Wpisz i kliknij enter

Daft Punk / Syny

Zespoły kończą swoją działalność. Proste, nie?

Najbardziej padali w 2016 roku. To było na cztery lata przed (nie)słynnym 2020. Skorzystam z określenia, którego nie cierpię najbardziej i napiszę: zaczęło się jak u Hitchcocka od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rosło. Kostucha wzbogaciła swoje królestwo o niespotykaną dotąd w jednorocznym rozdaniu liczbę muzyków. Na liście znaleźli się m.in. Prince, George Michael, Keith Emerson, Malik Taylor, Leonard Cohen i On, czyli David Bowie, który otworzył tamten rok. Nie dość, że dożył swoich urodzin, to wydał również znakomitą płytę i zmarł. Tak potrafił tylko on. Choć nawet David Robert Jones wyraził bezradność wobec stanu mentalnego naszej planety („Planet Earth is blue / And there’s nothing I can do” – śpiewał). Ale byli tacy, którzy chcieli to zmienić.

Bajki robotów

To był rok 2013. Nic nie zapowiadało, żeby był inny niż lata poprzednie albo czymś się wyróżniał. Pięć dni przed moimi urodzinami coś walnęło. Błyskawica, strzał z biodra, cekinowe monstrum wydane (niespodzianka) w legendarnej wytwórni Columbia. Czternaście nieprawdopodobnie dobrych utworów zebranych pod zbiorczym tytułem „Random Access Memories”. Równie dobrze mogli się zorganizować pod hasłem „Make popular music great again”. Znów nie zawiódł ich zmysł estetyczny i gust muzyczny. Świetni goście, bezczelnie taneczne rytmy i ostentacyjnie rozrywkowy charakter. Kto by pomyślał, że to będzie ostatni akcent. A jednak.

28 lat. Tyle istniał jeden z zespołów, którym słowo „przyszłość” (bardzo oparta na przeszłości) przyświecało praktycznie w każdym działaniu artystycznym. Choć skrywali się za maskami robotów, to jednak poznaliśmy ich prawdziwe tożsamości. Guy-Manuel de Homem-Christo i Thomas Bangalter stworzyli charakterystyczne brzmienie i, co tu kryć, skradli serca słuchaczy nie pocąc się przy tym nadmiernie. Przez te 28 lat opowiadali nam niesamowite bajki nieskomplikowaną muzyką, której cechą nadrzędną była bezczelna przebojowość.

Nie spodziewali się, że to aż tak się potoczy. Byli niepewni swego, a po sukcesie „Da Funk” raczej mieli ochotę zaszyć się gdzieś, bo ogarniał ich paraliżujący strach, że już więcej nie osiągną. Tym można tłumaczyć niezbyt pokaźną dyskografię. Ale i występowanie w przebraniach robotów. Muszę przyznać, że nigdy do końca nie traktowałem ich na serio. Przynajmniej nie na tak, jak na to zasługiwali. Ale otaczali mnie wszędzie. I na płycie Kanye`go Westa i LCD Soundsytem. Ale tych ludzi chodzących w górę i w dół w wideoklipie Michela Gondry`ego zapamiętam do końca życia.

Tych klipów było znacznie więcej, ale tamten najgłębiej wrył się w pamięć. Ich kariera to wszakże splot muzyki i filmu. Na tym polu osiągnęli perfekcję i status gigantów. Pewnie można, a nawet trzeba, się spierać o zawartość ich krążków, ale swoim rozstaniem uczynili te spory bezzasadnymi. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że czy to w trakcie wywiadów udzielanych z czarnymi workami na głowach, czy na scenie nigdy nie było wiadomo, czy to oni. Nawet w ostatnim klipie albo podczas poniższego, wybitnego momentu. Co by nie mówić, będzie ich brakować.

Koniec sagi

23 stycznia 2021 roku na platformie internetowej gruchnęła zaskakująca wiadomość: „Ladies and Gentlemen, Syny ogłaszają koniec sagi i żegnają się z Wami. Każde uniwersum kiedyś się kończy. Follow the future”. Ale jak to? Dlaczego? Po co? Nie wiem jak reszta, ale ja straciłem orientację. Zespół, który zaprzągł tęgie umysły do roztrząsań na temat ich tekstów i odkodowania świata, który na swoich albumach zawarli. Głosem był oczywiście Robert Piernikowski, a za muzykę odpowiadał 1988 (Przemysław Jankowiak). Jedyną sensowną reakcją, na którą się zdobyłem było: „Ej, chłopaki no weźcie się”.

Reakcje euforyczne („Polityka”, „Gazeta Wyborcza”) sąsiadowały z reakcjami pozbawionymi entuzjazmu (Marcin Flint w „CGM”). Pokazuje to skalę echa, którym działalność zespołu odbiła się w Polsce. I to na skutek zaledwie dwóch albumów: „Orient” i „Sen”. I kiedy wydawało się, że zespół może być zdolny do wykonania jakiegoś nieprzewidywalnego ruchu, czy nagrania płyty tak dalece imponującej, żebyśmy się już wszyscy pogubili w labiryncie z białasami, to nagle ogłoszony został koniec. I to po fantastycznym klipie z Janem Klatą do „Mojego ruchu” oraz po spektakularnym widowisku wizualnym do „Nag Champa”.

Wiadomo, że obaj muzycy to niespokojne duchy budujące swoje światy, o czym mieliśmy okazję przekonać się na płytach „The best of moje getto” oraz „W/88”, ale żaden znak na niebie i ziemi nie wskazywał rychłego końca spraw. A przynajmniej nie przed nagraniem trzeciej płyty, tak żeby zamknąć sagę trylogią. Jak widać Syny nawet w zakresie ustalonych reguł gry mają swoje zdanie. Może też nie ma co rozdzierać szat, tylko na chłodno czekać na kolejne zagrywki duetu, z którego 1988 zdecydowanie nabiera rozpędu, a fragmenty jego dzieła solowego już ujrzały światło dzienne. Cokolwiek zdarzy się w przyszłości, czy Syny umrą czy też zmienią mutację ja na pewno zrobię włanczaj.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
Kuba
Kuba
1 miesiąc temu

Mam wrażenie jednak, że Syny to nie był tak zupełnie prosty podział: muzyka 88, rap Piernikowski. Piernikowski odpowiadał również za synthy, chłopaki opowiadali często, że wysyłają do siebie kawałek i jeden coś dogrywa i odsyła do drugiego. I słychać to na płytach Synów – wyraźne echa solowych płyt Piernikowskiego. Jego udział w warstwie muzycznej Synów wydaje mi się nie tylko znaczący, ale wręcz kluczowy. Wszystko razem tworzyło najlepsze możliwe g…wno dla białasów, którego zwyczajnie już nie będzie i jest mi naprawdę przykro.

Polecamy