BNNT – Middle West
Jarek Szczęsny:

Gorzka pigułka.

Ansome – Hands Of The Harbour
Paweł Gzyl:

Punkowy gest.

Lapalux – Amnioverse
Ania Pietrzak:

Jak zachwyca?

Various Artists – X – Ten Years Of Artefacts
Paweł Gzyl:

Techno w swej najbardziej pomysłowej wersji.

Julek Płoski – śpie
Jarek Szczęsny:

Coś nowego.

Karenn – Grapefruit Regret
Paweł Gzyl:

Pariah i Blawan improwizują.

Moor Mother – Analog Fluids Of Sonic Black Holes
Jarek Szczęsny:

Hałas i chaos.

Jazz Band Młynarski-Masecki – Płyta z zadrą w sercu
Jarek Szczęsny:

Jedna dla wszystkich.

Shapednoise – Aesthesis
Paweł Gzyl:

Nieznane mutacje basowych brzmień.

A Winged Victory for the Sullen – „The Undivided Five”
Mateusz Piżyński:

Ambientowe nowości z Ninja Tune

Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?



Wax Chattels | No Kind Of Rider

Dwa bardzo ciekawe alternatywne zespoły z różnych krańców świata – Nowej Zelandii i Stanów Zjednoczonych – które powinny znaleźć się w line-upie letnich festiwali!

Wax Chattels – „Wax Chattels” (Captured Tracks / Flying Nun Records | 18.05.2018)

Zacznę od półkuli południowej, Nowej Zelandii i miasta Auckland, gdzie powstało post-punkowe trio Wax Chattels. Niby klasyczne instrumentarium – bas, perkusja, klawisze i wokal, ale brzmi to naprawdę łobuzersko i świeżo, choć bez udziału gitar. Peter Ruddell – klawiszowiec / wokalista – opowiada, że materiał na debiutancki krążek nagrali zaledwie w kilka dni i na żywo. Co jest bardzo ważne w tym przypadku, bo chcieli uchwycić na płycie atmosferę żywiołowych koncertów, z jakich są znani. Oprócz Ruddella w Wax Chattels są też Amanda Cheng (bas, wokal) i Tom Leggett (perkusja). Dodam, że wszyscy poznali się na Uniwersytecie w Auckland w trakcie studiowania jazzu.

W tym projekcie akurat nie ma jazzu, mieszają raczej wspomnianego post-punka (ocierającego się o Suicide) z krautrockiem, noise rockiem, garażem czy rockiem lat 70. (partie organów). Te ostatni nurt ewidentnie znalazł ujście w „Stay Disappointed”, gdzie przesterowana linia basu ma coś z brzmienia Geddy’ego Lee z Rush. Świetne wypada również nagranie „Gillian” z ciekawą historią w tle. Oczywiście muzycy nie kryją, że chodzi tu o Gillian Anderson, gwiazdę serialu „Z Archiwum X”, która ponoć już dawno temu kibicowała Nowozelandczykom w mediach społecznościowych. W utworze „NRG” Wax Chattels kojarzą się z nieokiełznaną dynamiką amerykańskiej grypy Deerhoof.


W warstwie tekstowej też jest bardzo dobrze. Pisze głównie je Cheng, która dzieli się przemyśleniami na trudne tematy, jakich sama doświadczyła w życiu – np. kobieca seksualność i udział kobiet w sztuce. O pragnieniach seksualnych usłyszymy w drapieżnym „It”. Najczęściej tego typu treści obrastają w banalne metafory i eufemizmy, ale nie u Cheng, ona nie idzie w tę stronę, gdyż wykrzykuje: really fucking wanting to fuck.

Na pewno chcę zobaczyć koncertowe oblicze Wax Chattels!

Strona Facebook Wax Chattels »Strona Captured Tracks »Profil na Facebooku »Strona Flying Nun Records »Profil na Facebooku »

No Kind of Rider – „Savage Coast” (Self-released | 13.07.2018)

No Kind of Rider założyli chłopaki z zachodniej półkuli, pochodzący z Tulusy w stanie Oklahoma, ale ostatecznie przenieśli się do Portland i po części do Nowego Jorku. A są nimi: Samuel Alexander (wokal), Wes Johnson (bas), Jeremy Louis (gitara), Joe Page (syntezatory) i Van Patten (perkusja). „Savage Coast” jest ich debiutanckim longplayem, który powstawał przez kilka ostatnich lat, w mało sprzyjających warunkach, choć paradoksalnie dobrych dla tworzenia sztuki, a mianowicie w okolicznościach śmierci bliskich osób.

Dwa lata przed naszym wejściem do studia zmarł ojciec Joe – stało się to nagle. W tym samym roku ożeniłem się. Potem niespodziewanie zmarł ojciec Wesa, a on przeprowadził się na Brooklyn. Z kolei mój ojciec miał wylew. W ciągu ostatnich kilku lat wiele razy zadawałem sobie pytania: Czy inni artyści także przechodzą przez to wszystko podczas nagrywania? Czy to jakiś rodzaj przekleństwa? Przez długi czas myślałem, że muzyka pozwala mi oderwać się od trudnej rzeczywistości. Już nie. Teraz pisanie muzyki pozwala mi zakorzenić się w rzeczywistości, dzięki czemu mogę żyć z większą obecnością i uwagą – opowiada Alexander.


„Savage Coast” jest płytą opowiadającą nie tylko o stratach, lecz także o dorastaniu, przyjaźni i miłości. W gruncie rzeczy o nieustających zmianach zachodzących w życiu człowieka, świetnie opisywanych przez Alexandera: Myślę teraz trochę inaczej, ale w środku nadal jestem tym chudym, czarnym dzieciakiem z białymi słuchawkami. Przyznam, że od pierwszego razu poruszyły mnie piosenki No Kind of Rider i wydały się warte uwagi, a do tego znakomicie osadzone między popem a eksperymentalnymi formami.

Nie wiedzę przeciwwskazań, aby np. utwór „Distinct” (tutaj znakomita wersja zagrana na żywo) leciał w radiu w ciągu dnia. Z drugiej strony skojarzenia z TV On The Radio, Future Islands, The Sea and Cake, Peterem Gabrielem, Tortoise, The Twilight Singers czy Balmorhea są jak najbardziej na miejscu. „Savage Coast” broni się całościowo, ale wyróżniłbym „Intermission” z wyjątkową linią basu oraz piękny „Old Times”. – Chociaż nagrywaliśmy w niesamowitych studiach z utalentowanymi przyjaciółmi, kiedy słucham „Savage Coast” jakoś wciąż słyszę nas w tej spleśniałej piwnicy – dodaje Alexander. Dajcie się namówić na melancholię pokrytą doświadczeniami i pleśnią!

Strona No Kind of Rider »Profil na Facebooku »

 

 

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze