamiast wciągać odpychają. z jednej strony odważny krok, ale z drugiej (w mojej opinii) mocno chybiony.

Polecamy

Islaja – Tarrantulla

Koniec ubiegłego roku przyniósł nowy album Merji Kokkonen, znanej wszystkim jako Islaja.