Wpisz i kliknij enter

Cały czas szukam swojego miejsca – rozmowa z Ku Ku

Ku Ku, czyli Adam Skrzypkowski, wydał niedawno album „ESC EP”, który był pretekstem do rozmowy o grach wideo, animacjach, polskiej muzyce elektronicznej, japońskim techno oraz pracach nad wspomnianą EP-ką.

Emilia Stachowska: Na Bandcampie dostępna jest krótka notka na twój temat, z której dowiedzieć się można, że zajmujesz się m.in. tworzeniem muzyki do gier wideo i animowanych filmów krótkometrażowych. Opowiedz o tym trochę więcej.

Ku Ku: Stworzyłem muzykę i efekty dźwiękowe do filmów “Komfort” Weroniki Banasińskiej i “Daj spokój” Anki Waćkowskiej. Praca nad nimi to była czysta przyjemność, bo i z Weroniką, i z Anią złapałem dobry kontakt. To było porozumienie, jeśli chodzi o rodzaj muzyki oraz pewną wrażliwość. Obie mają swoje style, ale jest w nich właśnie podobna wrażliwość. Animacja to wspaniałe medium przyjazne dźwiękowi. Bardzo lubię efekty dźwiękowe, które łamią granicę pomiędzy ich rzeczywistym brzmieniem, a tym emocjonalnym, fantastycznym.

Studiowałem przez pewien czas kreację dźwięku na Warszawskiej Szkole Filmowej i jednym z powodów, dla których z tego zrezygnowałem, było znudzenie odtwarzaniem rzeczywistości, przymus wierności. W polskim live action raczej jest mało okazji do pracy nad dźwiękiem smutnych duchów, czy tańczących chromosomów – jak w filmach animowanych, nad którymi pracowałem. Podobnie jest z dźwiękiem w grach wideo, który o wiele bardziej mnie interesuje. Do tej pory jako dźwiękowiec brałem udział w kilku game jamach, czyli wydarzeniach, na których ludzie zbierają się, żeby w zespołach w ciągu kilku dni zrobić grę. Obecnie jestem też zaangażowany w pracę w spółdzielni nad grą o psie. Zapraszam do śledzenia profilu na Instagramie, niedługo pojawi się pierwsze demo.

Co ciekawe, przy grach pojawia się określenie „violent”, przy animacjach – „cute”.

Tak właśnie było. Przemoc w grach to jedna z najprostszych interakcji. Podczas game jamów brałem udział przy tworzeniu efektów dźwiękowych strzelania, walki na miecze, rzucania zaklęć itp. W przypadku filmów, udźwiękawiałem dwie animacje, których styl mógłbym określić jako cute. Ostatnio jednak – tak, jak wcześniej wspomniałem – zaangażowałem się w pracę nad grą, w której główną postacią jest pies. Chodzisz w niej na spacery z panią, szczekasz, skaczesz. Wszystko jest kolorowe. Będę musiał zmienić ten opis, bo to też jest bardzo słodkie.

Opowiedz trochę więcej o tych game jamach.

Game jam wygląda tak, że przez dwa dni masz za darmo pickę i ją często jesz, a potem nie śpisz, żeby zdążyć wszystko zrobić na czas. Później się okazuje, że nie udało się wszystkich efektów dźwiękowych, nad którymi siedziałem, wstawić do gry. Na razie sobie odpuściłem temat też dlatego, że nie znalazłem odpowiedniej ekipy. Kiedy przychodziłem sam na game jam, trafiałem do przypadkowych grup, mało było zacięcia artystycznego. Nie udało mi się również ustalić odpowiedniego scope tego. co tworzyłem – powstawało często dużo dźwięków kosztem jakości, co nie wygląda super w portfolio. Myślę, że jak zbiorę kiedyś odpowiedni skład, chętnie to powtórzę. Albo jak sam w końcu nauczę się Unity i zacznę tworzyć gry. To byłby dla mnie idealny poligon doświadczalny.

„Badasz wszelkie rodzaje dźwięków, które pełnią funkcje lub ich nie pełnią”. Brzmi to dość enigmatycznie.

Tak! [śmiech] Za ten opis do mojego pierwszego wydawnictwa odpowiada Mikołaj Tkacz i do końca nie wiedziałem, co to znaczy, ale był w nim taki rozmemłany urok pasujacy do rzeczy, które robi. Pewnie chodziło mu o to, że na tym rilisie znajdowały się ślady muzyki klubowej przeznaczonej do tańczenia, czyli pełniące jakąś funkcję, użyteczne. Ta płyta nie rozkręciłaby jednak imprezy i momentami zahacza o ambient, stąd ta ambiwalencja.

Nad debiutanckim materiałem, „Ogromna Ilość Ptaszków”, pracowałeś siedem lat. Jak przebiegał ten proces?

Ten mixtape wyszedł siedem/osiem lat po tym, jak zacząłem się uczyć produkcji muzyki, ale materiał, który się na nim znajduje, pochodzi głównie z lat 2014-2017 (z wyjątkiem pierwszego utworu, który powstał parę lat później). Większość nagrań powstała po tym, jak wracałem z wykładów na polonistyce i zamiast czytać staropolskie teksty, zawalałem studia robiąc po kilka szkiców dziennie.

Przez długi czas ten proces wyglądał tak: tworzyłem jedną pętlę przez godzinę, nudziłem się lub nie miałem pomysłu na jej ukończenie i zaczynałem następną. Przez te parę lat stworzyłem kilka godzin muzyki i ani jednego utworu, który uznałbym za ukończony. W pewnym momencie zaczęło mnie to stresować, bo zawsze moim punktem odniesienia był Londyn i wytwórnia Night Slugs, w której ludzie w wieku dwudziestu lat wydawali dopracowane, skończone EP-ki podbijające świat.

W wydaniu tej płyty bardzo pomogła mi świadomość działań nowych ludzi na scenie polskiej muzyki elektronicznej, takich jak Julek Płoski, paszka, czy też działalność labelu enjoy life. Zdałem sobie wtedy sprawę, że moje utwory nie muszą niszczyć soundsystemów precyzyjnie nastrojonymi i skompresowanymi basami 808, żeby ktoś poświęcił im uwagę i je docenił. Pozytywnie zareagowali też moi znajomi, którzy wydali już wcześniej parę płyt oraz Mikołaj Tkacz aka Wszystko, który wypuścił ten materiał w swoim wydawnictwie Fajniość. Pomyślałem, że lepiej uwierzyć im i odłożyć samokrytycyzm na bok. Z perspektywy czasu widzę, jak bardzo otworzyła mnie ta decyzja i dała kopa do dalszego działania.

Dlaczego akurat Night Slugs?

Ten label był dla mnie tym, czym dla wielu osób ze sceny niezależnej mogły być zespoły typu Radiohead, czy My Bloody Valentine – niesamowitym zjawiskiem, które zmienia patrzenie na muzykę. Rok 2011 to czas, kiedy poszedłem na studia, zacząłem śledzić najnowsze rzeczy w muzyce zamiast czytać o tym, co było na stronie Scaruffiego. Zacząłem też wtedy chodzić do klubów, m.in. na imprezy z pamiętnej serii Music of the Future. Okładki, nazwy płyt, ubrania z sesji zdjęciowych, wywiady – łykałem to wszystko jak młody pelikan. Myślę, że to tak we mnie trafiło właśnie z tych powodów okołomuzycznych, konceptualnego podejścia.

Z drugiej strony, jeśli chodzi o muzykę, to nie przystosowałem się i nadal trochę mam problemy z bardzo powtarzalnymi utworami w stylu techno, a ludzie z Night Slugs byli idealnym przeciwieństwem takiej muzyki. Bardzo szybko nadgoniłem całą dyskografię z 2010 roku i na bieżąco śledziłem wszystko, co robili. Pisałem też o tym na portalu Lineout.pl, którego ekipa podzielała moją miłość do tej muzyki. Myślę, że momentem przełomowym i jednocześnie szczytem osiągnięć tego labelu była płyta Jam City “Classical Curves”. Miałem obsesję na punkcie tego albumu i nadal raz na jakiś czas do niego wracam. W roku, w którym się ukazał, udało mi się pójść na DJ set Jam City i było to bardzo dziwne doświadczenie. Zaczęło się od house i disco, a potem Jack zaczął grać rzeczy, których nie potrafiłem wtedy opisać i zapamiętać. Większość ludzi wyszła, a ja stałem przed sceną i nie wiedziałem, co się dzieje, ale byłem zahipnotyzowany tak, jakbym ściągał jakiś nowy program niczym Neo w Matrixie. Stałem w miejscu i uśmiechałem się nie mogąc uwierzyć w to, co słyszę – tak bym opisał jedno ze swoich najlepszych doświadczeń w klubie.

Wspominasz o reprezentantach polskiej sceny elektronicznej. Kogo jeszcze doceniasz? Kogo lubisz słuchać? Jak w ogóle postrzegasz tę scenę?

Trudne pytanie. Cały czas czuję się mocno skolonizowany przez zachodnią scenę i w związku z tym patrzę na swoją muzykę oraz tę, która powstaje w Polsce, korzystając z tych standardów. Często mam tak, że słyszę coś, co jest porządnie zrobione, ale mnie nie porywa, jak np. większość sceny techno – samą muzykę lubię, ale kiedy spojrzy się na techno typu Jasmine Infiniti lub AceMo, to widać jak szerokie i niewykorzystane jest to pole u nas. Z drugiej strony, jest sporo muzyki elektronicznej, którą bardzo lubię, ale czuję, że mogłaby być o wiele lepsza i bardziej doceniona, gdyby została dobrze zmiksowana i wypromowana. Pod względem pomysłów, podobał mi się np. album Bartuś419 dla BASu, ale jeżeli chodzi o miks, to płakałem słuchając tych wysokich częstotliwości ostrych jak żyletka. Trudno by mi było zagrać to w miksie z czymś, co brzmi porządnie. Bardzo bym chciał zobaczyć ludzi działających w enjoy life z większym budżetem, większą ilością czasu wolnego od pracy, grających w klubach z dobrym nagłośnieniem, funkcjonujących w siatce wspierających się środowisk i nadwyżce pieniędzy na czas wolny, która by to wspierała. Totalnie nie wiem, jak to zrobić. Tak, enjoy life za energię, kreatywność, autentyczność i masę innych rzeczy cenię bardzo. Zazdroszczę im tego czasem.

Naszkicowałem teraz dwa bieguny muzyki elektronicznej w Polsce. Pomiędzy nimi znajdują się takie inicjatywy, jak BAS, DUNNO, Mondoj, Brutaż, Mestico, Oramics, Regime. Miejsca, w których jest czas i na jakość, i na myślenie pozapudełkowe. Zaliczyłbym też do tego reprezentację muzyki współczesnej, która korzysta z elektroniki, jak np. Rafał Ryterski, Teoniki Rożynek, czy Aleksandra Słyż, których uwielbiam. Najbliżej jest mi właśnie do tych miejsc, ale też nie czuję, żebym tam pasował do końca. Myślę, że cały czas szukam swojego miejsca. Pośrednio wiąże się to z moimi social skills, a raczej ich brakiem. A może po prostu coś mnie kiedyś najdzie i stworzę coś własnego ze znajomymi? Moimi ulubionymi didżejami i bardzo obiecującymi muzykami są Agnieszka Klichowska i Filip Grzeszczuk (znany jako 0-ip). Mają oni niesamowity luz i patrzą na muzykę bez oglądania się na trendy, czego bardzo im zazdroszczę. Wygrzebują stare płyty w antykwariatach, które wchodzą w jakiś przedziwnie aktualny dialog z teraźniejszością. No i zawsze się dobrze bawię, kiedy ich słucham. Albo dobrze mi się zasypia, bo taki mają range.

Przejdźmy do twojego najnowszego materiału. Jak wyglądały prace nad tegorocznym wydawnictwem, „ESC EP”?

Całość powstała w ciągu kilku miesięcy pracy z małymi przerwami i na samym początku planowana była jako album. Stworzyłem wtedy ponad godzinę muzyki, z której byłem zadowolony. Po pewnym czasie zauważyłem, że kilka utworów jest znacznie ciekawszych od reszty materiału, więc skupiłem się na nich i zdecydowałem się na krótszy, ale bardziej dopracowany, złożony materiał. Wiele sampli i melodii z odrzuconych utworów przeniosłem później do tych czterech, które trafiły na płytę. Korzystam z Ableton Live i w przypadku tego programu korzystanie z pomysłów z porzuconych projektów jest banalnie proste. Wiem, że pewnie część czytelniczek i czytelników Nowej Muzyki też sięga po ten program, więc mówię do Was: koniecznie skorzystajcie z tej funkcji jeśli jeszcze tego nie zrobiliście! Polecam też proste wrzucanie całych utworów, w których coś wam nie pasuje do samplera i szukanie nowych rozwiązań. “Pathotronic” pierwotnie był utworem w stylu Feadza z szybkim tempem, ale po tym jak spowolniłem tempo i go poszatkowałem, zmienił się w big beatowe solo na perkusję.

Fascynacja grami wideo także wpłynęła na brzmienie „ESC EP”, prawda?

Na pewno tak. Oprócz muzyki, gry są dla mnie medium, które znam najlepiej i poruszam się w nim najswobodniej. W utworze “Flashbang” wykorzystałem sample z gier Counter Strike i G-Darius, a w przypadku „Pathotronic” główna melodia powstała w programie do muzyki chiptune. Pomijając kwestię sampli, inspirowała mnie wtedy gra Wip3out, nad którą pracowało studio Designers Republic, znane m.in. z okładek płyt Autechre. Ta kolorowa wizja przyszłości z czasów przed 11 września 2001 roku mocno wtedy na mnie zadziałała. Próbowałem w jakiś sposób oddać jej piękno.

Pojawiają się tu również inspiracje japońskim techno i ambientem.

Uwielbiam stare japońskie techno za to, że jest tak bardzo kolorowe i idiosynkratyczne. Takkyu Ishino, Kena Ishii, Denki Groove i setki innych producentów z przełomu lat 90. i 00. łączyło wtedy jaskrawe syntezatory z dziwnymi samplami, szybkim tempem, zmianami rytmów. Nie kojarzyło się to wszystko z czernią. Myślę, że duch tej muzyki jest teraz żywy i można go usłyszeć w setach object blue, Sha Sha Kimbo lub w muzyce Oli XL i ludzi prowadzących wspaniały label All Centre. Jeżeli was zaciekawiłem, to zachęcam do odsłuchu miksu z japońską muzyką taneczną który nagrałem w tym roku dla Radio Kapitał.

Ciekawa jest też historia, która kryje się za twoim nowym materiałem – wspominasz, że chęć stworzenia takich, a nie innych dźwięków, narodziła się z nudy i przekonana, że nic interesującego w najbliższym czasie się nie wydarzy.

Tak było! Pracowałem w nudnej i wymagającej pracy związanej z rynkiem nieruchomości. Poświęcałem na to dużo swojej energii i robiłem coraz mniej muzyki, aż w pewnym momencie przestałem ją tworzyć. Żeby znowu zachęcić się do tworzenia, postanowiłem nagrywać ambientowe improwizacje, które nie były dla mnie tak wymagające, jak tworzenie dobrze zmiksowanej muzyki klubowej. Wysłałem je do BASu i zdziwiłem się, jak bardzo im się podobają. Dało mi to dużą motywację, żeby porządnie przysiąść i nagrać najlepszą płytę, jaką potrafię.

„Ucieczka była prawdziwą potrzebą”. W co jeszcze lubisz uciekać? Co sprawia, że czujesz się lepiej?

Gry to oczywista odpowiedź, obok tego muzyka i ostatnio sen. Ciekawe, jak bardzo te dwie ostatnie rzeczy są powiązane. Często tak mocno wkręcam się w tworzenie, że kładę się do łóżka o późnej godzinie i przesuwam rytm snu, budząc się o 16. Tak, myślę, że muzyka najbardziej.

Kiedy zastanawiałem się nad tym, jak nazwać EP-kę, jaki sens jej nadać, zacząłem myśleć o tych wszystkich płytach z opisami dotyczącymi polityki, tożsamości. Zacząłem wtedy zdawać sobie sprawę, że o ile dużo myślę na co dzień o tych kwestiach, to bardzo trudno jest mi odnieść się do nich publicznie, artystycznie. Czułem jednak taką potrzebę wypowiedzi i zastanowiłem się, gdzie ja dokładnie stoję, jaka jest teraz moja postawa. Pomyślałem, że w tej chwili szczerze mogę zadeklarować tylko to, że uciekam od problemów, skupiam się na estetyce, dlatego chciałem dać jak najprostszy, klarowny tytuł EP-ce – “ESC”. Czuję, że taka deklaracja to dobry początek – zobaczymy, co się ze mną później stanie, w którą drogę wyruszę z tego punktu.

Dlaczego zdecydowałeś się na uzupełnienie EP-ki o remiksy?

Tę EP-kę widzę jako swoją próbę wyjścia z muzyki eksperymentalnej jedną stopą na ląd muzyki klubowej. Moja druga stopa pomyślała jednak, że fajnie by było zobaczyć, co zrobią z tą muzyką osoby myślące bardziej kompozycjami i utworami niż funkcjonalnymi trackami. Wyszło super, Michał Dębski razem z Michałem Olczakiem i swoim ogarnięciem w kwestii harmonii zrobili z “Flashbang” “Flashbang Symfonicznie”. Też bym tak chciał umieć! Natalia stworzyła piękny, trochę indyjsko brzmiący utwór, którym chciałbym otwierać swoje sety. Julek za to poleciał totalnie w muzykę do serialu “Pat i Mat” połączonego z monologiem Kaczora Donalda. Myślę, że to bardzo dobre zakończenie EP-ki. [śmiech]

Masz już muzyczne plany na najbliższy czas?

Tak! Za parę miesięcy w nowym labelu Tańce Łukasza Warny-Wiesławskiego pojawi się parę utworów, w których będę samplował Grubsona, Ramonę Rey i polskie instrumenty ludowe. Polecam śledzić to miejsce, bo pojawi się w nim dużo dobrej muzyki. Oprócz tego, w niedalekiej przyszłości chciałbym wydać depresyjną EP-kę pod pseudonimem DJ Pracownik – taki trochę korpo dark ambient. Mam też w planach EP-kę w secret labelu, który dopiero powstaje oraz współpracuję ze znajomymi nad ciekawymi projektami, których nie mogę jeszcze ujawnić. Czasami tworzę też ambient, w którym sampluję tylko dźwięki z gier wideo. W tym momencie najbardziej skupiam się jednak na czystych, prostych i zabawnych klubowych trackach, do których sam chciałbym tańczyć i grać je w swoich setach.

Dziękuję za rozmowę!







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy