Kim Gordon – No Home Record
Jarek Szczęsny:

Zaskoczenie? Niekoniecznie.

Boreal Massif – We All Have Impact (Even Hippies Do)
Paweł Gzyl:

Trip-hop is not dead (yet).

Electric Sewer Age – Contemplating Nothingness
Maciej Kaczmarski:

Kopia mistrza.

Emptyset – Blossoms
Paweł Gzyl:

Producenci z Bristolu wkraczają na nowe terytoria.

Nagrobki – Pod Ziemią
Jarek Szczęsny:

Poważni jak śmierć.

LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.

9t Antiope – Grimace
Jarek Szczęsny:

Mikrus.

Malin Genie – Anthropomorphic Sympathy
Paweł Gzyl:

Stylowe electro i IDM w duchu lat 90.

Telefon Tel Aviv – Dreams Are Not Enough
Mateusz Piżyński:

Gdy w Tel Avivie zgaśnie światło…

Philipp Gorbachev – Kolokol
Paweł Gzyl:

Prawosławie i elektronika.

BNNT is Jerusalem in My Heart – Multiversion #4
Jarek Szczęsny:

Część czwarta.



Bicep – Bicep

London calling!

Bicep, londyński duet tworzony przez pochodzących z Belfastu producentów Matta McBriara i Andy’iego Fergusona, debiutuje wreszcie długogrającym albumem nazwanym po prostu „Bicep”. Wreszcie, bo działalność duetu to już 10 lat pracy w elektronicznym świecie. Przez ten czas zrobili bardzo wiele m.in. założyli i prowadzą świetnego muzycznego bloga Feelmybicep, współpracowali m.in. z Simian Mobile Disco, Disclosure czy Blood Orange i wreszcie bardzo aktywnie działali koncertowo. W 2015 wydali EP-kę „Just”, z której utwór tytułowy został uznany przez Mixmag i DJ Mag’s najlepszym klubowym utworem 2015 r. Mimo to płytę długogrającą wydali dopiero teraz. Wystarczy jednak jej jedno przesłuchanie by zrozumieć czemu. Na stworzenie materiału na tak wysokim poziomie artystycznym potrzeba po prostu trochę czasu.

Wszystko zaczyna się dość niewinnie, dance’owym numerem „Orca”. Ten utwór to pryzmat najważniejszych momentów w brytyjskiej elektronice: kultowej fali IDM, trip-hopu, szalonych, funkujących składanek Cream Classics i pierwszych płyt Faithless. Jednocześnie „Orca” utwierdza mnie w przekonaniu, że jednak trochę bliżej mi do Londynu niż Berlina. Rytm obu miast zawsze różnił się od siebie, co oczywiście wynika z innych okoliczności, w jakich obie sceny powstawały, innych gatunków z których się wywodziły i oczywiście… innych narkotyków, jakie były w nich zażywane, ale przewagę w swoistej radości, lekkości i tanecznej energii ma dla mnie jednak Londyn. I to właśnie wciąga mnie mocniej. Kolejny „Glue” również utrzymany jest w konwencji dance, ale więcej w nim już przejść w house, który zdecydowanie dominuje w trzecim utworze „Kites”. Taneczne elementy będą się od tego miejsca pojawiać nieco rzadziej.

Na płycie ważnym momentem jest utwór „Drift”. Jego muzyczne tło budzi niepokój. Dziwne to uczucie, bo jako że to smutny utwór wydawałby się raczej kruchy i słaby. Tymczasem to mocny zawodnik – jak już złapie słuchacza to mocno trzyma go w muzycznym klinczu. Kolejne „Opal” i „Rain” pulsują nieco bardziej, szczególnie ten drugi, w którym pojawiają się nawet orientalne pierwiastki. Pomimo wielu styli, po które sięgnęli Bicep (dance, house, a nawet chillout – utwór „Ayaya”), punkt kulminacyjny płyty następuje w oparach smutku i melancholii. To za sprawą „Ayr”, opartego o chłodny wokal i pianino. Bez cienia wątpliwości to najmocniejszy utwór z tej płyty. Konsekwentnie budowane nostalgiczne tempo sprawia, że chwilami to bolesne doznanie. Nielitościwie panuje nad odbiorcą, a siła zakodowanej w nim goryczy rozsadza, uprzedzam. Ciekawą muzyczną emocjonalność ma „Vale”, choć to zdecydowanie spokojniejsze doznanie niż „Ayr”. Płytę zamyka promujący album utwór „Aura”, oparty o świetnie wyważony i zapadający w pamięć taneczny beat.

Debiut Bicep to płyta doskonale skonstruowana. Z jednej strony pełna dance’owo-klubowego charakteru, który zapewniło jej oryginalne połączenie kilku gatunków, eksplorowanych przez Bicep w ich dotychczasowej karierze, ale z drugiej, dobrze wkomponuje się też w domowe zacisze. Szczególnie w te trudne jesienne wieczory, które przed nami. Nagrać taką płytę to wielka sztuka, ale Bicep udało się to bezbłędnie. Stąd nie oszczędzam przy ocenie, która sprowadza się do krótkiego stwierdzenia – to płyta unikatowa. Choć można się było tego spodziewać. W końcu Bicep nagrywają dla Ninja Tune, wytwórni która dba nie tylko o dźwięki, ale także o emocje w elektronice. Ta płyta potwierdza, że Bicep są we właściwym miejscu. Na swoim debiucie przekazali dużo emocji. I oby było je słychać także na ich kolejnych wydawnictwach.

2017 | Ninja Tune

Profil na BandCamp » Profil na Facebooku » Oficjalna strona Bicep »

PS: Z przyjemnością zapowiadam, że już wkrótce będziecie mieli okazję posłuchać Bicep na żywo. Duet wystąpi 24 listopada w warszawskim kinie Luna, a towarzyszyć mu będą rewelacyjny koncertowo (wiem z autopsji) Ross From Friends i Hammer. Koncert odbędzie się w ramach before World Wide Warsaw 2018. Serdecznie zapraszamy!

Szczegóły wydarzenia znajdziecie na Facebooku.

Z kolei bilety kupicie przez aplikację Goingapp lub na stronie Going.pl:

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.