Various Artists – Air Texture Vol. VII
Paweł Gzyl:

Rrose i Silent Servant serwują ambient? Niemożliwe!

Siavash Amini & Saåad – All Lanes Of Lilac Evening
Jarek Szczęsny:

Bez szwów.

Villaelvin – Headroof
Jarek Szczęsny:

Tylko bardziej.

Juno – Young Star
Jarek Szczęsny:

Infiltracja jazzu.

Lonker See – Hamza
Jarek Szczęsny:

Zawsze krok przed nami.

Men With Secrets – Psycho Romance And Other Spooky Ballads
Paweł Gzyl:

Erudycyjne ćwiczenie z ejtisowego electro.

Riverrun – The Same Silent Hill
Przemysław Solski:

Muzyka z krajobrazu.

Yogtze – Yogtze
Jarek Szczęsny:

Będzie filmowo.

Wacław Zimpel – Massive Oscillations
Jarek Szczęsny:

Letarg duchowy.

Hula – Shadowland
Paweł Gzyl:

Jak ambient przenikał industrial.

Nicolas Godin – Concrete and Glass
Mateusz Piżyński:

Elektroniczny aksamit, który już dobrze znamy.

Ghost In The Machine – Breaking The Seal
Paweł Gzyl:

Czego można się spodziewać po płycie, na której jeden z utworów nosi tytuł „Napalm Breath”?

Jachna/Ziołek/Buhl – Animated Music
Jarek Szczęsny:

Poszerzanie improwizacyjnej wrażliwości.

Recondite – Dwell
Ania Pietrzak:

Chłodna obserwacja rzeczywistości.



Giant Swan – Giant Swan

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?

Kiedy Robin Stewart i Harry Wright zakładali w 2014 roku duet Giant Swan, miała to początkowo być dla nich niezobowiązująca odskocznia od grania na gitarach w zespole The Naturals. Nazwę nowego projektu zaczerpnęli od piosenki post-hardcore’owej grupy The Blood Brothers z Seattle – i podobnie jak ich starsi koledzy ze Stanów Zjednoczonych chcieli pofolgować swym ciągotom do bardziej eksperymentalnego rocka, inspirując się dokonaniami choćby My Bloody Valentine czy Lighting Bolt.

Stewart i Wright pochodzili jednak z Bristolu – i byli dobrymi kumplami kolektywu Young Echo, który z powodzeniem dokonywał transkrypcji dubu na pole nowoczesnej elektroniki. Nic więc dziwnego, że mimo rockowego otwarcia, Giant Swan szybko zaczął asymilować wpływy muzyki klubowej. Kompozycje duetu szlifowały się podczas występów na żywo – i szybko stał się on atrakcją eksperymentalnych festiwali w rodzaju berlińskiego Atonala czy krakowskiego Unsoundu.

Połączenie rockowej energii z rytmiką techno i noise’owym brzmieniem sprawiły, że Giant Swan grywał obok Fausta, Wolf Eyes i… Niny Kraviz. Ci, którzy chcieli posłuchać studyjnych nagrań Anglików, mieli do dyspozycji jedynie EP-ki, wydawane głównie przez mało znane tłocznie w rodzaju FuckPunk, Timedance czy Whities. W końcu Stewart i Wright zamknęli się w studiu na dłużej – i tak powstał materiał na długo oczekiwany debiutancki album, który opublikowała ich firma Keck.

Już pierwsze minuty krążka wskazują, z jaką muzyką będziemy mieli do czynienia: dudniące breaki wspiera warczący bas, a podkład ten uzupełniają metaliczne akordy i wokalne efekty. To „55 Year Old Daughter” – i energię buchającą z tego nagrania można porównać do wczesnych hitów The Prodigy. „Pandaemonium” lokuje się już bliżej techno, choć i tym razem Brytyjczycy nie rezygnują ze zdeformowanych głosów. Początek „I As Proof” mógłby wskazywać, że będziemy mieli do czynienia z EBM-em – tymczasem twardy bit nie uderza, a kompozycja zamienia się w psychodeliczny eksperyment. „Pan Head” znów wnosi na płytę taneczną energię, rozpisaną na sprężyste breaki i dubowy pochód basu. Chwilę wytchnienia przynosi ambientowy „Not A Crossing” – ale jest ona podszyta podskórnym niepokojem.

„OPAFS;R” pulsuje w takt electro-funkowego bitu, dla którego kontrapunktem są przemysłowe odgłosy i kosmiczna elektronika. „Weight Of Love” łączy wywiedziony z techno rytm  z noise’owymi zgrzytami i wokalne deformacjami. „Peace Fort 9” serwuje przestrzenną kosmische musik, pomysłowo uzupełnioną o przetworzony śpiew i spuentowaną dziką orgią cyfrowego zgiełku. „YFPHNT” to chyba najprostszy utwór na płycie: twardy bit techno łączy się tu z EBM-owymi akordami, owocując klubowym killerem o ognistej energii. Na koniec otrzymujemy „Spisbah” – dronowy ambient z zawodzącym śpiewem, przypominający dokonania Zoviet France.

Debiutancki album Giant Swan to niewielka porcja muzyki: przez czterdzieści minut jego trwania dzieje się jednak na nim tak wiele, że znajdujące się w tym zestawie nagrania mogłyby swą dziką i surową energią obdzielić co najmniej kilka innych płyt. Muzyka angielskiego duetu dobrze wypadała na żywo ze względu na dynamiczną prezentację, ale w studiu mogła zostać pozbawiona tej mocy. Nic takiego się jednak nie stało: Robin Stewart i Harry Wright oddali nastrój swych żywiołowych występów, dodając doń pomysłowe brzmienia i psychodeliczny nastrój.

Keck 2019

www.facebook.com/giantswanmusic

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze