Wpisz i kliknij enter

Marco Bailey – Impatient Heart

W gorączkowym tempie.

Jest jednym z weteranów europejskiej sceny klubowej. Zaczynał didżejować już pod koniec lat 80., pozwalając sobie na ekscentryczne sety, miksujące post-punkową elektronikę z wczesnym hip-hopem. Kiedy do Belgii dotarły brzmienia z Chicago i Detroit, z miejsca zafascynował się tymi dźwiękami. Jako producent zadebiutował w 1994 roku i początkowo tworzył ekstatyczny hard trance. Szybko jednak zwrócił się w stronę mocnego techno – i już na wydanym trzy lata później drugim albumie „Global Warning” zaserwował muzykę bliską temu, co grało się wtedy w Berlinie. To sprawiło, że nagrywał dla  najpopularniejszych wtedy w Niderlandach wytwórni – Bonzai czy Primate.

Z czasem Marco Bailey postanowił się usamodzielnić i powołał do życia własną tłocznię. I to właśnie nakładem MB Electronics opublikował w 2004 roku płytę „Rudeboy” (z pomysłową okładką, nawiązującą do „London Calling” The Clash), która wprowadziła  go do klubowej ekstraklasy. Zawdzięczał to złagodzeniu brzmienia na modłę modnego wtedy minimalowego tech-house’u. Dzięki temu zaczął grać nie tylko w europejskich klubach, ale też na festiwalach w rodzaju Awakenings, Tomorrowland czy Nature One. Z czasem pseudonim belgijskiego producenta stał się synonimem funkcjonalnego big room techno – i potwierdza to teraz jedenasty album w jego karierze.

Na „Impatient Heart” składa się aż piętnaście nagrań, które powstało w ciągu dwóch ostatnich lat życia Baileya. W tym czasie był on ciągle w ruchu, w każdy weekend przemierzając świat ze swymi didżejskimi setami. Nic więc dziwnego, że najwięcej tu gorączkowego techno, opartego na szybkim rytmie i podrasowanego trance’owymi arpeggiami („Organic Pulse Theory”). To naturalne echo dawnych dokonań twórcy sprzed trzech dekad, ale też czytelne nawiązanie do wydawnictw klubowych gwiazd w rodzaju Ellen Allien („Solace”). Belg  sięgał też kiedyś po tribal – i echem tego jest tutaj podrasowany na funkową nutę hardgroove („After The Fog”).

Sprawnie odwołuje się Bailey również do innych estetyk z połowy lat 90. „Check Point” przypomina ogniste killery o acidowych loopach rodem z dyskografii Thomasa P. Heckmana, a w „Night Transmission” rezonują falujące blachy, znane z płyt wydawanych wtedy przez Tresor. Za sprawą „Pulse Of Harmony” dostajemy minimalowego killera, którego nie powstydziłby się sam Robert Hood. Echa bardziej nastrojowej i melodyjnej muzyki w stylu Detroit rozbrzmiewają z kolei w „Vanta”, który mógłby z powodzeniem znaleźć się w dorobku Arila Brikhy.

Nie brak tu także utworów wymodelowanych na dubową modłę. W „Deep Current” czy „Cellular Rhythm” dostajemy mocne techno, ale wypełnione równo ciętymi akordami o skorodowanym tonie. Jeszcze bliżej muzyki z wytwórni Chain Raiction lokuje się masywny i niespieszny „Drifted”, który pokazuje, że Bailey ma lekką rękę do tego rodzaju rytmów. Blisko stąd do techno osadzonego na ciężkich i zwalistych breakach. Tak dzieje się w „Different Code” i „Youth Distortion”, gdzie połamane rytmy nurzają się w industrialnej elektronice na modłę Lucy’ego czy Tommy’ego Four Seven.

„Impatient Heart” to mamuci zestaw, który trudno skonsumować za jednym zamachem. Holenderski producent oczywiście dwoi się i troi, aby uczynić ten album urozmaiconym i różnorodnym – i trzeba te starania docenić. Dostajemy bowiem ogniste techno, ale podawane na różne sposoby. Najlepiej oczywiście odbierać te nagrania w klubie. Didżeje specjalizujący się w tego typu graniu będę mieli z nich duży pożytek, dobierając je sobie w zależności od nastroju czy momentu setu. Nie ma tu zbędnego eksperymentowania, prawie wszystkie utwory wybrzmią więc bez zarzutu zarówno w modnych klubach, jak i na dużych festiwalach.

Materia 2026

www.marcobailey.com

www.facebook.com/officialmarcobailey

www.facebook.com/pg/materiaevents







Jest nas ponad 16 000 na Facebooku:


Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecamy