Wpisz i kliknij enter

Crosses – ††† (Crosses)

Kilka słów o tym, jak pokonać twórcze ograniczenia, zrobić coś po swojemu i jednocześnie nie podpaść fanom.

Jakkolwiek stojący na czele kolektywu Crosses (zapisywanego też jako †††) Chino Moreno by się nie zapierał i odcinał od swojej przeszłości, nie ucieknie od łatki „wokalisty Deftones”. Choćby chciał, zawsze tak będzie postrzegany, a wszelkie wycieczki w inne rejony muzyczne niż (choćby i ambitny) nu metal, będą przez słuchaczy traktowane w kategoriach ciekawostki. Jednakowoż – co w tym złego? Abstrahując od – jakże przyjemnego – kalifornijskiego łojenia w rozstrojone gitary (na ostatnich dwóch albumach o wiele bardziej mrocznego, rozbudowanego), Chino jest też dzieckiem lat 90., fanem The Cure, Depeche Mode czy Cocteau Twins.

Właśnie z tego – w połączeniu z właściwym dla macierzystej formacji mrokiem i brudem – czerpią Crosses. I na tym można by skończyć opisywanie zawartej na tym albumie muzyki. Kto miał już z nimi do czynienia, nie powinien być zaskoczony – ††† to materiał (lekko zreinterpretowany) z dwóch EPek wzbogacony o pięć premierowych utworów. Mamy więc świetne, chwytliwe „Telepathy” i „Option”, ale to właśnie nowe kompozycje wydają się najciekawsze.

„The Epilogue” to niemal synthpop, „Nineghteen Eighty Four” mogło by być balladą, gdyby nie przestery i klimat Twin Peaks, „Blk Station” to przyjemny industrial rock z dużym potencjałem singlowym. Kończący cały zestaw „Death Bell” to po prostu piękna ballada z leciutkim bitem. Chino, Chuck i Shaun wychodzą ze wspomnianej elektroniki przełomu lat 80. i 90., i albo idą w kierunku mocnego, gitarowego industrialu, albo skłaniają się ku ładnym melodiom, które mają w sobie coś z tradycyjnego popu, a nawet r ’n’ b, ale są na tyle brudne, niepokojące, pokręcone i doprawione licznymi efektami, że jednak intrygują. A nad wszystkim – czy tego chcemy, czy nie – unosi się duch Deftones.

To bardzo chwytliwy materiał. Przy całej swojej alternatywności, nieprzystępności, brzmi po prostu dobrze. Stety-niestety, ów duch Deftones jest obecny i wyraźnie wyczuwalny. Nie wiem, czy wynika to z charyzmy, czy charakterystyczności Chino. Przez to jednak album jest dosyć przewidywalny (pomijam aspekt kompozycyjno-wydawniczy, tj. ponad połowa krążka została opublikowana wiele miesięcy temu), co jest chyba jego jedyną wadą. Pewna bariera twócza została pokonana, słucha się tego bardzo dobrze, jednak stygmaty przeszłości są nie do przeskoczenia. Tak, czy inaczej, warte poznania. Nie tylko dla tych, którzy kilka(naście) lat temu na szkolne dyskoteki przynosili „White Pony”.

Profil na Facebooku »

Słuchaj na Soundcloud »

Szczegóły na Discogs »







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy