Wpisz i kliknij enter

Grimes – Miss Anthropocene

Puk, puk. Kto tam? Przyszłość.

Claire Boucher lubię chociażby z uwagi na jej samowystarczalność. Poza tym, że śpiewa i komponuje to również zajmuje się produkcją czy dźwiękiem samym w sobie. Dodatkowo jeszcze para się graficzną oprawą swoich płyt i w ogóle stara się ogarniać współczesność na wszystkich jej polach. Łącznie z mediami (anty)społecznościowymi. Dzięki sukcesowi jej płyty „Visions” zapewne zyskała sporo spokoju materialnego, który daje jej czas na szlifowanie swoich wizji. „Miss Anthropocene” określiła mianem swojej ostatniej ziemskiej płyty. Traktuję to jako próbę nadania jakieś sensownej ramy tej bezładnej plątaninie dźwięków.

Żeby było jeszcze łatwiej słuchaczom skategoryzować samą płytę, Grimes dorzuciła jeszcze postać tytułową zlepioną z dwóch pojęć. Miss – kieruje nasze myśli w kierunku płci, natomiast anthropocene ma zwrócić uwagę na wyniszczającą działalność człowieka na Ziemi. Trudniejszą strefą miała być sama muzyka. No właśnie i w tym cały problem, gdyż tak nie jest. Gdyby losy naszej planety miały zależeć od tego albumu, to musiałbym mieć do siebie pretensje, że nie umarłem w trakcie snu. Najnowszy krążek artystki, pomimo okazałej jakości dźwięku, przynosi utwory, które w najlepszym razie nazwałbym pogubionymi albo niespójnymi.

Przelatujące w przyspieszeniu słowa w „Darkseid” (patrz komiksowe uniwersum DC) są niczym innym jak denerwującym szumem. Podobnym zresztą do tego, który codziennie dociera do nas w zalewie wszelkiej maści postów, wpisów, opinii, lub wypowiedzi. Właśnie w tym objawia się mój największy zarzut wobec „Miss Anthropocene”, która jest aż napuchnięta od ambicji przeniesienia słuchacza w erę ponowoczesną. Z tym tylko, że ja nie znajduję na niej żadnej nowej propozycji czy choćby próby filtracji współczesności. Próżno szukać jakiegokolwiek prądu filozoficznego. Jest gorzej, to znaczy sama płyta przyczynia się do większego rozproszenia uwagi i osłabia możliwości poznawcze.

Z niewiadomych przyczyn pojawia się gitara akustyczna w „Delete Forever”. Ciągle poruszamy się w imaginarium popkulturowym, gdyż bohaterką tej piosenki jest „fucking heroin”, której pretensjonalność przerasta dopuszczalny poziom. „Violence” przywołuje lata 90. w dość niechlubnym wydaniu. Wykrzesując z siebie resztki cierpliwości ledwo przetrwałem „My name is Dark”, gdzie na tandetnych podkładach lecą takie oto mądrości: „The boys are such a bore, the girls are such a bore / I never trust the government and pray to God for sure, yeah”. Mój ból zwiększył się wraz z nastaniem „You`ll miss me when I`m not around”, czymś tak niedopracowanym, że aż nie chcę sięgać po termin „piosenka”.

Skupmy się jeszcze na „New Gods”, który umiejscowiony w środku, miał być (chyba) kluczowym utworem. Obwieszczający nadejście nowych (cyfrowych) bogów w chwili zmierzchu starych (religia, kapitalizm, demokracja, godna praca – proszę sobie wybrać), gdzie całość została podkreślona czarnym eyelinerem. Tak, to bełkot. Jeden tylko utwór „Alarm” z albumu Against All Logic wywołuje więcej paniki, emocji, ciarek na plecach niż cała płyta Grimes. Rozczłonkowanie swoich talentów na wszystkie kanały komunikacji spowodowało, że Claire Boucher nagrała chaotyczną i wielce nużącą płytę, o której staram się jak najszybciej zapomnieć. Cały album przywodzi na myśl obwoźnego wróżbitę, który staje przed naszymi drzwiami: „Puk, puk. Kto tam? Przyszłość”. Nie, dziękuję.

4AD | 2020
Spotify
FB
FB 4AD







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
5 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Co
Co
5 miesięcy temu

Chyba cię pojebało xd

Czerwias
Czerwias
7 miesięcy temu

Nie byłbym aż tak krytyczny, moim zdaniem każdy z singli był strzałem w 10, szczególnie otwierający płytę So Heavy…, nie mniej jednak to prawda – nowa płyta Grimes to raczej rozczarowanie. Sytuacja analogiczna do ostatniej płyty Arcade Fire – single petarda, całośc wypada jednak blado.

k23
k23
7 miesięcy temu

Celebryci pier-olą, Produkują, a ty żryj. Ciesz się pseudofilozofią, zmartw losem przyszłym, ale kupuj. Wszystko się zmienia, ale moja kasa zgadzać się musi. Jestem na czasie, profetycznie bełkoczę, udziwniam w granicach nakreślonych przez focusowe grupy, a ty żryj. Fasada postnowoczesności jest maską adaptacji. Clou musi być niezmienne. I o to tak naprawdę walczymy. Dzięki za recenzję – król zawsze jest nagi.

ktotam
ktotam
7 miesięcy temu

Kto tam? Recenzja. Nie, dziękuję.

Polecamy

Meridian Brothers – wywiad

Udało nam się porozmawiać z Eblisem Álvarezem, liderem kolumbijskiego zespołu Meridian Brothers, o ich niedawno wydanej płycie „¿Dónde Estás María?”.