Wpisz i kliknij enter

Podoba mi się, kiedy ze ściany dźwięku wyłania się melodia – rozmowa z Bartoszem Zaskórskim

Z Bartoszem Zaskórskim (Mchy i porosty) rozmawiamy o jego najnowszej kasecie, podróżach w czasie, latach 80. i słuchowiskach.

Emilia Stachowska: Niedawno
rozmawiałam z duetem Pin Park, który określił swoją muzykę hasłem “nostalgia, hauntologia, symulakra”. Mam wrażenie, że pasuje ono również do twojego najnowszego wydawnictwa. Co sądzisz?

Bartosz Zaskórski: Myślę, że po prostu chodziło mi o smutne piosenki i opowiedzenie pewnej historii, która wydała mi się ciekawa. A jeśli masz na myśli moje podejście do brzmienia, to tak już mam, że lubię, gdy coś szumi, przesterowuje się, zniekształca, nie stroi. Kiedy miałem 15 lat i słuchałem muzyki metalowej, najbardziej lubiłem takie prawie niesłuchalne bootlegi, które często były potwornie przesterowane. Dodatkowo, tę muzykę początkowo poznawałem z często przegrywanych po kilkanaście razy kaset. Później odkryłem noise i różne rzeczy dookoła tego gatunku. Na przykład, bardzo lubię zespół Goslings i ich płytę “Grandeur of hair”. To też mi podsunęło myśl, że fajnym zabiegiem jest łączenie tych wszystkich zniszczeń dźwięku – czy to analogowych, czy cyfrowych – z melodiami. Podoba mi się, kiedy ze ściany dźwięku wyłania się melodia. Na swoim poprzednim albumie między innymi przesterowywałem i spowalniałem sample z utworów Ennio Morricone, które ten tworzył do niskobudżetowych horrorów. Bardzo lubię brzmienie tych sampli.

Co takiego jest w hałasie, w przesterach i “niesłuchalnych” dźwiękach, że tak cię one fascynują?

Nie wiem, czy potrafię to opisać. To trochę jak próbować opisać, dlaczego wyjątkowo podoba się jakaś melodia. Po muzyce metalowej przyszedł czas na obskurny punk i noise rock, następnie odkryłem harsh noise – najbardziej lubiłem TEF, Kazumoto Endo, Guilty Connector i Masonnę. Dziesięć lat temu miałem noisowy projekt Annna. Często wykorzystuję sample ze swoich starych, noisowych kawałków. Ostatecznie jednak stwierdziłem, że lubię, kiedy z tego przesteru wyłania się coś muzycznego, o strukturze piosenki. Lubię melodię, pisanie piosenek, tego rodzaju popowość, ale jednak w jakiś sposób chropowatą, podniszczoną. Zresztą, równolegle do Annny miałem drugi projekt, wesołkowaty 8bit, który był melodyjny i dość przystępny. Wydaje mi się, że Mchy i porosty to połączenie tych dwóch wątków.

Dlaczego tym razem zdecydowałeś się akurat lata 80.? Jest w nich coś, co dla ciebie jest szczególnie ciekawe, intrygujące?

Urodziłem się w 1987, dokładnie 31 grudnia. Ten materiał, który przygotowałem, pewnie zabrzmi to dziwnie, był częścią pierwszych zorganizowanych przeze mnie urodzin. Nigdy ich nie obchodziłem, wydawało mi się to niepotrzebne. Pod koniec 2018 roku zostałem zaproszony przez Gosię Borowską na niewielką wystawę w pracowni na Piastowskiej 1 w Katowicach. Ta pracownia należała do Andrzeja Urbanowicza oraz grupy Oneiron, którą Urbanowicz współtworzył. Gosia się teraz opiekuje tą pracownią. Pomyślałem, że oprócz pokazania rysunków, fajnie będzie zrobić coś więcej; że skoro to moje urodziny, skoro urodziłem się tego 31 grudnia, to warto będzie stworzyć fikcyjny album pochodzący z 1987, który mógłbym jakoś powiązać z klimatem tego miejsca. Wymyśliłem historię podróżnika w czasie. Materiał nagrałem bezpośrednio na kasetę, metodą na setkę – powstał na dwa syntezatory, automat perkusyjny i wokal – to, co dało się wpiąć do magnetofonu czterośladowego. Nie miksowałem tego, wszystko zostało nagrane na żywo. Odpuściłem też mastering. Ten materiał jest po prostu tym, co się nagrało na kasetę w ciągu dwudniowej sesji.

Z lat 80. najbardziej interesuje mnie klimat sci-fi oraz muzyka: wczesny industrial oraz to, co od jakiegoś czasu nazywa się minimal wave. Podoba mi się, że to często zwykłe piosenki, które nagrywane w warunkach domowych, zyskały bardzo ciekawe brzmienie. Teksty to z kolei poezja nawiązująca do sci-fi. Myślę, że gdyby niektóre z tych piosenek ponownie zmiksować, dostosować do współczesnych standardów produkcji, to mogłyby wiele stracić. Na przykład, jest kilka wersji piosenki “Information of death” NEON. Lubię tę najgorzej brzmiącą, te poprawnie wyprodukowane moim zdaniem są dużo mniej interesujące. 

Oprócz muzyki i sci-fi, lata 80. to moje ulubione podejście do kwestii efektów specjalnych w filmach, szczególnie w horrorach. Bardzo lubię również działalność Survival Research Labs, najbardziej te spektakle, które odbywały się właśnie w latach 80. Wydaje mi się, że oprócz takiego dość mocno określonego, znormalizowanego w kulturze wyobrażenia lat 80. (neony, VHS, początki grafiki komputerowej, filmy akcji), ten okres ma też dużo bardziej mroczną, punkową stronę, dla mnie bardziej interesującą. SRL czy dokonania sceny industrial (np. Bourbonese Qualk, Nocturnal Emissions, Cosey Fanni Tutti i SPK) stanowią dla mnie bardzo ważną inspirację. Ta trochę bardziej popowo-smutna strona sceny elektronicznej również, np. Tres, Tara Cross i Oppenheimer Analysis. Ostatnio koleżanka opowiadała mi, że założyciel tego projektu, Andy Oppenheimer, jest specjalistą od broni nuklearnej. Niestety, nie jest spokrewniony z  J. Robertem Oppenheimerem, który wynalazł bombę atomową. To dopiero byłoby niezwykłe. Andy i drugi członek Oppenheimer Analysis poznali się na konwencie sci-fi. Myślę, że to wszystko bardzo dobrze oddaje ducha lat 80. W każdym razie, gdybym umiał śpiewać, nagrywałbym taki smutny, przybrudzony pop z tekstami o bombach atomowych i cyborgach.

Skoro jesteśmy przy wątku sci-fi:  jak wygląda Postapoland, w którym dzieje się akcja twojego albumu? 

Postapolska to po prostu spotworniała wersja rzeczywistości, która nas otacza. Przy czym nie tylko mam na myśli to, co zazwyczaj krytykuje się w moim środowisku. Uważam, że świat jest dużo bardziej przerażającym miejscem niż na ogół myślimy. W tym, co na pierwszy rzut oka dobre i wartościowe, również można dopatrzeć się straszności, różnych (często ukrytych) form okrucieństwa. Dlatego nie mam zaufania do osób, które podkreślają swoją etyczność. Z drugiej strony, super ważną rzeczą jest humor. Myślę, że śmiech to jest najpotężniejsza broń służąca przetrwaniu. Dlatego Postapolska jest trochę straszna, trochę śmieszna. Zrobiłem dla Magazynu Szum nawet rysunek na ten temat; tam Postapolska służyła do skomentowania dziwności świata artystycznego.

Lubię to, co w “Kongresie futurologicznym” Lema przydarza się bohaterowi. Bohater odkrywa coraz bardziej przerażające wersje świata, który początkowo wydaje mu się dobrym, uporządkowanym miejscem (tylko dlaczego ciągle słyszy sapanie dookoła siebie?). Na koniec budzi się ze snu – ale czy na pewno? Podobny motyw jest w “Wierze naszych ojców” Philipa K Dicka.

Myślę, że warto próbować dostrzegać groteskowość i dziwactwa własnego środowiska, a najbardziej siebie samego.

W czym mogą objawiać się te dziwactwa i groteskowość?

Bardzo różne rzeczy. Np. w tym, że miliony ludzi kompulsywnie skroluje obrazki w internecie. Albo, że dużo ludzi intuicyjnie zakłada, że mają dostęp do obiektywnej wiedzy, ma ostateczną rację, w przeciwieństwie do innych osób. To wydaje mi się super dziwne. Chociaż pewnie niemniej dziwne jest granie w gry albo czytanie opowiadań sci-fi.

Stwierdzasz, że “świat jest dużo bardziej przerażającym miejscem niż na ogół myślimy”. W wywiadzie dla Culture.pl mówisz też, że “to, co cię otacza, ma potencjał wywoływania przerażenia” i dodajesz, że jakoś z tym walczymy, snując opowieści. Możesz rozwinąć ten wątek?

Wydaje mi się, że spora część tego, co robimy jako ludzie, to umieszczanie siebie wewnątrz pewnej opowieści. Czyli opowiadamy sobie, kim jesteśmy (dla siebie samych i dla innych ludzi), jaką rolę pełnimy. Praca, rozrywka, to w co wierzymy, jakie poglądy wyznajemy, czego słuchamy. Wszystko, do czego się przywiązujemy i co sprawia, że czujemy się “zadomowieni” w świecie, bezpieczni. Te opowieści, zakotwiczenia, dają poczucie kontroli. Tymczasem ta kontrola nie istnieje. Świat, który nas otacza, jest niekontrolowany, nieprzenikniony, obojętny na nas. Po prostu wydarza się. Robimy bardzo dużo, by podtrzymać poczucie kontroli lub nie myśleć o jej braku, tak sądzę. O tym piszą autorzy książki “Worm at the core”. Oni to nazywają “teorią opanowania trwogi”.

Nie wiem, czy zmierzam w dobrym kierunku, ale estetyka twojego najnowszego wydawnictwa przywodzi mi na myśl świat wykreowany przez Wiktora Striboga w Krainie Grzybów.

Wiktor był jedną z pierwszych osób, której ten album pokazałem – zanim jeszcze pojawił się pomysł, żeby to wydać, upublicznić. W każdym razie myślę, że do tych lat 80. czy 90. doszedłem z innej strony niż Wiktor. U mnie to bardziej opowiadania sci-fi i smutne piosenki, niekoniecznie dziwne kreskówki i telewizja nagrywana na VHS.

No i jest jeszcze youtube’owy spisek wokół jednego z utworów…

Utwór początkowo trafił na kanał Szatowskiego na Youtube (przy okazji, polecam audycję Szatowskiego w Radio Kapitał!). Szatowski, czyli Karol, udostępnia ogromną ilość mało znanej elektroniki z lat 80. Spora jej część to takie smutne, krzywo nagrane piosenki z szumem kasety w tle. Projekty, które na ogół rozpadały się po zarejestrowaniu kilku piosenek. Czasem kilkunastu, jak np. Asmodaeus. Poprosiłem Szatowskiego, żeby wziął udział w moim pomyśle – zgodził się wrzucić dwie piosenki z mojego albumu jako materiał z 1987 roku. Później kilka osób w komentarzach zaczęło się dopytywać, co to za materiał, dlaczego nie ma go nigdzie w sieci. Podałem swój mail w komentarzach. Odezwało się do mnie w sumie kilkadziesiąt osób pytających o te nagrania; ludzi z różnych stron świata. Dlatego powoli zacząłem przekonywać się, że mógłbym ten materiał wydać.

Bohaterem twojego wydawnictwa jest podróżnik w czasie, który przybył z przyszłości. Interesuje cię tematyka w podróży w czasie, czy taki zabieg związany jest wyłącznie z tym hauntologicznym klimatem? A może kryje się za tym jeszcze coś innego?

Kiedy tworzyłem ten materiał, czytałem “Ogród czasu” Ballarda. Tam może nie było motywów z pętlą czasu, ale było kilka opowiadań o czasie jako miażdżącej bohaterów sile. Przyszła mi do głowy postać podróżnika w czasie, który wpadł w pułapkę – musi raz za razem powtarzać ten sam rok. Tak, jak w “Dniu świstaka” – tyle, że zamiast dnia mamy cały rok. Ten podróżnik nie może nawet popełnić samobójstwa, nie może nic zrobić. W końcu, sfrustrowany, w kolejnej iteracji roku 1987 zakłada na śląsku polsko-niemiecko-rosyjski zespół i nagrywa jeden z nielicznych, chociaż nieistniejący, albumów reprezentujących taką stronę muzyki elektronicznej w Polsce. Skąd miał trudno dostępne wówczas syntezatory? Dlaczego polsko-niemiecko-rosyjski? Czy udało mu się opuścić rok 1987? Tego nie wie nikt.

No właśnie, jeszcze pętla czasowa – jakoś kojarzy mi się to z klimatem serialu “Dark”. Oglądałeś?

Nie umiem za bardzo oglądać seriali, mówiąc szczerze. Niedawno obejrzałem swój pierwszy serial od czasów, kiedy miałem 12 lat i w telewizji oglądałem “Z Archiwum X” . Był to “True Detective”. Trochę mnie wkurzał, ale zwabiło mnie nawiązanie do Thomasa Ligottiego, taki popowy pesymizm. “I have a special plan for this world” z tekstem Ligottiego to jedna z dwóch płyt Current 93, które naprawdę lubię i wracam do nich regularnie. Z twórczością Ligottiego mam trochę problemów, ale koniec końców jest w tym coś, co bardzo mnie przyciąga. Jest i śmiesznie, i strasznie – jak w opowiadaniu o drzwiach pojawiających się na podłogach w pewnym mieście. Dlatego na kasecie dla Kikimora Tapes znajduje się dedykowany mu numer. Swoją drogą, teraz przypomniałem sobie, że w tym serialu, w “Detektywie”, na drugim planie pojawia się zagadnienie czasu. Nie tyle jako pętli, co po prostu takiej miażdżącej siły, najbardziej pierwotnego stanu uwięzienia nas samych, powracania tego samego. W tematyce podróży w czasie (czy raczej innego postrzegania czasu) niezłe są opowiadania Teda Chianga. Poza tym, jak wspominałem wcześniej, opowiadania Grahama Ballarda wykorzystujące motywu czasu są kapitalne.

Czas jako miażdżąca siła – opowiedz o tym wyobrażeniu trochę więcej.

Myślę, że bardzo dobrym literackim opisem tej myśli jest opowiadanie “Wiara naszych ojców” PK Dicka. Albo scena z filmu animowanego „Transformers”, nomen omen z lat 80. – on zrobił na mnie kolosalne wrażenie, kiedy byłem dzieckiem. Tam jest taki gigantyczny robot, Unicron, który żywi się planetami. Jest pokazany cały proces pochłaniania planety, przetwarzania jej na energię. Dość przerażający jak na kreskówkę dla dzieci. 

To, co powiem, nie jest niczym odkrywczym – po prostu łatwo uznać, że znajdujemy się na taśmociągu, na którym robimy różne rzeczy, ale niezależnie od tego, co zrobimy, ten taśmociąg wiezie nas w stronę wielkiej zgniatarki. Po drodze mogą wydarzyć się różne nieprzewidziane atrakcje, ale tak czy inaczej, na końcu jest zgniatarka. Co więcej, jest to niekończący się, powtarzalny proces. Aktualnie nie ma żadnego sposobu, żeby czmychnąć z tej zgniatarki. Był też pewien jegomość rozmyślający o tym, że być może przeżywamy swoje życia w niezmieniony sposób na nowo – przejeżdżamy tym samym taśmociągiem nieskończoną ilość powtórzeń. Myślę, że to dość straszne.

Materiał, który był pretekstem do naszej rozmowy, opisany jest cyrylicą. Bartek Chaciński pyta: czy to “gest wskazujący radziecką myśl techniczną w dziedzinie syntezatorów? A może szybko opisujący zachodnim słuchaczom, skąd materiał się wziął? A może po prostu sygnał dla Polaków, że jesteśmy w tej poprzedniej Polsce?”. Trafił z którymś z tych tropów?

Początkowo chciałem żeby ten materiał nie funkcjonował jako coś mojego, tylko właśnie jako fikcyjny album z 1987 roku o nieznanym i tajemniczym pochodzeniu. To w końcu część historii, którą ten album opowiada. Stąd ta nazwa, trudno nam ją zapisać, wyszukać w internecie. Później, kiedy pojawiła się możliwość wydania materiału, nazwa pozostała. Niestety, recenzja w The Wire pominęła cyrylicę – nazwa i tytuł albumu zapisane są po angielsku.

Wydawnictwo uzupełnione jest też o grę video.

Tak, z moim przyjacielem, Rafałem Pietrowiczem, od lat planujemy się tym zająć. Do tej pory powstał szkic jednej gry, który funkcjonuje jako wideoklip do utworu “Diament” oraz jedna krótka gra, za którą dostaliśmy wyróżnienie na Gamejamie organizowanym w ramach pandemii. Gra nosi nazwę Pomroka i można ją sprawdzić tutaj.

Nasza nowa produkcja to Hum. Opowiada inną wersję historii tego biednego podróżnika w czasie, znajdującego się w pętli. Premiera początku gry (chcemy to rozbudować później) odbyła się w ramach tegorocznego Unsoundu. Znowu pewnie ktoś zarzuci mi jakąś retromanię, ale myślę, że pikselart, którym się tam posługujemy, fajnie działa na wyobraźnię. Gry z prostą grafiką (a pierwsze gierki, w które grałem, były właśnie “pikselartowe”) bardzo dużo wymagają od wyobraźni odbiorcy. Dalej lubię grać w starsze produkcje, np. Blood, Chasm The Rift, stare RPGi czy gry z serii Super Metroid, dlatego ta estetyka wydaje mi się naprawdę interesująca. No i zgrywa się z całą historią. 

Pomyślałem kilka lat temu, że to, że rysuję i robię muzykę, sprawdzi się w grach wideo, że fajnie to wykorzystać. Rufus, którego wtedy poznałem, był podobnego zdania. Rafał zajmuje się animacją 2D i 3D (odpowiada zresztą za kilka moich wideoklipów), zna silniki do tworzenia gier. Poza tym, oboje bardzo lubimy grać w gry, szczególnie różne mniejsze produkcje, robione przez małe zespoły. No i kochamy serię Dark Souls, jakoś dobrze dogaduję się z ludźmi, którzy tę serię doceniają.

Na koniec pochwalę się, że mój utwór trafił do pewnej gry powstającej w Polsce, bardzo dużej produkcji, która niebawem będzie miała premierę.

Co do gier niezależnych – z klimatem twojej muzyki trochę kojarzą mi się takie produkcje, jak Dead Cells i Hollow Knight. Zresztą mówi się o nich, że to Dark Souls w wersji 2D.

Bardzo mi miło! Niedługo zagram wreszcie w Hollow Knight, jeden z moich studentów mi tę grę bardzo polecał, jeszcze tego nie zrobiłem. Teraz kończę drugi dodatek do Dark Souls 3. Potrafi dać w kość, ale udało mi się samodzielnie pokonać Midira.

Wracając do “Нассать на мир [Piss On The World]” – jak doszło do twojej współpracy z labelem Not Not Fun? Labelem, dodajmy, uznawanym w niektórych kręgach wręcz za kultowy.

NNF to był mój ulubiony wydawca z czasów, kiedy miałem 23 lata. Mocno ukształtował moje myślenie o brzmieniu. Dowiedziałem się o nim z artykułu “Hypnagogic pop” Davida Keenana. Denerwuje mnie, że brzmienie lo-fi często sprowadza się do tego, co robi Boards of Canada. Katalog NNF jest dobrym przykładem na to, ile może wydarzyć się w ramach tej estetyki. Ciągle bardzo lubię Sun Araw, Sand Circles z płytą “Motor city”, Marię Minervę, Pocahaunted i kilka innych rzeczy z ich katalogu. Pomyślałem, że spróbuję im podesłać ten materiał. Opisałem cały pomysł. Britt Brown odpisał, że bardzo mu się podoba zarówno album, jak i koncept. Był bardzo miły. Ot, cała historia.

We wrześniu wydałeś “Morze ukryte i inne słuchowiska”. Nagrania wcześniej funkcjonowały w obiegu galeryjnym, teraz trafiły na kasetę. Dlaczego akurat kasety?

To zależy od moich wydawców, ja nie fetyszyzuję żadnego nośnika. Moje wcześniejsze materiały trafiały i na winyle, i na płyty CD, a nawet na kartę microSD dzięki uprzejmości Audile Snow. Myślę, że wydawanie na kasetach wiąże się głównie z kwestiami kosztów produkcji. Kasety nagrywa się samemu w domu, nie ma konieczności tworzenia minimalnego nakładu, jak w przypadku droższych nośników.

Słuchowiska to znaczna część twojej okołomuzycznej działalności, prawda?

Słuchowiska są dla mnie ważną częścią tego, co robię. Lubię pisać krótkie historie. Myślę, że one nie mogłyby zafunkcjonować jako literatura. Te teksty są niewielkie, pozbawione klasycznej narracji, zazwyczaj są opisami jakiegoś fikcyjnego miejsca lub wydarzenia. Udają jakąś formę anegdoty albo opisu naukowego. Podoba mi się zmyślanie rzeczy. Bardzo dużą inspiracją był dla mnie “Piotrek” Ścianki. Ten utwór pokazał mi, że super pracować z nieprofesjonalnymi lektorami. Lubię, kiedy koledzy i koleżanki czytają moje teksty bez idealnej dykcji itp. W słuchowiskach “I wtedy okazało się, że umarłem” jeden z tekstów przeczytał Jacek Sienkiewicz. Swoją drogą, to cykl słuchowisk “Wsie” był chyba najczęściej pokazywaną moją pracą w obiegu galeryjnym. Obecnie jest w kolekcji CSW Zamek Ujazdowski.

Masz już jakieś historie, nad którymi chciałbyś pracować w najbliższym czasie właśnie w ramach słuchowisk?

Myślę o kontynuacji cyklu „Wsie”. Mam już spisane pomysły, ale teksty to dopiero szkice do rozwijania. Oprócz tego, pracuję właśnie nad słuchowiskiem o wojnie psów z miastem. To będzie część wystawy o psach pt. “Psizm”, którą przygotowuję wspólnie z Bolesławem Chromrym dla galerii Lęctwo w Poznaniu. Lektorem będzie, jak w przypadku „Wsi”, Konrad Materek. Z Konradem współpracuję od ponad dziesięciu lat. Polecam jego projekt Rez Epo. Piękne, hałaśliwe drony.

Co jeszcze masz w planach na najbliższy czas?

Głaskać psy i spędzać dużo czasu na rodzinnej wsi, chodzić na spacery do lasu i na łąki. Muszę również wymyślić, jak pracować z moimi studentami w ramach pandemii. Pozdrawiam moich studentów.

Poza tym, chciałbym skupić się na grach wideo. Mamy z Rufusem plan, żeby spróbować to sprofesjonalizować. Sukces takich mniejszych produkcji, jak Darkwood (to genialna gra, polecam) czy Carrion zachęca do tego, żeby spróbować swoich sił na rynku gier.

Oprócz tego, pracuję nad komiksem dla włoskiego wydawnictwa Hollow Press. Bardzo polecam to, co wydają: Jesse Jacobs, Mat Brinkman czy Shintaro Kago to kapitalni komiksiarze. To będzie wielki zaszczyt znaleźć się obok takich postaci.

I ostatnie pytanie: gdybyś mógł podróżować w czasie, gdzie byś się udał i dlaczego tam?

Kiedy byłem mały, interesowały mnie dinozaury. Może wybrałbym się do czasów prehistorycznych. Nawet mam słuchowisko o dinozaurach. Wiesz, że pod Szczecinem jest wysypisko dinozaurów? Niesamowite miejsce. A może udałbym się w daleką przyszłość, żeby zobaczyć, czy udało nam się uciec przed zgniatarką?

Dziękuję za rozmowę!







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy