Wpisz i kliknij enter

M.I.A. oraz TSHA

Zejście i wejście.

Było to w roku 2005. Muzyczny świat pogrążony był w ekscytacji kolorowych mieszanek gatunków. Bariery stylistyczne nikogo nie obchodziły, liczyła się krzykliwość. To w tym roku debiutował LCD Soundsystem. Gorillaz wypuścili „Demon Days”, Madonna grała Abbę, a Kanye West wypuścił wybitne „Late Registration”. Do snu nas kładli Boards of Canada z „The Campfire Headphase”, a za jakość snów odpowiadał Caribou z „The Milk Of Human Kindness”. I w tym samym czasie wprost z Londynu pojawiła się M.I.A. z niesamowitą energią, miksem muzycznym i tatą w Tamilskich Tygrysach. Rewolucyjny duch podlany szybkim tempem. Brało mnie to.

Od tego momentu artystka notowała lot wznoszący i trafiła pod strzechy. Te najbardziej luksusowe również. Była gwiazdą podczas show na Super Bowl, zyskała uznanie Missy Elliott oraz wystąpiła w 2018 roku na katowickim OFF Festivalu. Szerokie spektrum odbiorców podbudowane było dobrymi piosenkami, których z czasem nagrywała mniej. A więcej było kontrowersji i kontraktów reklamowych, ale również wsparcie fundacji charytatywnych. W 2016 roku pojawiła się płyta „AIM”, o której lepiej zapomnieć. Ostatnio posługując się Tweeterem stanęła w obronie Alexa Jonesa skazanego za szerzenie kłamstw w sprawie rodzin dzieci zabitych w masakrze w szkole Sandy Hook jednocześnie popierając ruch antyszczepionkoców.

Na wydanej właśnie płycie „Mata” nie ma śladów tych postaw, ale radykalizmu nie brakuje. W otwierającym „F.I.A.S.O.M. Pt. 1” słychać szczęk przeładowywanej broni, a część druga utworu przynosi rozpędzony rytm, który w pamięci odkurza debiutancki album. Takich powtórek z przeszłości mamy tu więcej. Choćby „Energy Freq” czy „Popular”. Problem w tym, że to raczej są cienie dawnej wielkości niż coś naprawdę dobrego. Wszystko sprawia wrażenie niedopracowanego albo porzuconego w połowie drogi („Time Traveler”). Pojawia się utwór „K.T.P. (Keep The Peace)”, ale raczej nie dotyczy Ukrainy. W kwestiach lirycznych też nie wychodzimy poza ogólnikowe slogany. „Mata” jest płytą okrutnie przeciętną i nie chodzi mi jedynie o brak płynności, ale raczej o to, że niezdecydowanie jest tu maskowane zbyt wielką żarliwością.

M.I.A. – Mata | Island Records 2022
Spotify
FB
FB Island Records

Powyższa artystka zdecydowanie ma dołek formy, który nieustannie się przedłuża. Z drugiej strony na orbicie pojawia się ktoś nowy, kto dopiero wchodzi na scenę. Mówimy tu o zapowiadanej od dłuższego czasu płycie brytyjskiej DJ-ki TSHA. Środowiskowy ferment podłapany przez tradycyjne i internetowe media zaowocował sporym szumem i wydaniem płyty „Capricorn Sun” w Ninja Tune. Co, być może na wyrost, znamienne, że twórczość Brytyjki skupia się raczej na zabawie i słonecznej energii niż problemach współczesnego świata. Naturalnie nie wszyscy muszą się brać za bary z problemami, a dobra płyta rozrywkowa może się przydać większości. I z tym mamy tu do czynienia. Już utwór „The Light” z wznoszącą się melodią powinien rozświetlić nieco pochmurniejsze dni.

Jest tu również obecny tygiel kulturowy dający się uchwycić w utworze „Water” z udziałem Oumou Sangaré. Muszę przyznać, że ten album sprawił mi dużo więcej radości niż byłbym skłonny przyznać. Zasługa w tym świetnej sprawności w mieszaniu sampli i melodii („Power”) czy kawałków, które przypominają czasy młodości („Dancing In The Shadows”). Najwięcej możliwości i osłuchania widać w bogatym utworze „Time”, gdzie zbliża się do stylistyki Bonobo. Nawet jak próbują się pojawiać rzeczy bardziej, by tak rzec, poważne – jak „Giving Up” – to i tak nie zostają nazbyt długo w pamięci wypychane przez te radośniejsze rytmy, które sprzyjają wydzielaniu się endorfin („OnlyL”). Bezwstydnie radosna płyta. Można się najeść słodyczami bez ryzyka przekroczenia norm kalorycznych.

TSHA – Capricorn Sun | Ninja Tune 2022
Bandcamp
FB
FB Ninja Tune







Jest nas ponad 16 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy