Wpisz i kliknij enter

Grischa Lichtenberger – nasza rozmowa

Dziesięć pytań do piewcy dźwiękowej abstrakcji

Przez kilka lat na scenie wypracował własny, charakterystyczny styl eksperymentalnej glitchowej elektroniki. Jego epki ukazywały się w saksońskim Raster-Notonie, Cosmo Rhythmatic i labelu Semantica Records. Jest zarówno producentem muzycznym, jak i autorem licznych wideo-projektów. Niedawno ukazała się jego autorska trylogia epek – Spielraum | Allgegenwart | Strahlung. Za swoją twórczość dwa lata temu został wyróżniony w prestiżowym konkursie Prix Ars Electronica. Z Grischą Lichtenbergerem rozmawiamy o początkach jego muzycznej kariery, o wizji dzieła sztuki, inspiracjach i planach na przyszłość.

For an english version scroll down.

Opowiedz nam kilka słów o początkach swojej przygody z muzyką, pierwszych produkcjach i, generalnie, źródłach swojej twórczości.

Wychowywałem się pośród winyli, które kolekcjonowali moi rodzice. Była to ciekawa mieszanka muzyki klasycznej, rocka lat 60. i bardziej dzikich, eksperymentalnych rzeczy z wczesnych lat 80. Pamiętam, jak mając 11 czy 12 lat. byłem któregoś razu z tatą u jego znajomych. Po obiedzie wszyscy zaczęli słuchać Leonarda Cohena, nucąc wspólnie jego piosenki. Wtedy jakoś zupełnie tego nie rozumiałem, ale później to wrażenie do mnie wróciło ze zdwojoną siłą – lirycznie i muzycznie. Gdy miałem już około 14 lat, siedziałem już w grunge’u i Radiohead i wtedy mogłem dostrzec powiązanie tej muzyki ze stylem piosenek z lat 70.

Ponieważ żyłem trochę w odosobnieniu, zacząłem improwizować na gitarze i śpiewać. Uwielbiałem śpiewać, ale nigdy nie potrafiłem powtórzyć piosenki. Zacząłem więc nagrywać swoją muzykę na mały dyktafon. To był rodzaj zmaterializowania momentu twórczego, coś w moim odczuciu bardzo naturalnego – podobnego do szkicu graficznego czy obrazu, w którym artysta twórczo materializuje gest. Potem zabrałem się za eksperymentowanie z samym medium. Zapisy dźwięków klawiszy (realnych) i szumów (pochodzących z niedoskonałego sprzętu nagrywającego) zmiksowane z gitarą i śpiewem. To, co robiłem, zainteresowało też mojego brata, ponieważ sam od pewnego czasu, całkiem na poważnie zajmował się podobnymi poszukiwaniami. Dzięki temu mogłem uczyć się nowych rzeczy od niego i z nim. Muzyka zawsze w jakiś sposób była obecna w moim otoczeniu, dlatego – albo mimo to – nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zostać muzykiem. Dopiero gdy opuściłem moje rodzinne miasto, kiedy zacząłem się zastanawiać nad sztuką, którą tworzyłem, nasunęła mi się taka oto refleksja: pewnie i tak nikt nie zechce słuchać tego, co robię, więc w sumie mogę robić, co tylko zechcę. I o dziwo, z tego namysłu introwertyka wynikła chęć, aby wyjść z moją twórczością do innych, by ją wysłać w świat. Wrzuciłem więc kilka kawałków na My Space, a tam, zupełnie niespodziewanie, zahaczyli mnie przedstawiciele wytwórni Raster-Noton.

Z Twojego życiorysu wiemy, że czynnikiem, który wpłynął na to, jak podchodzisz do sztuki, było dorastanie na westfalskiej farmie i tamtejsze wiejskie pejzaże. Jakie inne elementy kształtowały Twoją wrażliwość estetyczną przez kolejne lata?

Myślę, że takim czynnikiem była świadomość obecności innych ludzi. To zainteresowanie ze strony przyjaciół lub nieoczekiwana, całkiem magiczna uwaga ze strony kogoś nieznajomego dotycząca jakiegoś szczegółu, z którego nie zdawałem sobie sprawy. Do dziś jednym z momentów, które lubię najbardziej, jest chwila, kiedy mogę siąść obok kogoś i pokazać mu, co nowego odkryłem, a on lub ona pokazuje mi coś ze swoich odkryć i fascynacji, a potem razem słuchamy i rozmawiamy o tym. To trochę tak, jak z tańczeniem w domu, w dużym pokoju – zawsze istnieje ta dychotomia pomiędzy klubem a domową kanapą, choć przecież nigdy nie jest przesądzone, czy ten, kto słucha na domowej kanapie nie jest jednocześnie uczestnikiem imprezy, a ten, kto słucha w klubie, nie pogrąża się w kontemplacji.

Kiedy się nad tym zastanawiam, widzę, że poprzez lata nastąpił we mnie pewien rozwój. To, co mówiłem o dawnym wpływie pejzażu (który poruszał mnie podświadomie), teraz też jest aktualne i wciąż mnie interesuje – a odnosi się do innych ludzi, moich bliskich przyjaciół, ale też do techniki i społeczeństwa. We wszystkim tym zawiera się coś, co winduje cię na poziom, który trudno w zasadzie zdefiniować. Nieraz po rozmowie z kimś, po tym, jak z pogardą wyraziłeś się o Madonnie i jej stylu, nagle okazuje się, że siedzisz i słuchasz którejś z jej piosenek i przypominasz sobie owego rozmówcę, a tamta rozmowa zyskuje nowe znaczenie, jakąś nową głębię. Sądzę, że każda opowieść ma moc odzyskiwania czegoś. Uczepiasz się jej, bo próbujesz wrócić do punktu, który widzisz jakby tylko przez mgłę, poprzez nieuchwytne wspomnienie dawnych uczuć (więc nawet ten zastępnik, jakim jest opowieść, traktujesz całkiem poważnie) – to właśnie jest podobne do wpływu, jaki może mieć na nas krajobraz: zdajemy sobie nagle sprawę, że sposób, w jaki patrzymy na świat zewnętrzny ma związek ze sposobem, w jaki w ten świat wrośliśmy.

Jest coś, co szczególnie inspiruje Cię muzycznie?

Hm, to chyba zbyt szczegółowe pytanie, bym mógł na nie wyczerpująco odpowiedzieć. Czasem taką inspiracją jest pojedynczy dźwięk, czasem sampel, nagranie archiwalne albo jakaś specjalna metoda produkcji. Ale oprócz tego wszystkiego wydaje mi się, że podstawowym impulsem do tworzenia muzyki jest dla mnie pewna wewnętrzna opowieść, którą w sobie noszę, choć to oczywiście dość nieuchwytna i zmienna inspiracja. Tak naprawdę to zależy od bieżącej sytuacji – kryzysu, rozpaczy, wątpliwości, zainteresowania jakąś szczególną formą sztuki…

grisch_aoki-takamasa_960x640

Uważasz, że na integralność dzieła sztuki składają się zarówno jego ciężar materialny (jako siła dzieła sztuki), jak i odniesienie do czyjejś prywatnej historii (jako znaczenie dzieła sztuki). Zastanawiam się, który z tych elementów osobiście uważasz za ważniejszy i co robisz, by słuchacz mógł poznać to ukryte znaczenie Twojego dzieła?

Mogę tylko mieć na to nadzieję, czy – może lepiej powiedzieć – odnaleźć w takiej nadziei moje najgłębsze ja. To rodzaj zaufania, które chciałbym budzić, a jednocześnie – samemu być nim obdarowanym. Choć to nie jest taka odważna, przebojowa nadzieja, nie wiem, jak to wyrazić, to trudne do wytłumaczenia… Nagranie, materialne dzieło sztuki to coś, co zdejmuje z ciebie ciężar, obowiązek bycia samemu odważnym. Teraz razem ze swoim dziełem możesz powiedzieć „miejmy nadzieję, że ktoś doceni, że zrobienie czegoś takiego nie jest zupełnym idiotyzmem”. Bo jeśli stoisz sam na pustkowiu i pytasz, czy jest ktoś, kto mógłby ci zaufać, to przecież ludzie pomyślą, że zwariowałeś. Mógłbyś stracić to „coś” istotnego, gdybyś nagle ni stąd, ni zowąd zaczął wymyślać coś innego.

Podstawą ekonomii nie jest, moim zdaniem, wymiana, ale pragnienie, by zyskać zaufanie i by móc powierzyć drugiemu swoje sprawy. Tak więc również w ekonomii nie możesz posiadać niczego jako wartości (znaczenia) bez przypisania tej rzeczy materialnego wymiaru i vice versa – nie możesz posiadać żadnej wartości (czegoś rzeczywiście ważnego) bez powiązania jej z jakimś pragnieniem (potrzebą), pytaniem (popytem), które z kolei powiązane są z czyjąś bardzo osobistą historią (nawet gdy chodzi po prostu o jabłko w sklepie – bo nie będziesz przecież głodny bez pewnej wcześniejszej osobistej historii, która do tego głodu cię doprowadziła). Czymś wyjątkowym, co dotyczy sztuki, czy dzieła sztuki (jego – że tak powiem – integralności) jest fakt, że może ono pokonać wszelkie praktyczne ograniczenia rzeczywistości, wszelką racjonalność. Szybko więc możesz skończyć w sferze kompletnego absurdu, gdzie ni z tego, ni z owego spytasz ‘czy możesz mi zaufać?’ Jednak możesz to zrobić tak ‘ni z tego, ni z owego’ tylko wówczas, gdy wcześniej swoje dzieło jakoś przepracowałeś, gdy wcześniej przelałeś w nie choć część tego brzemienia absurdu.

And IV [Inertia] złożony ze skrzętnie zaprojektowanych abstrakcyjnych melodii i szumów połamanych siermiężnymi rytmami był jednym z moich ulubionych wydawnictw 2012 roku. Jaka historia stoi za tym intrygującym materiałem?

Widzisz, problem w tym, że nie mogę opowiedzieć ci tej historii, nie traktując jej samej jako medium, nie mogę, wybacz. Cieszę się, że ci się podobało. Cóż, w tamtym czasie byłem nowy w Berlinie, więc zadawałem sobie sporo pytań na temat tego miasta, jego topografii, jego metaforycznej struktury – próbowałem się jakoś tu odnaleźć. Odkryłem, że jest w tym mieście coś zaściankowego – cała ta struktura ringów (w postaci ulic i linii kolei), rozziew pomiędzy tym, co pochodzi sprzed Drugiej Wojny a tym, co po niej, te pruskie błota, hugenoci, te wszystkie ślady dawnych pustelników i wygnańców… Dlatego właśnie zacząłem bawić się rozmaitymi wymyślonymi metaforami, tworami mojego umysłu, by wyjść z tej zaściankowości albo by przynajmniej przyjrzeć się jej, co jest – rzecz jasna – trudne, jeśli sam wciąż w niej tkwisz.

Tą wymyśloną metaforą był obraz dozorcy wykrywacza neutrin na Kaukazie. Chciałem tworzyć prozę, zapisując jego sny, jego wspomnienia i marzenia i w ten sposób pokonać wreszcie odosobnienie… (to jest oczywiście tylko jeden z wątków tej historii, w którym nie na nic o neutrinach, astrofizyce, pętlach ani o metodach produkcji). Tak więc, kiedy słucham teraz tego utworu, wyczuwam w nim pełną energii nerwowość, coś na kształt histerii wielkiego miasta: „och, metro!”, „och, światła!”, „och, marzenia!” – jakby ogarniętą szaleństwem część tej historii. Jest też tam pewien ironiczny zwrot, pętla, ring właśnie, nie wiem, jak to nazwać… Kiedy teraz odsłuchuję te ścieżki dźwiękowe, przychodzi mi na myśl jakiś rodzaj komicznego zwierzaka (koniecznie różowego), który po raz pierwszy idzie do miejskiej szkoły: tak, chodźmy! Ta-ta (i iv #005 uu78 – jazda linią metra u7, przesiadka na hermannplatz do linii u8), a tu jeszcze to utrudnienie w postaci stojących mu na przeszkodzie maszyn, schodów zbyt wąskich, by zmieścić łapy, by nie wspomnieć o tych wszystkich guzikach, które trzeba przyciskać – to wszystko podobne do postaci z prozy Kafki (również pod względem ich śmieszności i niedorzeczności)…

Jak wygląda Twoje studio? Masz ustalony rytm pracy?

Mam bardzo skromne mieszkanie w Berlinie, to tu powstaje cała moja twórczość. Moje studio to miejsce, gdzie spędzam swój wolny czas, tworzę muzykę, oglądam telewizję, jem i rozmawiam z ludźmi, a więc nie jest to w żadnym wypadku miejsce profesjonalne. Jednocześnie lubię mieć wszystko blisko siebie, zanim zacznę coś robić, a zatem jest to dość zatłoczone miejsce.

Hm, ustalony… Często to mój proces twórczy sam mnie ustala. Stosuję pewne ustalone metody, sposoby, których się nauczyłem, ale w zderzeniu z rzeczywistością jedno pozostaje niezmienne, a mianowicie to, że rzeczywistość nie przystaje do teorii.

Poza twórczością muzyczną zajmujesz się także projektami wideo, które prezentowałeś w swoich licznych audiowizualnych setach dookoła globu. Traktujesz wizualizacje jedynie jako dodatek do swojej muzyki?

Nie, zawsze uważałem, że różne rodzaje sztuki są od siebie niezależne lub – ujmując to lepiej – są od siebie zależne na innym poziomie. Nigdy nie potrafiłem robić dobrych rysunków. Jednocześnie czuję pewną różnicę pomiędzy tworzeniem wideo do muzycznego performensu, a samodzielną wideo instalacją lub filmu. Jeśli chodzi o wizualizacje do moich muzycznych setów, staram się, by miały one w sobie coś twórczego, zamiast być jedynie ilustracją do dźwięku, ale jak dotąd nie znalazłem jeszcze na to dobrego sposobu. Obecnie skłaniam się raczej ku wideo jako rozwiązaniu, w drugiej kolejności ku innym wariantom twórczym (robię to zresztą już od pewnego czasu), ponieważ chciałbym (przynajmniej potajemnie) połączyć co nieco ze sztuki wizualnej, z instalacji i malarstwa z konkretnym momentem performansu, sztuki performatywnej, chciałbym uzyskać szczególne napięcie pomiędzy intymnymi aspektami malarstwa, nagrań dźwiękowych i publicznego performansu.

Czy Twoja najnowsza trylogia Spielraum | Allgegenwart | Strahlung różni się w jakiś sposób od Twoich poprzednich wydawnictw, czy jest raczej kontynuacją stylu,  jaki prezentowałeś na swoich dwóch poprzednich albumach?

To zależy przede wszystkim od tego, czego oczekiwałeś. Dla mnie to zarówno kontynuacja, jak i nowość. Część treści jest nowa, podczas gdy inne rzeczy – takie jak metody i strategie twórcze – pozostały takie same. Pozostały tam też dawne duchy. Nie potrafię tworzyć muzyki zideologizowanej ani zbyt konceptualnej. Kiedy powstają moje historie, zdania, kiedy snuję swoje refleksje, to nie robię tego tak, że siadam i wymyślam, jaką to muzykę mógłbym teraz napisać, aby zilustrować takiego na przykład dozorcę wykrywacza neutrin na Kaukazie. Raczej zaczynam od jakiegoś elementu, a potem przyglądam się mu krytycznie. Czasem takie krytyczne spojrzenie prowadzi do akceptacji, a czasem do odrzucenia. W przypadku tego wydawnictwa sądzę, że byłem bardziej na luzie, bardziej bezpośredni. W zasadzie przy pracy nad każdym wydawnictwem przyświecała mi podobna intencja, ale gdy się wreszcie zrealizowała, ludzie zaczęli mówić: szorstkie, głośne, chaotyczne. To może i prawda, bo rzeczywiście zawsze moja twórczość charakteryzowała się pewnym bałaganiarstwem, ale akurat w materiale tego wydawnictwa jest coś ładnego, coś, co przyciąga jak grawitacja.

Czego ostatnio słuchasz?

To bez przerwy się zmienia. Odkrywam na nowo piękne nagrania Jana Jelinka (Loop Finding Jazz Records i Personal Rock Gramma [również Jelinek]), ale nadal dużo słucham Deru (1979) i Cliffa Martineza.

Och i jeszcze ten przyjemny soundtrack Johna Greenwooda do filmu Norwegian Wood, który pokazał mi mój przyjaciel Jesse (Osborne-Lanthier)

Szczęśliwym trafem znalazłem też na Facebooku szwedzkie pieśni pasterskie (do przywoływania zwierząt – przyp.), których szukałem przez lata po tym, jak usłyszałem je w Ofiarowaniu Tarkowskiego. Dopiero teraz dowiedziałem się, że jest to tradycyjny folkowy styl śpiewania zwany kulning lub lokrup.

Niestety youtube to trudne miejsce, żeby coś takiego znaleźć, bo to trochę taka new age’owa rzecz i na ogół trafisz na wersje z nałożonym pogłosem, ale jest też trochę fajnych nagrań.

Jakie masz plany na przyszłość?

Cóż, jestem obecnie tak jakby w otwartej przestrzeni. To dobrze i źle jednocześnie. Mam nadzieję, że będzie mi dane dalej tworzyć, prezentować szerzej moją sztukę i robić więcej muzyki. Obecnie znów zacząłem malować i przez to też pojawiło się trochę nowej muzyki, więc nie wiem. Co planuję? Jestem (niestety) słabym strategiem – nie potrafię za bardzo myśleć o przyszłości (wiesz, to trochę jak z tą cienką linią nadziei, o której wspominałem wcześniej), ale podejrzewam, że będę kontynuował tę idiotyczną ideę sztuki…

_______________________________________________________________________

Tell us, please, a few words about your first musical steps, early productions and your musical background in general.

i grew up with the vinyl collection of my parents, which was an interesting mixture between some classical music, a lot of sixties rock and wilder, more experimental stuff from the early eighties. i remember, when i was around 11 or 12 my father was at a friends place with me, and after the dinner they started listening to leonard cohen, humming along some of the tunes – i then didn’t really get it, but later on it became very central, lyrically, but also musically. when i was around 14 i was head on in grunge and radiohead and i could see the connection to this style of (70’s) songwriting.

as i was living quite remote i started improvising on a guitar and singing along alone. i loved to sing, but i could never repeat a song. so i started recording music on a small dictaphone. this sort of materializing a performative moment also felt very natural for me, as it was a bit like drawing or painting by producing an artefact directly from a gesture. i then began experimenting with the medium itself. mixed recordings of keys (literal ones) and noises (of the bad recording equipment) with guitar and singing. my brother started to pick up interest in what i do, as he was already quiet serious in his efforts – so i learned new stuff from him and with him.

music was kind of always there and i never really bothered trying to be a musician. only when i was moving away from my hometown, when i started to wonder what i should do with all the art i was making – i kind of thought to myself: well no-one will listen to it anyways, so i could do what ever i want to… strangely exactly out of this introverted retreat grew the intention to reach out and to send it. so i put stuff some stuff on myspace and got picked up by raster-noton out of the blue.

We read, that the thing that affected most your approach to art was growing up in the Westphalian farmhouse and your intimate contact with its landscape. What were the other elements that shaped your esthetic sensibility over the years ?

the awareness of other people i think. friends, or the magical attentiveness of a stranger to some details you wouldn’t realize else. it still is one of my favourite moment to sit together with someone and you show him a new discovery and he or she shows you some of his/her discoveries and passions. and you listen and you talk about the stuff – it’s like dancing in the living room (there is always this dichotomy between the club and the sofa listener, but the sofa situation doesn’t necessarily imply that this moment is not a party, as well as the club maybe doesn’t necessarily forbid contemplating).

when i think about it, it really developed over the years: what i’ve meant with this landscape influence (beeing moved or affected secretly, without really noticing consciously) is still the same thing that interests me today – that also with people, with intimate friends, but also with technology and society, there is a part in all this that triggers you on a level you can’t really define or explain. sometimes after you’ve had a discussion with someone and you would have totally disregarded madonna and her attitude, you find yourself in the situation listening to a madonna song and thinking about this person, so then it receives a meaning, a depth. i think a narrative always has something restitutional in it. you kling to it as if you try to connect it to a point relatable only through a fog of irretrievable affection (so you take the surrogate seriously) – and that is a bit like the influence a landscape can have on you, you realize that the way you look at the outside is also connected to a way you have grown into it.

Do you have any specific musical inspirations?

hm, i think it might even be to specific to answer satisfyingly. sometimes it is a sound, a sample, or a recording from the archive or it is a producional method. but with this as well it seems for me that i find the primal lust of doing music when the attraction comes from some sort of inner narrative. but it is a very indirect and curvy implication. it realy depends on the current crisis, dispair, question, interest to which artform i would feel drawn to and of course what sort, or not to speek of it specifically…

In your philosophy the integrity of a piece of art is made both by the material gravity (as its force) and the relevance of the intimate narrative (as its meaning). I wonder which of these elements is more important for you and how do you try to make the listener recognize this intimate meaning of your art? 

i can only hope, or better i make myself intimate in hoping that. it is a sort of trust i want to send and of course in a way also receive. but it is not a brave sort of hope – i don’t know, it’s difficult to explain, i guess – the thing, the recording, the piece of art is there as a material thing that lifts you from the burden to be brave all alone. with it, then, you can say, let’s hope that someone could come and say it’s not idiotic to do such a thing. if you just stand there in a desert and ask around if someone would (simply, why not?) trust you, the other people might think you are crazy. you would have lost ‚it’, because you would come to the other ‚out of the blue’. the basics of economy i think is not exchange but this longing for trust that needs things to be handled by. so in economics you also can’t have a thing that as a value (a meaning) without having some sort of a material deflection and vice versa you can’t have a value (a gravitational importance) without connecting it to a longing (a need), a question (a demand) that ultimately is connected to a very personal narrative (even if it is just about an apple in a shop – because you are not just hungry without a story, you have to have had hunger first). the special thing about art or the piece of art (its integrity, i would say) is that it can pass through the restraints of all things practical, powerfull, sensefull, rational. very quickly you end up in the direction of total absurdity, to come out of the ‚blue’ and say ‚would you trust me?’, but you could only come out of this ‚blue’ if you have worked with ‚it’ a bit, transferring some of the burden of absurdity onto it.

And IV [Inertia] comprised of busily crafted abstract melodies and spacey noises kept in check by hard glitchy rhythms was one of my favorite albums of 2012. What is the story behind that really intriguing piece of music?

well, you see there we have it. i can’t realy tell you the story without having it as medium. no, sorry. i’m happy you liked it. well, at that time i was quiet new to berlin, so i was asking myself about it, its topography, its metaphoric structure – kind of trying to orientate myself. and i’ve found that there is something insular about it, the ring structure (in the streets, and trains), the isolation between after the second world war and the wende, but even before, the prussian swamps, the huguenots, all this traces of hermits and exil. so i played with a fictional metaphor in my mind on how to overcome this insular feeling, or to be able to see – while it is hard to see the insulation while you are in it. this fictional metaphor was that i would dream about a caretaker in a neutrino detector in the caucasus and would write his dreams as my prose and my prose as his memories and dreams and thus kind of out-trick the isolation alltogether… (and this is of course only one strain of the story, and nothing about the neutrinos and the astrophysics and nothing about the loops or the productional methods…).

so, when i listen to it now it feels like there is this energetic nervousness, like a city hysteria in it: ‚oh, the subway!’, ‚oh, the lights’, ‚oh the dreams’ – a bit like the crazy part of the fiction. and then there is also this ironic backslash, the loop, the ring… i don’t know. when i listen to the tracks now, i sometimes think of some sort of a comic-animal (in pink) going to the big city-school for the first time: yeah, let’s go! tam tam (and iv #005 uu78 – taking the u7, exchange at hermannplatz to u8) but then there is also this distress of this machinery that gets in its way, the stairs that seem to be to small for the paws, not to speak of all the buttons to press, it’s like a kafka figurine (also in the funny and ridiculous sense of that)…

How does your studio look like? Do you work in a framed creative process?

i have a very modest (i would say, means: a to small) apartement in berlin, where i do all of my art. so my studio is the place i hang out, do music, watch tv, eat and have conversations – so its nothing clean professionalized. at the same time i’m obsessed with having everything around to start to do something – so it’s quiet a crowded space.

hm, framed… i get framed by my creative process very often, yes. no, i mean, there are strategies i apply, things i’ve learned, but colliding with material there is mostly one constant and that is that it will be very indifferent towards your knowledge.

Besides music, you are also a video artist. You played a lot of audiovisual sets all over the world. Do you consider your video productions as only a kind of addition to your sounds?

no, i always saw all the art independend from each other or, better depending on each other on a different level. but i could never realy do good illustrations (see above). at the same time there is also a difference for me in a videowork i do for a musical performance, to a videoart installation, to a movie of course. with the visuals in the performances i still try to find something that is neither generative nor illustrative – but haven’t found a realy good solution. right now i’m tending more to a video-solution, then a generative one (which i had for a long time now). because i wanted to (at least secretly) connect a bit more of the visual-art, the installations and the paintings with the moment in the performance, kind of stretch this tension between intimate painting, recording and public performing.

Your recent trilogy of EPs Spielraum | Allgegenwart | Strahlung differs from your earlier releases or is – in a way – a continuation of your style presented in last two albums?

well that depends very much on what you expect i guess. for me it was both of course. somethings i wanted to do different, while other things stayed as methods and strategies and also as lingering ghosts. i can’t do music to ideologically or to conceptual. while i’m making up narratives and thoughts and sentences all the time, it is really not like, i’m sitting down, thinking what music could i write to illustrate the caretaker figure living in this neutrinodetector in the caucasus. i start with something and then i criticize/think about it. sometimes this criticism leads to appreciation sometimes to condemnation. with this release i guess i tried to be more easy, more direct – but i think this was the intention of every release i did, and as it so happened people would always say: harsh and noisy and chaotic – which is not wrong i guess, because it really is a mess always – but i tend also to like that because it is like this attractive part of the material, as i said, like this gravitational force that pulls you.

What have you been listening to recently?

oh, it’s realy fluctuating at the moment. i’m rediscovering the lovely jan jelinek records (loop finding jazz records and gramm, personal rock), but also still very much deru (1979) and cliff martinez. oh and also this nice soundtrack by johnny greenwood for norwegian woods my friend jesse (osborne-lanthier) showed me. also, through some rather happy facebook accident, i discovered finally these swedish cow herding songs – i’ve looked for these for years unknowingly, because of their appearance in tarkovsky’s sacrifice movie – but i didn’t knew until recently that it is kind of a herdswoman traditional folk-music style called kulning or lokrup (unfortunately you tube is a bit of a difficult surrounding for looking after this, because it’s also very ‚new age’ thing, and it tempered with a lot of additional reverb and stuff often, but there are nice recordings out there).

GRISCHA LICHTENBERGER / SOUNDCLOUD







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Polecamy:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy