The Exaltics & Heinrich Mueller – Dimensional Shifting
Paweł Gzyl:

Mistrzowska wersja detroitowego electro.

Julius Aglinskas – Daydreamer
Łukasz Komła:

W ambientowym zastygnięciu.

Soft Boi – So Nice
Paweł Gzyl:

O miłości w rytmie downtempo.

Ehh hahah – House ze skrzypcami w tle
Jarek Szczęsny:

Pod znakiem internetu.

Alva Noto – Xerrox Vol. 4
Mateusz Piżyński:

Czwarta odsłona cyklu Xerrox, na którą przyszło nam czekać pięć lat.

Various Artists – Kern Vol. 5 Mixed By Helena Hauff
Paweł Gzyl:

„For those who knows”

Amnesia Scanner – Tearless
Paweł Gzyl:

Finowie serwują miłosne ballady.

Michael Lightborne – Ring Road Ring
Łukasz Komła:

Dźwiękowy świat obwodnicy w Coventry.

Christine Ott – Chimères (pour ondes Martenot)
Jarek Szczęsny:

Geometria dźwięków.

Deadbeat And Paul St. Hilaire – 4 Quarters Of Love And Modern Lash
Paweł Gzyl:

Scott i Paul medytują.

Vysoké Čelo – Űrkutatás
Jarek Szczęsny:

Grzechem byłoby nie skorzystać.

Ellen Allien – AurAA
Paweł Gzyl:

Hołd dla czasów, kiedy techno i trance były jednym.

Nihiloxica – Kaloli
Łukasz Komła:

Na wzgórzu perkusyjnych abstrakcji.

Upsammy – Zoom
Paweł Gzyl:

Zbliżenie na kruche piękno.



Robert Logan – Flesh

Kevin Martin (The Bug, Techno Animal, King Midas Sound) powiedział, że we współczesnej muzyce za mało jest gniewu, tarcia i wyzwań. Najwidoczniej nie słuchał jeszcze najnowszej płyty Roberta Logana – pół Węgra-pół Anglika, który w 2007 roku zadebiutował znakomitym albumem Cognessence (nasza recenzja tutaj). Miał wtedy zaledwie 19 lat, a upomnieli się o niego wielcy tego świata z Brianem Eno i Grace Jones na czele.

Dziś Robert nagrywa też z powodzeniem muzykę filmową, ale woda sodowa nie uderzyła mu do głowy – nadal jest świetnym rozmówcą i w dalszym ciągu tworzy głównie w ogrodowej altanie, w której powstawała pierwsza i druga płyta, Inscape z 2009. W takich warunkach zapewne zrodziła się też wydana tegoroczną wiosną epka Extasis i trzeci longplay, zatytułowany, całkiem adekwatnie, Mięso/Ciało/Miąższ. Niepotrzebne można sobie skreślić, bo – parafrazując słowa doktora Plamy (nieodżałowany Maklakiewicz!) w Hydrozagadce – „język muzyki to jedyne esperanto”.

Dwa wideoklipy do utworów z Flesh przedstawiają dwie przeciwstawne wizje. W pierwszej, która ilustruje totalnie powalającą kompozycję Solanoid, widzimy dymiące kominy elektrowni, słupy energetyczne i turbiny wiatrowe. Druga, która towarzyszy równie znakomitemu Playground, wciąga w pulsujące życiem królestwo natury, reprezentowane tu przez insekty i grzyby. To świetne tropy, ale nie jedyne; nie jest to album binarnych opozycji, raczej hybryda, w której przeciwieństwa, jeśli już występują, nie wykluczają się, lecz wzajemnie uzupełniają – tak, jak natura wżerająca się w opuszczone budowle. Flesh to także, jak przyznał sam Logan w jednym z wywiadów, wyraz radości samego aktu tworzenia. I tę radość, wraz z towarzyszącą jej dojrzałością i świadomością, słychać w każdej sekundzie tej potężnej, intensywnej i – całkiem paradoksalnie – posępnej płyty.

Zachwyca przede wszystkim ilość planów dźwiękowych – tak zrealizowane nagranie odkrywa się wciąż na nowo. Wielowarstwowe utwory rozrastają się niczym hubopodobny grzyb na okładce, gęsto oplatane niezliczoną liczbą dźwiękowych niuansów. Logan jest znany z nagrywania i przetwarzania niemal wszystkiego dookoła: od przedmiotów codziennego użytku, poprzez węgierskich krewnych biesiadujących przy gulaszu i pálince, po odgłosy przyrody („Nic nie dorównuje polirytmii niektórych żab”, mówił we wspomnianym wywiadzie). Tutaj nawet trąbka potrafi zabrzmieć jak ludzki głos! Muzyka jest trójwymiarowa, odurzająca, halucynogenna. Bywa też chwytliwa, jak w nieco kraftwerkowym Phrack.

Trudno zresztą wyróżnić jakikolwiek kawałek – każdemu należy się właściwie osobny tekst. Album płynie w najlepsze, zespalając kolejne kompozycje w kapitalną, spójną całość. Napisać, że to melanż idm-u, ambientu, industrialu, instrumentów elektronicznych i „klasycznych” oraz węgierskiego folkloru, to nic nie napisać. Flesh udowadnia, że Robert Logan – podobnie jak wcześniej Autechre, Clark czy Amon Tobin – wypracował już własną, odrębną stylistykę. To dzieło duszy wrażliwej, niespokojnej i bardzo utalentowanej. Dzieło, nie bójmy się tego słowa (wszak tak rzadko jest okazja, żeby go użyć) – wielkie.

Slowfoot Records | 2015

Robert Logan @:

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.