Wygrywa celebracja życia.
26 marca 2001 roku wydany został debiutancki krążek grupy Gorillaz. Pod maską animowanego zespołu skryło się pokaźne grono muzyków dowodzonych przez Damona Albarna. Muzyka, ale także koncept Jamie`go Hewletta, była świeżym powiewem z seryjnie produkowanymi hitami. Przez te lata pod szyldem Gorillaz przewinął się prawdziwy tabun muzyków, wokalistek, wokalistów, a nawet aktorów. Każdy zostawił swój ślad. O jednych nie zapomnimy nigdy, a niektóre występy zapomnienia wymagają. Jedno się nie zmieniło: Gorillaz jest karawaną kierowaną przez Albarna realizującego najdziksze muzyczne pomysły. Kto wie, może Albarn jest ostatnim tak wszechstronnym muzykiem, który nam pozostał.
Wróćmy do roku 2026. Roku, w którym natrafić można na muzykę tworzoną przez AI. Roku, w którym muzyka nie posiada już społecznego oddźwięku jak dwadzieścia pięć lat temu. Roku, w którym o autorską muzykę upomina się garstka zapaleńców, niż spragnione jej masy. I właśnie w tym roku pojawia się „The Mountain”, dziewiąty krążek wirtualnej grupy, na którym Albarn w szerokim towarzystwie ponownie próbuje zarazić nas swoją wiarą w muzykę.
Tytuł został zapisany w języku dewanagari używanym w Indiach. I ta ucieczka od europejsko-amerykańskiego nurtu kulturowego wyraźnie obecna jest na płycie. Choć lepiej byłoby napisać, że zachodnia muzyka zrobiła miejsce indyjskiej, co wpisuje się w szersze zmiany na rynku muzycznym skutecznie podbijanym przez koreańskie czy latynoskie wpływy (Bad Bunny był obecny na poprzedniej płycie Gorillaz). Najbardziej liczą się piosenki. Te na „The Mountain” są różnorodne, uniknęły nazbyt dużej optymalizacji dźwiękowej czy w końcu nie zostały sformatowane pod playlisty.

Aura albumu jest pogodna, ale treść dotyczy śmierci, a konkretnie zaakceptowania jej w miejsce strachu przed nią. Kronikarski obowiązek każe przywołać na marginesie solowy krążek Anglika „The Nearer the Fountain, More Pure the Stream Flows”. Muzyka wykracza poza ramy jednego gatunku. Wiodącą rolę w tym procesie należy przypisać dużej liczbie gości, którzy brzmią jak zgrany zespół. Nie znalazłem tu żadnego występu podważającego autentyczność całego przedsięwzięcia. Drugą istotną siłą płyty są niuanse, małe detale, ryzyka twórcze, w sumie windujące płytę bardzo wysoko. Trzeba było mieć nie tylko pomysł, ale i spryt by w jednym utworze zestawić ze sobą 91-letnią królową bollywoodzkiej piosenki Ashę Bhosle z Gruffem Rhysem.
W ogóle łączenie różnych światów wypada tu okazale. W środku krążka trafiamy na potężny „The Manifesto”. Rap zawsze był obecny w muzyce Gorillaz. Tutaj mamy dwóch raperów, ale uwagę kradnie zdecydowanie pochodzący z Argentyny Trueno. Sam utwór składający się z trzech części jest najbardziej epicki z zestawu. Ile dają proste środki przekonujemy się w „Orange Country”, gdzie Albarnowi na wokalu towarzyszy Kara Jackson (oraz Anoushka Shankar i argentyński DJ Bizarrap). Duet Albarn – Jackson uzupełnia się doskonale, aż prosi się o to, aby ta współpraca na jednym utworze się nie zakończyła. Ten utwór łączy się z poprzedzającym „The Hardest Thing”, w którym pośmiertnie słyszymy Tony`ego Allena.
Zresztą zmarłych na tej płycie też jest sporo. W otwierającym utworze słyszymy aktora Dennisa Hoppera, a ukrytą perełką jest „Delirium” z głosem Marka E. Smitha (można wspomnieć także jego pojawienie się na „Plastic Beach”).
Nie każdy utwór jest doskonały. Trafiają się czasami nieco przekombinowane („The God of Lying” z Idles), nieco rozwodnione („Casablanca”), czy nazbyt oczywiste („The Happy Dictator” ze Sparks). Choć temu ostatniemu chwytliwości nie odmówię. Natomiast z wielką radością słuchałem występów rapera Black Thoughta, szczególnie w kończącym „The Sad God” utrzymanym w rytmie walca. Nie da się przeoczyć prostego faktu, że za pomocą wspólnotowości następuje ucieczka od ponurego nastroju. Choć elegie dla zmarłych przyjaciół i bliskich są, to jednak wygrywa celebracja życia za oręż mająca sitar, radosne zaśpiewy i synthpopowe rytmy. Bezwzględnie słuchać w całości.
Kong | 2026
Bandcamp: https://gorillaz.bandcamp.com/album/the-mountain
FB Gorillaz: https://www.facebook.com/Gorillaz


Pięknie napisane. Bardzo dobra płyta. Gorillaz było obecne w moim życiu od początku, ale tak raczej singlowo. Jedyną płytą, którą znałem w całości i lubiłem było Demon Days. I dopiero teraz tak jakoś mi się zachciało kupić ten nowy album i odsłuchać go przede wszystkim z winyla, a nie ze streamingu. Bardzo przyjemna to dla mnie płyta, a Damon jest boski.