Wpisz i kliknij enter

Esencja z wielkim brzmieniem – relacja z OSA Festival 2026

Pamiętasz to uczucie po dobrym koncercie, imprezie, kiedy głowa i całe wnętrze umysłu napawa spokój, a cisza dudni w środku? Właśnie to towarzyszyło mi po siedmiu koncertach OSA Festival 2026. Tegoroczna edycja skoncentrowała się na osi drone-ambient – muzycznym sercu OSA, prezentując warstwy elektroniki i przetwarzania żywych instrumentów.

OSA, zapisana wśród klasyków festiwali eksperymentalnych, od lat regularnie serwuje przegląd i dostęp do osób twórczych, stanowiąc najstarszy festiwal tego rodzaju na Północy Polski. Akronim nazwy, Open Source Art Festival, przez lata obrał własną interpretację, bazując na skrótowej formie i nie traktując znaczenia otwartego oprogramowania jako fundamentu, a raczej metaforę.

Przed festiwalem spotykamy się z Sylwestrem Galuschką (SG), aby wspólnie porozmawiać o nadchodzącej edycji. Festiwal SG określił jako kilkudniową przestrzeń na spotkanie i doświadczenia. OSA od początku korespondowała z fizyczną przestrzenią, która dopełniała, a czasami nadawała kontekst eksperymentalnym brzmieniom. I tak po wielu latach OSA opuściła Państwową Galerię Sztuki w Sopocie, udając się krótkim spacerem w górę Monte Cassino, do Sceny Kameralnej Teatru Wybrzeże:


„Teatr dyktuje narrację wyciszenia. Program jest budowany zawsze z namysłem, teraz bardziej w stronę muzyki dronowej”.

OSA dba o dźwięk, który rezonuje w ciele za pośrednictwem soundsystemu Funktion-One, brzmiąc w kameralnym teatrze z pełną mocą. Dla mnie dbałość i dobór nagłośnienia to zdecydowany walor, czasem pomijany w biegu produkcji. Koncentracja na samych koncertach, przy rezygnacji z widocznych na innych festiwalach dyskusji, warsztatów czy instalacji, to również świadoma decyzja kuratorska: „W pierwszych edycjach było to przebodźcowane. Z roku na rok zacząłem drogą eliminacji wycinać, aby została sama esencja” – mówi Galuschka.

Piątek w trzech aktach

Amelie Duchow fot. Konrad Gustawski

Początek września, jesienna aura ze szczyptą lata. Deszczowy dzień w Trójmieście służy i wzmacnia wyczekiwanie. W line-upie dwóch dni przeżyć aż 4 z 7 pozycji to premiery w Polsce.

Po klasycznym otwarciu przez Galuschkę festiwal otwiera Amelie Duchow z projektem LOGOS MATTER. Artystka przyjechała do Trójmiasta nieco wcześniej. Podczas dwóch dni rezydencji w Gdańsku zaprosiła chętne osoby do nagrania krótkich wypowiedzi w Kolonii Artystów, aby eksplorować rytm i faktury języka polskiego. Nagrania głosów 12 osób trafiły w ręce Duchow, rozbudowując LOGOS MATTER: /ˈPƆL.SKA/. Projekt Duchow eksploruje uniwersalny język rezonansu, budując przestrzeń dźwiękową ponad podziałami geograficznymi. Sam występ był kompletnym spektaklem pełnym warstw, emocji i doznań – od przeszywających po poruszający całe ciało bas.

Duchow swoje muzyczne korzenie notuje na niemieckiej scenie klubowej lat 90. Przez lata wypracowała własne brzmienie, żonglujące gatunkami i każdorazowo eksplorujące sprzężenia oraz synchronizację z warstwami wizualnymi.

Sam występ był pełen głosów, mikrodźwięków oraz synchronizacji wizualnej narracji. Komponenty wizualne i świetlne sprzężone z dźwiękiem jakby domalowywały kolejne warstwy. Rytm i strzelające dźwięki zostały perfekcyjnie zsynchronizowane w zróżnicowaną i spójną opowieść o wielu odcinkach. Amelie jako dodatkowy element projektu trzyma na stole globus (jeszcze ze starą skalą kontynentalną), na którym dotykiem uruchamia sample i nagrania z poszczególnych rejonów nadesłanych materiałów. 

Rozpływające się słowa oraz potraktowanie języka i głosu jako materii zatarły czas. Hipnoza w narracji i warstwach – od ducha berlińskiego techno w rytmicznych kompozycjach aż po zniewalająco pulsujące, wręcz stroboskopowe słowa. Wykon, na którym nie musisz się martwić o skupienie czy wcześniejsze samopoczucie: wkraczasz, wymazując to, co było, i skupiając się na „teraz”. Zastanawiam się też, czy usłyszenie głosów po polsku to taka niszowa analogia do ekscytacji wywołanej rzuceniem przywitania w lokalnym języku przez dużych zagranicznych artystów na koncertach. Może to właśnie o te emocje chodzi – przywołujące lokalność i dedykację od osoby ze sceny, tylko w zupełnie innym wymiarze. Otwarcie z tych mocnych, które zapamięta się na długo.

Po Duchow – zmiana kierunku i tempa. Drugi koncert to duet Grand River i Abul Mogard: spotkanie pokoleń połączone w dźwiękową jedność. W duetach tego typu bywa różnie – czasem to dwie rzeki płynące po swojemu. W tym przypadku wyszło naturalnie, brzmiąc jak całość. Na OSA wykonywali In uno spazio immenso, wydany w nakładzie light-years Cateriny Barbieri w 2024 roku, album balansujący pomiędzy głośnością na poziomie szeptu aż po gęste faktury nakładających się warstw.

Koncert minimalistyczny pod kątem wizualnym: symetrycznie rozstawieni na scenie w ciemności, z delikatnym światłem wychodzącym zza pleców. Pokazali mistrzostwo i kunszt skupienia, koncentrując się na licznych syntezatorach, z dodatkiem gitary i głosu. Występ był podzielony na dwie części – obie bardzo filmowe, mimo okrojonych doznań wizualnych. Pierwszą wyobrażałam sobie jak psychologiczny horror, stopniowo budujący napięcie. I na tej części mogłoby się skończyć, co by pozostać w niedosycie. Drugi akt, spokojniejszy w konstrukcji fragment skojarzył mi się z dramatem, wchodzącym momentami w thriller.

Grand River przekłada notacje z jednej na drugą stronę, szukając światła do rozpisanych kompozycji. Kompozycje stopniowo rozwijają się, dudniąc w ciele i trzęsąc subtelnie podestem z krzesłami widowni. Mimo dronowości nie zabrakło momentów rytmicznych – od płynących warstw, po sekwencje rytmiczne. Spoglądam na boki, gdzie dodatkowo odbywa się teatr cieni, łapiący na skrajach ścian teatru sylwetki artysty i artystki w monstrualnie rozciągniętej skali. Muzyka monumentalna, rozciągająca się w sekwencjach długiego trwania – obie części jakby dążyły do rozkładu normalnego.

Murcof for. Konrad Gustawski

Ostatni z koncertów wieczoru to powrót legendy: Murcof, z wydanym po blisko dwóch dekadach przerwy długogrającym Twin Color. Sam określa to uniwersum jako minimalistyczną muzykę elektroniczną z wnętrza kosmosu. Pochodzący z Meksyku Fernando Corona tworzy od lat unikatowe w brzmieniu pejzaże dźwiękowe, służące niejednokrotnie za punkt startowy do eksploracji ambientu. Twin Color to nie tylko muzyka, ale współpraca audiowizualna (Simon Geilfus, Robert Hodgin, Motoplastic (David Normand)) inspirowana sci-fi z lat 80. w jej dystopijnych wersjach, rysuje opowieść wokół kolorów i kosmosu.

Ponownie wracamy do wizualnych doznań, które w tym przypadku stanowią absolutne centrum, prowadząc przez rozdziały z adnotacją tytułu kolejnego utworu. Muzycznie to nie tyle nostalgia, co realny wehikuł czasu do audiosfery lat 80. Gratka dla fanów tego okresu, pewnie dla wielu ojców osób siedzących na widowni, chociaż nie brakowało super-fanów z młodszych generacji. Dźwiękowo jest filmowo, z inspiracjami synthwave’em. Niektóre utwory dopełnia delikatny głos Aliny Corony, córki muzyka. Na ile materiał jest ironiczny, a na ile nostalgiczny – nie wiem. Przyznam, że byłam po stronie ironii i nieumiejętności odnalezienia się w materiale, który leży tak bardzo gdzie indziej niż to, co się z Murcofem wcześniej kojarzyło. Subiektywna percepcja nie odbiera jednak ukłonu do odwagi i konsekwencji. Koncert, który mi zdawał się najbardziej podzielić widownię – od zachwytu i wniknięcia w uniwersum po sceptycyzm i krytykę. Na ile percepcja fanowska wpływa na odbiór? Znacząco, czego doświadczę na własnej skórze drugiego dnia.

Cały dzień ułożono w trzech odległych od siebie aktach, zaaranżowanych z namysłem do świeżego odbioru ucha. Od mocnego startu i pobudzenia, przez podróżowanie w głąb siebie, aż po nostalgię – niektórym obcą, acz konsekwentną i kompletną.

Zagęszczenie i falowanie soboty

Canzonieri fot. Konrad Gustawski

Drugi dzień, bardzo nietypowo jak na OSA, otworzyli Canzonieri – multimedialny duet Emiliano Maggiego oraz Cosimo Damiano, łączący sztuki wizualne i dźwiękowe na pograniczu elektroakustyki, elektroniki i neofolku. Na scenie pojawiła się rekordowa liczba instrumentów: sprzęt elektroniczny, ukulele, fisharmonia, gitara, dzwonki i flety.

„Teatralność w teatrze” – to myśl, która dzwoniła w mojej głowie, tak jak stroje artystów wkraczających na scenę. Początek z wykorzystaniem nagłośnionego podestu tworzy wibracje okalające ciała widowni. Utwory różnią się tempem i warstwami, a oczy wciąż podążają za dramatycznym wizerunkiem duetu. Światła zmieniają się na jaśniejsze i dostrzec można wymalowane na niebiesko twarze. Występy Canzonieri są podobno site-specific – zastanawiam się, na ile ta niebieskość koresponduje z bliskością morza, a na ile wypływa z innego pomysłu. Głos Maggiego jest unikatowy, łatwy do zapamiętania, kojarzący się z legendarnymi wokalistami. Magiczne flety, przetworzenia i dodatki elektroniki – żywe instrumenty i jeszcze żywszy Maggi grają utwory, które są w zasadzie piosenkami. Pomiędzy nimi padają uniwersalne słowa, pełne wdzięczności: music saves us from the world. 

Duet bardów, którzy wpadli na chwilę do piekła, z koncertem piosenek, okazał się niespodziewanym bookingiem (choć szlak przetarł już festiwal Atonal, bliski wrażliwości OSA), który w unikatowy sposób otworzył drugi dzień. Koncert porwał i wprowadził w ich unikatowy dźwiękowo storytelling. Utwory inspirowane przeszłością i historią zyskały nową odsłonę, sklejając ze sobą to, co minione i przyszłe, w wyjątkowej wariacji.

KMRU fot. Konrad Gustawski

Po tym otwarciu na scenie pojawił się KMRU (Joseph Kamaru) – artysta znany z nagrań terenowych nakładanych na spokojne kompozycje, eksplorując muzyczne uniwersa, wchodzące w budowanie światów (nieco w opozycji do story-tellingowości). Na żywo wniósł jednak skrajnie inne uniwersum gęstego drone, które wprawia w medytację i balansuje na krawędzi doświadczeń. Element zaskoczenia, w kontekście do tego co można odnaleźć na wydawnictwach, zbudował natychmiastowe skupienie, ciekawość co wydarzy się za chwilę. Choć może jednak wszystko się tu zgrywa – album Kin, którego zgodnie z opisem należy słuchać głośno i powoli. Z kolei wydana przed występem kaseta KMRU wskazywała hałasem i tonami kierunek, w jakim może się udać. Po wytężonym eksplorowaniu granic następuje całkowita dekonstrukcja poprzez lekko odbijające się, cyfrowe dźwięki, odświeżające percepcje. W nieodgadniony sposób koncert mnie wzruszył i tu, nawiązując do dnia poprzedniego, wkracza pozycja fanowska, która wpływa na doświadczenie, percepcje. 

To był koncert z rodzaju: yay or nay. Moja fanowska postawa nie ułatwiła nabrania dystansu, a jednak czułam, że ten występ – podobnie jak Murcof poprzedniego dnia – podzieli odbiór. Ale czy nie o to właśnie chodzi, żeby doświadczać różnie i nie doprowadzać do sytuacji, w której wszystko podoba się każdemu? Nie wiem. Element zaskoczenia intensywnością wprowadził mnie w trans oraz chęć podążania za tym dźwiękowo prezentował KMRU.

Kolejny punkt programu to Rafael Anton Irisarri – wybitna postać muzyki ambientowej i eksperymentalnej, kompozytor i inżynier dźwięku. Tworzy w oparciu o przetwarzane brzmienie gitar, gęstość spektralną oraz immersyjne środowiska dźwiękowe. Jego tegoroczny solowy album, Points of Inaccessibility, powstał w trakcie rezydencji w dawnym ośrodku detencji chorujących psychicznie przestępców w Utrechcie, którego architektura stanowiła siłę kształtującą kompozycję.

Na scenie otrzymujemy klasyczne piękno ambientowo-dronowych form. Subtelne światło rozświetla muzyka w bardzo delikatny sposób. To kompozycje i dźwięki z rodzaju czysto pięknych – estetyczne, poruszające, rozmarzone, niczym urokliwy wschód słońca. Pełne rozpływanie się w warstwach i budowanych kształtach. Gitara i elektronika stanowią bazę do rozbudowanych struktur. Legenda spełnia oczekiwania, konsekwentnie budując świetny (a może wręcz święty?) dźwiękowy pejzaż. Rozciągnięcie i rozmarzenie warstw było podróżą przez dźwiękowe krajobrazy, jak przyjemny sen po burzliwym dniu. Zacnie kuratorsko ułożone ukojenie pomiędzy intensywnością KMRU a nadchodzącym po nim Aho Ssan’em.

Aho Ssan (Niamké Désiré), ostatnimi czasy występował zarówno w duecie z Resiną (EGO DEATH), jak i solowo, to postać z unikatowym brzmieniem. Wstęp był premierowym wykonaniem wokół najnowszego albumu The Sun Turned Black wydanego przez Subtext i Ici d’ailleurs. Mimo że spodziewałam się pełnego zgniecenia dźwiękiem, koncert cechował się dużym zróżnicowaniem. Nie zabrakło charakterystycznego brzmienia, a jednak występ należał do tych falujących, eksplorujących cichsze momenty – niczym zachodzące słońce (choć może raczej czarne w kontekście nazwy albumu), budujące napięcie do kolejnych fragmentów dźwiękowego uniwersum. Aho Ssan przebudował swój muzyczny świat, nie zapominając o swoim corze, wciąż fascynując, wciągając w warstwy malowane w niespodziewanych kierunkach.

I tak: zamiast oczekiwanego totalnego wgniecenia, zaskoczyły mnie subtelniejsze momenty oraz zróżnicowanie tempa i warstw. Trochę tak, jakby KMRU i Aho Ssan po wspólnym występie dzień wcześniej na innym festiwalu, zamienili się akcentami (choć to oczywiście mój własny dopisek i interpretacja, bo każdy z nich niezależnie tworzył występ na bazie własnych materiałów i ekspresji). Nie był to typowy Aho Ssan, lecz raczej twórca eksplorujący cichsze i subtelniejsze warstwy, mieszający je z klasycznym uderzeniem i budowaniem obrazów dźwiękowych. Wciąż – doskonały finał. Po zakończeniu Désiré otoczony gronem wcześniej słuchających, pokazywał tajniki i techniki tworzenia dźwięku. Symboliczne zakończenie spotkania i doświadczania. 

Brzmienie powidoku

Tegoroczna edycja OSA Festival eksplorowała wrażliwość eksperymentalną wokół drone i ambient. Mimo bliskości gatunkowej mariaż kształtów i warstw korespondujących ze sobą pozwolił uważnie wsłuchać się w subtelne różnice gęstej warstwy dźwięków, z kilkoma odskoczniami w niespodziewane rewiry. Przemyślane ułożenie koncertów – falujące pomiędzy wgnieceniem a spokojem – utworzyło mozaikę skupienia, ekscytacji i ukojenia. Decyzja o postawieniu przede wszystkim na doświadczone i rozpoznawalne postaci (poza Canzonieri, a dla niektórych, ku zaskoczeniu, również Duchow) była odważnym, rzadko spotykanym krokiem w tak kameralnej skali, wbrew większości festiwalowych trendów czy tendencji. Taka linia programowa przyciągnęła osoby fanowskie konkretnych artystów, które mogły odkryć więcej, na wyciągnięcie ręki, w atmosferze festiwalu sprzyjającej relacjom, obecności.

Każdy festiwal szuka i rewiduje własny głos i “swoich” artystów. Tegoroczna OSA to dla mnie spójność z przemyślanymi odstępstwami. W gęstości dźwięku i subtelnego światła występy wielowymiarowe – jak audiowizualne LOGOS MATTER czy teatralny duet Canzonieri – smakują po prostu inaczej, a co ważne: zostają w pamięci na dłużej. Wyraźnie zapisała się też rola ludzkiego głosu w tej edycji: czy to traktowanego jako składowa większego projektu u Duchow, czy dodającego warstw u Grand River, aż po piosenkowy wokal Canzonieri i nostalgiczny głos córki w utworach Murcofa.

Festiwal dał przestrzeń zarówno na oddech, jak i na zaparcie tchu przez dźwięk. Ta podróż przez różne światy, kształty i warstwy sprawiła, że wyczekuję w jaki rejon OSA uda się za rok, ciekawa smaku esencji 2027.







Jest nas ponad 16 000 na Facebooku:


Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecamy