Wpisz i kliknij enter

To, co szczere, prawdziwe i proste – rozmowa z Lugsharem

Matusz Ciszczoń, czyli Lugshar, opowiada o albumie „Muzyka naiwna”, plastyczności i bezkresności ambientu oraz współpracy z Opus Elefantum Collective.

Emilia Stachowska: Na początek pytanie banalne, ale uzasadnione, ponieważ nie można znaleźć zbyt wielu informacji na twój temat: kim jest Lugshar?

Mateusz Ciszczoń: Banalne? To chyba najtrudniejsze pytanie, na które sam szukam odpowiedzi – m.in. poprzez „Muzykę naiwną”. Czy mogę mówić o Lugsharze jak o sobie? Odpowiedź brzmi: nie wiem.

A trochę bardziej przyziemnie: to projekt muzyczny, który bardzo długo dojrzewał w szufladzie, stąd niewiele informacji. Powstał na przełomie 2009 i 2010 roku, kiedy miałem ledwie 15 lat, jako wyraz mojej fascynacji muzyką ambientową. W tamtym czasie pojawiły się moje pierwsze nagrania w przestrzeni internetowej, ale niedługo potem postanowiłem je stamtąd zwinąć. Czasami gdzieś można napotkać jakąś pozostałość z odmętów czasu…

To wycofanie się wynikało głównie z powodów osobistych – czas dorastania nie tylko ja wspominam jako bardzo burzliwy. Z perspektywy czasu uważam, że ten kilkuletni czas oczyszczenia był potrzebny i mnie, i projektowi.

Właśnie: na Bandcampie przeczytać można, że „Muzyka naiwna” to „dźwięczna podróż przez ponad 7 lat twórczych dróg i bezdroży, która wreszcie kończy się odkryciem boskiej cząstki”. Jak przebiegała ta podróż?

To trudna podróż, pełna niejasności, pytań i wątpliwości – o wszystko i we wszystko. To opowieść o niełatwej miłości rodzica i dziecka, pierwszej relacji romantycznej, wygasłej przyjaźni, poszukiwaniu własnej duchowości i rozkwitającej (samo)świadomości. To też opowieść o konfrontacji ze swoim cieniem. To taka moja własna podróż do serca ciemności – ale jestem przekonany, że to jest podróż, w której ostatecznie spotykamy się wszyscy, choć może nie wszyscy chcemy o tym mówić. Zresztą dlatego nagrałem tę muzykę – bo tak trudno o tym mówić.

Jakoś tak przyszedł mi do głowy fragment poematu D.H. Lawrence’a pt. „Święty Mateusz”. Nie chcę, by był jakąś deklaracją, ale raczej pewnym tropem:

„Jestem Mateusz, Człowiek:
To zrozumiałe.
A Tyś jest Jezus, Syn Człowieczy:
Pociągasz wszystkich ku Sobie,
ale musisz wypuścić ich, gdy nadejdzie godzina.
Byłem tam, i powróciłem.
Wspiąłem się na skrzydłach poranka,
i spłynąłem w odwrotność zenitu.
To jest moja droga, jako człowieka.
Bogowie mogą przebywać pośród niebios,
a Syn Człowieczy wspinać się do Zesłania Ducha.
Lecz ja, Mateusz, jako człowiek,
Podróżuję stale tam i z powrotem
I niech tak będzie”.

Czym więc jest wspomniana boska cząstka? (Samo)świadomością? A może podróżą samą w sobie?

Czy można odpowiedzieć na to pytanie w sposób, który nie będzie brzmiał jak podejrzana mistyka? [uśmiech]

Dla mnie boska cząstka jest tym, co zawsze trwa, co nigdy nie znika, co towarzyszy mi od zawsze. Ale czy jest odpowiedzią? Nie wiem. Myślę, że na pewno jest pytaniem, które dla każdego brzmi inaczej. Dla mnie brzmi ono: kto szuka boskiej cząstki?

W rozmowie z Maciejem Jurgą, której zapis dostępny jest na YouTube, mówisz o tym, że przy tworzeniu „Muzyki naiwnej” koncepcją było „unikanie wszelkich koncepcji”. Wcześniej zaznaczyłeś, że sam projekt – Lugshar – bardzo długo dojrzewał. A jak długo trwało nagrywanie albumu? Czy tak sobie go wyobrażałeś te kilka lat temu?

Muzykę nagrywałem od wiosny lub lata 2011 roku („Fałszywe światło”) w sposób ciągły, choć przygodny i nienachalny. Tworzyłem w chwilach natchnienia lub z chęci wyrażenia różnych życiowych doświadczeń – nie zawsze pozytywnych. Ostatnie nagrania miały miejsce już na początku tego roku. Jeśli mnie pamięć nie myli, najpóźniej powstało wokalne przejście pomiędzy „W mgnieniu oka” a „Boską cząstką II”.

Poza tym, pod koniec 2019 roku musiałem sporo się napracować nad tym albumem. Niestety, przez te lata nieco zaniedbałem archiwizowanie mojej muzyki. Po drodze zgubiłem projekty niektórych utworów (m.in. „Pędu” czy „Impresji dalekiej”), więc musiałem nagrywać je od nowa – na szczęście miałem oryginalne sample. W praktyce wziąłem ponad tydzień urlopu w pracy i cały spędziłem przesiadując od rana do wieczora nad tym materiałem.

A ta cała anty-koncepcja była akurat wtórna. Nigdy nie miałem żadnej koncepcji, nie wyobrażałem sobie nigdy żadnego albumu. Właściwie to chciałem się dzielić tą muzyką, ale coś mnie przed tym hamowało, jakieś poczucie, że to nie jest odpowiedni dla mnie moment.

Pomysł na wydanie albumu pojawił się dopiero na początku 2019 roku. I chociaż miałem już niemal gotowy materiał muzyczny, utwory miały też swoje tytuły, to nie miałem w głowie żadnej koncepcji na spięcie tego wszystkiego w całość. Jak nazwę płytę? O czym ona tak właściwie jest? O czym opowiada? W pewnym sensie znałem odpowiedzi na te pytania, ale wydawały mi się one nie do przyjęcia dla odbiorcy. Dlatego próbowałem stworzyć różne koncepcje, uciekałem w post- i meta-ironię, które mogłyby uatrakcyjnić ten materiał. Jednocześnie czułem, że gubi się w tym to, co szczere, proste i prawdziwe.

Wydaje mi się, że uciekłem z tej pułapki w momencie, gdy przeżyłem sam względem siebie Barthesowską śmierć autora. Stałem się w jakimś sensie odbiorcą swojej własnej twórczości. Nie musiałem tworzyć już żadnych sztucznych koncepcji, przecież ona powstała samoistnie, bez mojego udziału. To historia, o której właśnie rozmawiamy.

I to właśnie w ramach hołdu dla tego, co proste, szczere i prawdziwe zatytułowałeś album „Muzyka naiwna”?

Też. Nieco o tej naiwności mówiłem w rozmowie z Maćkiem Jurgą. W głowie miałem też skojarzenia z ruchem art brut, outsider art i, oczywiście, sztuką naiwną.

To moja naiwna deklaracja, rodzaj pojednania. To naiwność prostoty, szczerości i prawdy. To świadomość tego, że jako naiwność może to być odebrane – i przyzwolenie na to. W końcu jest to też jakiegoś rodzaju sprzeciw wobec tym wszystkim fałszywym koncepcjom, obrazom, post- i meta-ironicznym iluzjom we mnie i w świecie.

Zresztą, bliska jest mi koncepcja sztuki naiwnej – ludowej. Wiąże się to też z tym, że wychowałem się na wsi i bardzo mnie to ukształtowało. Lubię myśleć o „Muzyce naiwnej”, że to dzieło ludowe z ducha, nawet jeśli muzycznie takie nie jest. To nie skansen.

Mówisz o art brut, outsider art i sztuce naiwnej; odwołujesz się do Barthesa i cytujesz Lawrence’a, a premierze płyty towarzyszy strona internetowa z intrygującymi opisami. Postrzegasz swoją twórczość jako intertekstualną?

To zależy czy i gdzie kończy się moja twórczość. Muzyka na płycie nie jest intertekstualna, chociaż nawiązuję w niej do moich utworów sprzed lat i do samej siebie – w tym sensie można powiedzieć, że moja twórczość jest rekursywna. Podobnie teksty i zdjęcia towarzyszące premierze płyty nie zawierają żadnych intertekstualnych odniesień, tworzą w pewnym sensie swój własny, zwarty wszechświat. Z drugiej strony, jak słusznie zauważyłaś, kiedy sam mówię o mojej twórczości, odwołuję się do różnych autorów, dzieł czy zjawisk. Nie uważam jednak, aby te odwołania były kluczowe do jej zrozumienia. Wrócę do moich słów z początku naszej rozmowy: to podróż, w której spotykamy się wszyscy. A przynajmniej taką mam nadzieję!

W rozmowie z Maciejem Jurgą, o której już wspomnieliśmy, pojawia się wątek plastyczności ambientu. Mój redakcyjny kolega, Jarek Szczęsny, napisał zaś w recenzji „Muzyki naiwnej”, że to „ambient w bezkresnej wersji”. Co o tym sądzisz?

Tak, jeśli dobrze pamiętam, mówiłem o tym, że ambient jest muzyką bardzo minimalistyczną i plastyczną, przez co dla mnie jest medium najlepiej pozwalającym wyrazić różne emocje czy przeżycia. W jakimś sensie jest to muzyka bardzo przezroczysta, albo – inaczej na to patrząc – działająca jak lustro. A przynajmniej na mnie. Od zawsze słuch był u mnie najbardziej wyczulonym zmysłem. Zdarza mi się czasem śnić dźwiękiem – nie ma w tych snach żadnych obrazów, kolorów, nawet światła, nie ma żadnej historii ani wydarzeń. Tylko dźwięk. Muzyka drone zbliża się do tego najbardziej.

„Ambient w bezkresnej wersji” – szalenie podoba mi się to określenie, również dlatego, że jest bardzo nieprecyzyjne. Muzyka ambientowa czy dronowa jest dla mnie właśnie taką wybiegającą w bezkres. Myślę sobie też, że przecież tym mogłaby być boska cząstką – tym, co bezkresne.

Wydałeś swoją płytę pod szyldem Opus Elefantum Collective. Dlaczego akurat ta oficyna? I co sądzisz o idei natury i kosmicznej aury w odniesieniu właśnie do „Muzyki naiwnej”?

Z Maciejem Jurgą połączył mnie Czarek Zieliński, z którym znamy się już dobrych kilka lat. Sam też wydał w Opus Elefantum swój album (spopielony – „Legendy”). Nie pamiętam dokładnie okoliczności, pewnie musiałem w rozmowie wspomnieć, że myślę o wydaniu płyty. Przywrócenie projektu Lugshar po latach i wyjście z materiałem na świat nie było dla mnie łatwym zadaniem. Dobrze się złożyło, bo akurat Maciek zaproponował mi dołączenie jako Lugshar do kompilacji „Nature & Cosmos„, na co z radością przystałem.

Udział w tej kompilacji był dla mnie bardzo pozytywnym impulsem do działania i zmotywował mnie do dokończenia i wydania „Muzyki naiwnej” (choć płyta jeszcze nie nosiła tego tytułu). Pomysł wydania jej w Opus Elefantum przyszedł więc do mnie naturalnie – już znaliśmy się z Opusem i czułem, że współpraca będzie pomyślna.

Zestawienie natury i kosmosu dosyć często pojawia się w kontekście Opus Elefantum, choć nie jest to ścisła formuła, której trzymają się wszystkie wydawnictwa. Moja płyta nie rysuje się szczególnie skojarzeniami z naturą, z kosmosem zresztą chyba też. Jakkolwiek bliskie są mi te wątki („Ryterskie wiatry” są przykładem pierwszego, a wykorzystanie pojęcia boskiej cząstki – drugiego), o tyle „Muzyka naiwna” jest zdecydowanie bardziej abstrakcyjna w swej formie. Myślę, że dzięki temu te dźwięki jeszcze mocniej odbijają słuchacza – jak w lustrze. Nie przenoszą nad brzeg morza, do lasu lub na łąkę, ale też nie wysyłają w kosmos. Nie odwracają uwagi, ale raczej pomagają spojrzeć na siebie.

Tematem rozmowy, do której tak często odwołujemy się podczas wywiadu, była muzyka niezależna. Podczas dyskusji powiedziałeś, że „w Polsce jest ona tworzona poza godzinami pracy”, z czym zapewne zgodzi się większość niezależnych twórców. Część z nich zaznacza, że chciałaby żyć z tworzenia muzyki, ale się nie da. Sam zaznaczasz, że kończąc album, wziąłeś tydzień wolnego w pracy. Jak się odnajdujesz w tej sytuacji? Jest to przeszkodą, czy może odwrotnie – muzyka jest odskocznią?

To prawda, sytuacja muzyków niezależnych nie jest łatwa. Według mnie jest to problem złożony, który też wiele razy był analizowany i dlatego nie chciałbym wchodzić jednak w ten temat głębiej – brak mi też potrzebnego branżowego doświadczenia.

Praca nad muzyką jest czasochłonna i wymaga dużo energii. Konieczność połączenia tego z pracą na cały etat bywa trudna i trochę ogranicza moje możliwości. Mimo to, praca też jest dla mnie ważna i zaspokaja inne moje potrzeby. Muzyka jest dla mnie odskocznią, ale jest też językiem, w którym staram się mówić o rzeczach najistotniejszych.

Chcę nagrywać, ale nie wiem, czy chciałbym żyć z grania. Zresztą, nie wiem, czy bym się do tego nadawał. Czas pokaże, w którą stronę się to rozwinie. Tymczasem przychodzi mi na myśl postać Nisargadatty Maharaja – hinduskiego guru, który przez całe życie utrzymywał się głównie ze sprzedawania skręcanych przez siebie papierosów. Brak związania ze swoją twórczością daje też pewną swobodę.

„»Muzyka naiwna« jest dla Lugshara tym, czym »Selected Ambient Works« było dla Aphex Twin. To dzieło kompletne – jest wybuchem materii, jej rozkwitem i unicestwieniem, domknięciem uroborosa, pełnym obrotem kołowrotu”. Co dalej?

Wydanie „Muzyki naiwnej” to był dla mnie ważny krok i już myślę o stawianiu następnych. Mam w głowie kilka różnych, luźnych pomysłów – ewolucje brzmieniowe, eksperymenty z live actem (na razie niemożliwe ze względu na stan pandemii…).

Jednocześnie moje twórcze zainteresowania sięgają poza stylistykę ambientową i też poza samą muzykę. Ciągle szukam sposobów na kreatywne łączenie tego wszystkiego. Mam nadzieję, że zaskoczę nawet siebie!

A więc: co dalej? Wygląda na to, że kolejny obrót kołowrotu!







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
303
303
6 miesięcy temu

Ok, sorry. Miałem to napisać pod recenzją J. Szczęsnego. PS do usunięcia.

303
303
6 miesięcy temu

Tekst reklamowy na Bandcampie to uroczy i pretensjonalny bełkocik, no chyba że to taka zgrywa. Co do dźwięków – w porządku, ale nic ponad to. Ambient do raczej szybkiego zapomnienia.

PS. Co z moim poprzednikiem w komentarzach? Cenzura na NM?

Polecamy

Baasch – Noc

Once upon a night, seven clubs away