Wpisz i kliknij enter

Liraz – Zan

Bliskowschodnie walory poznawcze.

Talent to podstawa. Płytkie niczym kałuża zdanie przywołuję jedynie, aby podkreślić silną uznaniowość stwierdzeń o czyimś talencie lub beztalenciu. W latach potęgi prasy muzycznej decydowali recenzenci, którzy mieli do dyspozycji zabójczą broń w postaci gwiazdek lub względnie kropek. Potem przyszła telewizja z formatem „Idol”, a dalej rozpędził się internet, co prowadzi nas do dnia dzisiejszego i egalitarystycznej swobody w zgłaszaniu nowych arcydzielnych artystów. Aż tak wysoko nie mierzę z niżej opisywaną płytą, ale o talencie Liraz przekonany jestem całkowicie.

Jej biografia mieści w sobie cały zamęt Bliskiego Wschodu. Urodzona w Izraelu w rodzinie o irańskich korzeniach. Od dziecka występowała na scenie. Później można było ją zobaczyć w kilku epizodach seriali telewizyjnych. Teraz zajęła się muzyką, a jej drugi album „Zan” wydał właśnie Glitterbeat Records. Zamęt historyczno-społeczny wśliznął się również w proces twórczy, gdyż jak podają źródła, twórczyni nagrywała z irańskimi muzykami, którzy chcieli pozostać anonimowi w obawie przed skutkami kontaktów z Izraelką. Przypomnieć warto, że irański parlament w suwerennym uniesieniu przyjął ustawę penalizującą współpracę z Izraelem na bardzo wielu płaszczyznach.

Żeby było lepiej swój album zatytułowała „Zan”, co w przekładzie znaczy „kobiety” i dokładnie rzecz całą opisuje. Wokalistka przywdziewa bojowy kostium, żeby walczyć o prawa kobiet. Do kompletu swoją muzykę uczyniła wybitnie przystępną, taneczną i obłędnie melodyjną. W zachodniej części świata pewnie powiedzielibyśmy, że to electro-pop, ale suto podlany perskimi melodiami i instrumentami. Mając już na koncie album „Naz” z irańską muzyką pop, na najnowszym krążku postanowiła zadbać o bardziej stanowczy przekaz.

Otwierający „Zan Bezan” ze skradzionym latom 80. basem wysoko podbija stawkę. W tekście, a posiłkuję się angielskim przekładem, przypomina o podstawowych prawach kobiet jak śpiew, taniec i radość, co w państwie wyznaniowym pewnie byłoby obrazą jakiś uczuć religijnych, a w nadwiślańskim klimacie wymagałoby interwencji egzorcysty. Z polskimi ulicami łączy ją również wezwanie do rewolucji w wymiarze społecznym. W tym utworze gra anonimowa perkusistka z Teheranu, co można wprost określić jako wprowadzenie w życie idei, o których Liraz śpiewa.

Jasna strona mocy (patrz muzyka) dominuje na całym albumie. Nie sposób usiedzieć w miejscu, a żarliwość wokalu i całej gamy instrumentów smyczkowych w dalszym planie piosenki „Injah” przywołuje na myśl czasy kiedy życie było zdrowe. Warto dać się rozjechać rozpędzonemu utworowi „Hala”. Dobrze poćwiczyć elastyczność własnych stawów przy „Joon Joon”. Nieumiarkowanie w rozbawieniu dobrze stopują wyważone ballady w rodzaju „Shab Gerye”.

Zamykający „Lalai – Lalabye” jest najbardziej tradycyjny i niesie w sobie moc podobną do tego co zaprezentowała Ola Bilińska na albumie „Libelid”. Szczerość wyskakuje z każdego zakamarku krążka. Można go również wykorzystać edukacyjnie jako muzykę pop z bliskowschodnimi walorami poznawczymi. Przeszywanie na wylot zaczyna się od okładki, z której spoglądają niesamowite oczy bezczelnie podkreślone rozjaśnieniem. Dobrze by było, gdyby muzyka mogła zmącić wody rzek Mezopotamii.

Glitterbeat | 2020
Bandcamp
FB
FB Glitterbeat







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy