Juno – Young Star
Jarek Szczęsny:

Infiltracja jazzu.

Lonker See – Hamza
Jarek Szczęsny:

Zawsze krok przed nami.

Men With Secrets – Psycho Romance And Other Spooky Ballads
Paweł Gzyl:

Erudycyjne ćwiczenie z ejtisowego electro.

Riverrun – The Same Silent Hill
Przemysław Solski:

Muzyka z krajobrazu.

Yogtze – Yogtze
Jarek Szczęsny:

Będzie filmowo.

Wacław Zimpel – Massive Oscillations
Jarek Szczęsny:

Letarg duchowy.

Hula – Shadowland
Paweł Gzyl:

Jak ambient przenikał industrial.

Nicolas Godin – Concrete and Glass
Mateusz Piżyński:

Elektroniczny aksamit, który już dobrze znamy.

Ghost In The Machine – Breaking The Seal
Paweł Gzyl:

Czego można się spodziewać po płycie, na której jeden z utworów nosi tytuł „Napalm Breath”?

Jachna/Ziołek/Buhl – Animated Music
Jarek Szczęsny:

Poszerzanie improwizacyjnej wrażliwości.

Recondite – Dwell
Ania Pietrzak:

Chłodna obserwacja rzeczywistości.

Silent Witness – Silent Witness
Łukasz Komła:

Cisi obserwatorzy o wielkiej wyobraźni.

Phase Fatale – Scanning Backwards
Paweł Gzyl:

Dźwięk jako broń.

Stefan Węgłowski – To co ukryte
Jarek Szczęsny:

Puszczony zza mgły.



Prins Thomas – 3

Podczas kiedy Todd Terje przejął na siebie odpowiedzialność za komercyjne sukcesy skandynawskiego disco, Prins Thomas pozwala sobie na karkołomne eksperymenty.

W ciągu prawie dziesięciu lat swej kariery, norweski producent dał się poznać jako nieustraszony odnowiciel tradycji klasycznej muzyki tanecznej z lat 70. i 80. Świadectwem tego liczne winylowe dwunastocalowki, jak również dwa zrealizowane do tej pory albumy. Podobnie, jak jego dwaj koledzy – Lindstrom i wspomniany Terje – penetrował on w swych nagraniach nie tylko disco, ale również house i techno.

Trzeci album Prinsa Thomasa, zrealizowany dla własnej wytwórni Full Pupp, jest szeroko zakrojoną syntezą wszystkich jego wcześniejszych fascynacji. Powstał bez żadnego konkretnego planu, bez specyficznego planu, bez jakichkolwiek założeń. To po prostu dokument tego, jaką muzykę tworzyłem w czasie jego powstawania. Dźwiękowy pamiętnik – mówiąc wprost. I zarazem coś pomiędzy pierwszą płytą, która była organiczna i wyzwolona, a drugą, która z kolei była bardziej wygładzona i kwadratowa. To, co nauczyłem się w międzyczasie, objawiło się tym razem w muzycznej (dys)harmonii – wyjaśnia.

Pierwsza część albumu jest dedykowana kosmicznej wersji skandynawskiego disco. „Hans Majestat” rusza powoli – rozpędzając się z czasem do prędkości tanecznej petardy, wypełnionej gitarowymi kaskadami i przestrzennymi klawiszami, podszytymi plemiennym pulsem. „Arabisk Mutt” ma bardziej funkowy groove – i zaskakuje egotycznymi dźwiękami surfowej gitary i bliskowschodnich syntezatorów, układających się w niepokojącą melodię. „Kameleon” wyłania się z rozwibrowanych arpeggiów – uderzając klaskanym rytmem wygranym na „żywych” bębnach, który oplatają złowrogie warknięcia basu i popiskujące tony oldskulowych organów.

Drugi segment płyty przypomina rozimprowizowany jam, utrzymany w klimacie dokonań klasyków kraut-rockowej psychodelii. „2000 Lysar Fra Morellveien” osadzony jest na zmiennym rytmie podawanym przez rozpędzające się i zwalniające bębny. Główny wątek utworu stanowi jednak niemal prog-rockowa partia gitary – przywołująca wspomnienie ambientowych dokonań Steve’a Hillage’a. W „Enmannnsrcok” odżywają echa wczesnych dokonań Kraftwerk – tym razem norweski producent sięga bowiem po mechaniczny rytm ozdobiony monotonnymi efektami. Z czasem nagrania nabiera bardziej transowego charakteru – łącząc galopującą perkusję z rozpasaną gitarą.

Trzecia część płyty ma najbardziej wyciszony charakter. Wstęp do niej stanowi „Kavaler” – dźwiękowy duet rozpisany na wolno stąpające bębny i niemal hendriksowską gitarę. „Luftspelling” to już pełen szacunku hołd Thomasa dla klasycznej elektroniki z berlińskiej szkoły Tangerine Dream – zaaranżowany na przejmujące arpeggia, niemal żywcem zaczerpnięte z najlepszych płyt niemieckiej grupy, choćby „Rubiconu” czy „Ricochetu”. „Oase” przynosi zwrot w stronę newage’owego ambientu – takiego, jaki w latach 80. tworzyli artyści związani z brytyjską wytwórnią ICR – choćby Dave Jones czy Rick Crane. I jeszcze „Trans” – niespodziewane połączenie psychodelicznej gitary w stylu Dave’a Gilmoura z przemysłowymi efektami rodem z wczesnego Throbbing Gristle.

Na zakończenie albumu norweski producent zabiera nas do Chicago. „Labirynt” rozbrzmiewa jeszcze echami oldskulowego disco – ale uzupełniają je już szorstkie dźwięki Rolanda TB303 przeplecione warczącymi basami. „Apne Slusa” to już klasyczny hard house pełną gębą – zadziwiający jednak efektownym połączeniem acidowych loopów z kosmicznymi syntezatorami. Czy można by było sobie wyobrazić lepszy finał tej płyty?

„3” to bez wątpienia najlepszy album Prinsa Thomasa. Popuszczenie wodzy wyobraźni zaowocowało rozwichrzonym materiałem o niemal anarchicznym duchu, ale pełnym dźwiękowych fajerwerków. Jest tu miejsce na epickie wycieczki w stronę kosmische musik i niemal kraut-rockowe jamowanie, ale też i na zmysłowość rodem z tradycyjnego disco i surową wersję muzyki klubowej. To rozpasane może niektórych razić – ale w kontekście całości dyskografii norweskiego artysty pozwala dostrzec w nim iskrę prawdziwego geniuszu.

Full Pupp 2014

www.facebook.com/pages/Prins-Thomas

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.