Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.

The Future Eve feat. Robert Wyatt – KiTsuNe / Brian The Fox
Łukasz Komła:

Na łączach z Robertem Wyattem.

Rites of Fall – Towards the Blackest Skies
Jarek Szczęsny:

Im dalej w las, tym ciemniej.

Hula – Voice
Paweł Gzyl:

Łabędzi śpiew mistrzów industrialnego funku.

Christian Scott aTunde Adjuah – Ancestral Recall
Jarek Szczęsny:

Raróg zwyczajny.



london

Cykada – Cykada

Energetyczna fuzja jazzu znad Tamizy pod banderą biało-czerwoną.
Czytaj dalej »

The Chi Factory – The Mantra Recordings

„Na początku była miłość.”

Czytaj dalej »

DeepChord – Immersions

Zanurzenie w nieziemskich dźwiękach mistrza dub-techno, który po czterech latach wrócił do londyńskiej wytwórni Astral Industries.

Czytaj dalej »

Voin Oruwu – Big Space Adventure

„Kwaśna” przesyłka z Kijowa z biletem na samotny lot w kosmos. Nie awizujcie!

Nadawcą tej przesyłki jest ukraiński producent i DJ Dmitriy Avksentiev, który kilka dni temu wydał swój debiutancki album pod pseudonimem Voin Oruwu (artysta występuje także jako Koloah). „Big Space Adventure”, bo taki tytuł nosi płyta, została opublikowana 25 maja przez rosyjską wytwórnię Private Persons. Od razu i śmiało wskazuję, że to „techno-diament”, który już swobodnie umościł się na pierwszym miejscu mojej subiektywnej listy najlepszych płyt techno 2018 r.

Czytaj dalej »

Adamo Golán – Exile And The New

Ambient uchwycony.

Czytaj dalej »

Relacja: No Bounds Festival / 13-15.10.2017 / Sheffield UK

A co Ty byłbyś / byłabyś w stanie zrobić dla prawdziwego, naturalnego rave’u?

Myśl, żeby pojechać do Sheffield do Anglii na festiwal No Bounds była myślą nagłą, z punktu widzenia finansowego całkowicie nieracjonalną, ale bogatsza m.in. o doświadczenia wakacyjne, a mam tu na myśli wyjazd do Kijowa na sierpniowe Brave! Factory, wiedziałam, że pomimo wielu argumentów przeciw, nie będę żałować jeśli zdecyduję się pojechać.

Powody są co najmniej dwa. Po pierwsze, wyjazdy na zagraniczne festiwale mają poza oczywistym muzycznym aspektem jeszcze dodatkowy walor turystyczny. Po drugie, zagraniczne festiwale zawsze różnią się w pewien sposób od festiwali krajowych. Chodzi tu o styl organizacji i zabawy publiczności. Pomimo postępującej globalizacji, bawimy się jednak nieco inaczej i wynika to z kilku czynników, przede wszystkim różnej muzycznej historii i różnych cech charakteru. Ok, tak, więc Anglia bawi się „nieco” inaczej niż my. Mimo to No Bounds w Sheffield miało jeszcze jakąś dodatkową nieoczywistość, było tam coś więcej, jakieś szaleństwo, które obserwowało to wszystko z ukrycia.

CEL: Festiwal No Bounds w Sheffield. PLAN: Wylatuję w piątek do Londynu, wsiadam w busa na Victoria Station, jadę nim 4 h, bawię się noc, dzień i noc, nad ranem w niedzielę wsiadam do autobusu do Londynu, po 4 h odsypiania w tymże, następnie piję kawę na Victoria Station, wsiadam w kolejny autobus na lotnisko, wsiadam do samolotu, wysiadam w Warszawie, wsiadam w 175 i ląduję we własnym łóżku.

REALIZACJA: W 3 dni przebyte ok. 4 tysięcy kilometrów w obie strony, żeby przeżyć rave w surowych przestrzeniach hal poprzemysłowych w Sheffield, stolicy brytyjskiej stali, miasta, które ma na Wikipedii własną listę pochodzących z niego artystów, z której dla mnie najważniejsze jest oczywiście Moloko, miasta na przemian szarego i ciemnoczerwonego od cegły, że miałam wrażenie, że ktoś nałożył mi filtr na oczy, w którym akcent jest taki, że człowiek znający angielski na całkiem komunikatywnym poziomie nie rozumie 70-80 % słyszanych słów więc istotne jest by jadąc tam nie bać się nowości i mieć pogodny wyraz twarzy, w którym ktoś wpadł na pomysł, żeby w centrum miasta, obok zabytkowego Ratusza, otoczonego małym i uroczym parkiem (Peace Gardens), wybudować przeszklone tarasy roślinne, wymieniane dziś jako atrakcja (!), wreszcie miasta, na którego opis Lonely Planet przeznaczył raptem pół kolumienki strony ich standardowego rozmiaru. I jeszcze udało mi się namówić kogoś by mi towarzyszył! W poniedziałek rano spojrzałam sobie głęboko w oczy: „Tak, udało ci się”. I wszystko to było tego warte. No Bounds to był techno sztos!

Oczywiście zanim dojechałam do Sheffield, przez które kiedyś już przejeżdżałam i choć było to wczesnym rankiem to pamiętam dobrze, że jego piękno wydało mi się nieoczywiste, musiałam zatrzymać się na dłuższą chwilę w Londynie. To dla mnie miasto absolutnie cudowne, bez dwóch zdań centrum dzisiejszego świata i nie mówię tu jedynie o elektronice (jak wspominałam przy okazji recenzji debiutanckiego albumu Bicep, muzycznie zawsze było mi jakoś bliżej do Londynu niż do Berlina). W końcu jednak dojechałam.

Droga do hostelu obejmowała przejazd taksówką przez kręte i wąskie uliczki położone tuż przy kanale. W końcu jednak dojechaliśmy pod dość ciemny adres, ale gdy tylko otworzyły się drzwi od samochodu zostałyśmy pokierowane we właściwym kierunku. Zapach curry i piwa unoszący się na klatce, charakterystyczny dla większych angielskich miast, uświadomił mi jak bardzo lubię ten kraj i jak za nim tęskniłam. Po piętnastominutowej regeneracji ruszyłam do hali Hope Works, jednej z lokalizacji festiwalu, której patronował Resident Advisor. Była 22:00, a część „dzienna”, która tego dnia odbywała się w Trafalgar Warehouse miała się już wkrótce kończyć… Tu nieco nie doszacowałam sprawy. W Hope Works poza trzema dżentelmenami (organizatorami), w tym nieocenionym i serdecznym Kyrie, nie było nikogo. Powietrze w przemysłowym (choć w istocie całe Sheffield jest przemysłowe) dystrykcie miasta było jeszcze chłodniejsze, także niespodziewana modyfikacja planu objęła przytulanie się do starej skórzanej kanapy, która tym razem, wbrew utartemu „skóra grzeje”, była wyjątkowo niegrzejąca. Ale nie żeby był to powód do narzekań. W międzyczasie Kyrie & Co. ugościli Nas jamajskim lagerem o nazwie „Red Stripe”. Rzecz jasna schłodzonym. W pierwszej godzinie czekania organizacja tej lokalizacji festiwalu nabrała niewiarygodnego tempa. Zostały np. ustawione barierki ochronne czy poprzestawiane kanapy (ta moja wygrzewana też). Patrząc na to miałam wrażenie, że w istocie techno festiwal można zorganizować w godzinę. W międzyczasie pojawili się pierwsi wykonawcy, którzy podobnie jak ja i kilku innych rozbitków, siedzieli raz na zewnątrz, a raz wewnątrz co chyba jednak nie miało większego znaczenia, bo i tu i tu było dość zimno.

W końcu ruszył „Warehouse”, na którym pierwszy wystąpił DJ Seinfeld i pobudził gromadkę, która już oczekiwała w hali. Zagrał charakterystycznego dla siebie, energetycznego i jednocześnie pejzażowo-melodyjnego seta. I to było już naprawdę rozgrzewające. Po nim ruszyłam na Ikonikę. Jedna z najbardziej znanych kobiet dubstepu nie zawiodła, wyrazistym setem zapewniła zagęszczenie pod sceną „Courtyard”, na której tej nocy wystąpiły jeszcze inne intrygujące kobiety ze świata elektroniki: Juliana Huxtable i Nkisi. Stamtąd udałam się na ostatnią w kolejności od wejścia, maleńką scenę „Mesters”, na której miedzy 2:00 a 3:00 w nocy Chris Duckenfield właściwie wkręcał swój beat pod żebra słuchaczy. Było to jednocześnie transowe i hipnotyzujące doświadczenie. Potem swobodnie wirowałam między wcześniejszymi scenami. W tym czasie na terenie Hope Works rozprzestrzeniał się już powoli klasyczny zapach rave’u, na który składają się: bliskość fizyczna, opary palonych tytoni i wszechobecne niskoprocentowe piwo, napój który gasi pragnienie jak mało co.


(fot. Alex Morgen).

Zanim rozpoczął się dla mnie drugi dzień – zasłużone śniadanie, które okazało się tak doskonałe, że wymaga odrębnego odnotowania w niniejszej relacji. To zasługa kawiarni Steam Yard. Brytyjska kuchnia nie należy do moich ulubionych, ale posiłek w postaci śniadania rządzi się swoimi prawami. Nie wiem kiedy piłam tak dobrą kawę i jadłam tak pyszną grillowaną kanapkę z cheddarem, pesto i pomidorami. I na koniec, ale nie mniej ważne – donaty. Ich wygląd mówi jasno: jesteśmy boskie. Jeśli będziecie w Sheffield koniecznie zajrzyjcie do tego miejsca.

Po takim śniadaniu lekko przyjęłam znaczne opóźnienie występu Kary Lis-Coverdale, która absolutnie była dla mnie jednym z najważniejszych nazwisk No Bounds. W mojej ocenie to obecnie jedna z najbardziej utalentowanych artystek eksperymentalnych. Jej każde wydawnictwo ma w sobie pierwiastek spektakularności i trafia do mnie całościowo, bez jakichkolwiek zastrzeżeń (na NM znajdziecie recenzje jej następujących płyt: Grafts i Sirens, nagranej z LXV). Kara Lis-Coverdale przeniosła dosłownie kilka osób, które zebrały się na jej secie, w bardzo odległe miejsce, momentami przypominające opustoszały las (tych wokół Sheffield nie brakuje; to tu działał rzekomo Robin Hood), który to las chwilami wydawał się być zlokalizowany w ogóle na jakiejś innej planecie. Dopiero kiedy otworzyłam oczy po godzinie zobaczyłam, że grupa słuchaczy nieznacznie się powiększyła. Nikt jednak nie zbliżył się do sceny za połowę sali. Wydało mi się to jednak w pełni naturalne. Eksperymentalny set kanadyjskiej artystki to bardzo jednostkowe muzyczne przeżycie i dobrze mieć kawałek przestrzeni by je swobodnie przejść. Nawet jeśli ta przestrzeń to betonowa chłodna podłoga. Tym lepiej, chłód wyostrzył te chwile. Coś pięknego. Jeśli twórczość Kary Lis-Coverdale nie jest Wam jeszcze znana to bardzo polecam zapoznać się z nią, nie będziecie żałować.


(fot. Marta Ciastoch).

Potem scenę w Trafalgar Warehosue zajął Rashad Becker, a po nim prawdziwe tornado radości: Ross From Friends i następnie nie mniej uroczy duet Steevio & Suzybee, którzy tę radość podtrzymali. Dwa doskonałe sety. Tu przypominam, że z Ross From Friends będziecie mogli pobawić się już 24 listopada w warszawskim kinie Luna, gdzie wystąpią razem z Bicep w ramach before World Wide Warsaw 2018. Wkrótce na NM znajdziecie więcej szczegółów na ten temat!


(fot. Alex Morgen).

W nocy pojechałam jeszcze raz do hali na Trafalgar Street, żeby dać się porwać się Deadbeatowi choć w wersji duetu z JG nie potrafiłam się odnaleźć. Nie tracąc czasu na okołodeadbeatowe szczegóły, udałam się szybko z powrotem do hal Hope Works co znów okazało się najlepszym wyborem. To co od 2:00 do 5:00 nad ranem wyczyniał Sir Jeff Mills przeszło moje oczekiwania, a momentami chyba w ogóle przechodziło ludzkie pojęcie. Mam wrażenie, że brakuje epitetów by opisać zachwyt nad jego muzycznym stylem. Naprawdę świetnie jest posłuchać Jeffa Millsa na żywo. Techno w najczystszej i jednocześnie „monumentalnej” muzycznej postaci. Po nim także rasowo zagrał DJ Stingray. Tu niestety nie dotrwałam do końca, bo zgodnie z planem wyjazdu nadszedł czas powrotu.


(fot. Alex Morgen).

Smutno mi było podwójnie. Po pierwsze, ostatniego dnia w niedzielę na lokalnym basenie miało odbyć się tzw. „Wet Sounds” czyli sety na żywo dla publiczności w wodzie. Bardzo mnie to zaintrygowało. Po drugie, tak autentycznego i naturalnego rave’u nie widziałam i nie czułam już dawno. Perfekcyjne nagłośnienie (jestem pod ogromnym wrażeniem), klimat i pełne oddanie publiczności, która wie po co zebrała się w tym miejscu. Zero oczekiwań, olbrzymie możliwości, naturalność, niewymuszona radość i wreszcie przestrzeń, choć sceny Hope Works zamykały się na naprawdę niewielkiej powierzchni. To trochę tak, że swoją prostotą i naturalnością No Bounds wyraziło wszystko czego szukam w techno. Nie chcę festynu, chcę czystego i niezakłóconego niczym kontaktu z tą muzyką. I tym dokładnie było No Bounds. Dzięki Sheffield!

PS: Wiedzieliśmy, że Bóg jest DJ-em. Po No Bounds wiem, że aktualnie mieszka w Sheffield w północnej Anglii, w hrabstwie South Yorkshire.

xxx

STRONA OFICJALNA:
http://noboundsfestival.co.uk/
http://www.hope-works.co.uk/

STRONA NA FB:
Profil na Facebooku »

Galeria pozostałych zdjęć (poza pierwszymi sześcioma wszystkie pozostałe są autorstwa Alexa Morgena):

Bicep – Bicep

London calling!

Bicep, londyński duet tworzony przez pochodzących z Belfastu producentów Matta McBriara i Andy’iego Fergusona, debiutuje wreszcie długogrającym albumem nazwanym po prostu „Bicep”. Wreszcie, bo działalność duetu to już 10 lat pracy w elektronicznym świecie. Przez ten czas zrobili bardzo wiele m.in. założyli i prowadzą świetnego muzycznego bloga Feelmybicep, współpracowali m.in. z Simian Mobile Disco, Disclosure czy Blood Orange i wreszcie bardzo aktywnie działali koncertowo. W 2015 wydali EP-kę „Just”, z której utwór tytułowy został uznany przez Mixmag i DJ Mag’s najlepszym klubowym utworem 2015 r. Mimo to płytę długogrającą wydali dopiero teraz. Wystarczy jednak jej jedno przesłuchanie by zrozumieć czemu. Na stworzenie materiału na tak wysokim poziomie artystycznym potrzeba po prostu trochę czasu.

Czytaj dalej »

AŃII – KOMPAKT PODCAST #1

Pierwsza Polka w kultowej wytwórni Kompakt!

Z wielką dumą prezentuję Wam opublikowany dziś podcast AŃII, pod którym kryje się Ania Iwińska, polska producentka i DJ-ka na stałe mieszkająca i tworząca w Londynie, do którego wyjechała z Polski, żeby rozwijać swoje umiejętności producenckie w szkole Point Blank. Ewidentnie była to dobra decyzja, bo dziś właśnie otrzymałam informację, że AŃII podpisała kontrakt z kultową wytwórnią Kompakt z Kolonii, stworzoną i prowadzoną m.in. przez Michaela Mayera.

EP-ka AŃII ma zostać wydana w Kompakcie w 2018 r. Tymczasem już dziś można posłuchać właśnie wspomnianego podcastu artystki zat. KOMPAKT PODCAST #1, którym wytwórnia rozpoczyna jednocześnie swoją nową podcastową serię. Set AŃII to drapieżne i głębokie techno, które momentami jakby wręcz podgryzało słuchacza. Całość jest bardzo interesująca, szczególnie rozbiły mnie fragmenty ok. 41-46 minuty i ok. 47-52 minuty. Poza własnymi numerami AŃII zmiksowała w secie m.in. nagrania Recondite, Radioslave, Superpitchera.

KOMPAKT PODCAST #1 na pewno przypadnie do gustu koneserom tego gatunku i urzeknie ich z miejsca. Jestem przekonana. To techno wysokiej klasy. Dlatego bardzo się cieszę, że AŃII nawiązała współpracę z Kompaktem. Niewątpliwe to miejsce, które dba o takie talenty. I choć Ania mówi, że jej domem jest dziś Londyn, to będę podkreślać, że jest z Polski. No cóż, jak zdarzyło mi się wspomnieć na NM, sukcesy rodaków cieszą mnie zdecydowanie bardziej niż kogokolwiek innego. Sama AŃII chyba też nie będzie miała mi za złe. W końcu ń to nie n. Gratuluję i czekam na więcej – 2018 w istocie już blisko.

2017 | Kompakt

Więcej nagrań AŃII:Słuchaj na Soundcloud » Profil na Facebooku »

Unknown Archetype

A więc wiemy jak brzmiałoby techno, gdyby tworzył je Carl Gustav Jung.

Na takie zdanie wstępu pozwoliłam sobie dlatego, że Unknown Archetype, których polecam dziś w cyklu „Posłuchaj”, jasno wskazują, że inspiracją dla ich muzyki jest dorobek naukowy Carla Gustawa Junga. Duet tworzą Brytyjka Roxy Tripp i Czech Olivier Kucera. Współpracę rozpoczęli w 2015 r. Jak mówią, z teorii psychologicznych C.G. Junga, interesuje ich głównie idea archetypu, któremu Jung poświęcił szczególnie dużo miejsca w swoich pracach.

Czytaj dalej »

Pip Williams

Pip Williams (zbieżność z Pipem od Status Quo i Moody Blues absolutnie przypadkowa) swój talent na europejskiej scenie electro ujawnił stosunkowo niedawno. Discogs mówi o 2010 roku, ale pierwsze numery w sieci pojawiały się już wcześniej, głównie pod innymi pseudonimami. Czytaj dalej »