The Chemical Brothers – No Geography
Jarek Szczęsny:

Wszystkie znane chwyty.

Kucz/Bilińska – Kucz/Bilińska
Jarek Szczęsny:

To nie jest płyta na dzisiejsze czasy.

Logos – Imperial Flood
Paweł Gzyl:

Sielski krajobraz wschodniej Anglii przełożony na awangardowy grime.

Alberich – Quantized Angel
Paweł Gzyl:

Suma wszystkich przemian.

Amnesia Scanner And Bill Kouligas – Lexachast
Jarek Szczęsny:

Taniec z kaktusem.

HVL – Rhythmic Sonatas
Paweł Gzyl:

Jak to się robi w Gruzji.

Marek Kamiński – Not Here
Łukasz Komła:

Patrzeć w gwiazdy leżąc wśród nich.

These New Puritans – Inside The Rose
Maciej Kaczmarski:

Na wzburzonym morzu.

Christian Löffler – Graal (Prologue)
Paweł Gzyl:

Popowo i trance’owo.

Ifriqiyya Electrique – Laylet el Booree
Łukasz Komła:

Jeszcze więcej krwi, potu i transu!

Tommy Four Seven – Veer
Paweł Gzyl:

Brytyjski mocarz powraca wreszcie z nowym albumem.

Stefan Goldmann – Tacit Script
Paweł Gzyl:

Konceptualna awangarda wywiedziona z techno i house’u.

DJ Spider – Democide
Paweł Gzyl:

Ucieczka z Nowego Jorku.

Sonmi451 – Nachtmuziek
Ania Pietrzak:

„Nie przeszkadzać”.



Hall & Oates

Niniejszym spróbuję tu Państwu wyjaśnić mój zachwyt dla pewnego duetu z lat 80.

Właściwie to sam mam problem – przecież my wszyscy żyjemy w dobie gdzie muzyka wrzuciła jakiś 7-8 bieg, nowości/newsów/recenzji jest niezliczona ilość, wystarczy kilka kliknięć – i voila! Słuchamy jakichś powykręcanych zespołów z końców świata, bo internet zawstydza mile morskie i kilometry… A ja, od kilku miesięcy, jestem kompletnie zafiksowany na zespół, który mimo że ciągle koncertuje, lata świetności ma za sobą. I niby nic, bo jest wiele podobnych z popowego frontu lat 70/80.

Mistrzowski moment: 3:34

Skrzynka na listy

W 1972 roku w Polsce (Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej) zaczęto budowę Huty Katowice, do Gierka przyleciał Nixon, potem Tito, ponadto kupiono licencję na Coca-Colę, a Orły Górskiego wróciły z medalem olimpijskim – złotym – z Monachium. Ciekawe czasy, a jednak w kraju za oceanem – o którym wielu naszych rodaków marzyło – Daryl Hall i John Oates nagrywali swój pierwszy album. Byli kumplami, razem próbowali coś tam grać. Kilka lat wcześniej zamieszkali razem, a gdy się przeprowadzali, na skrzynce napisali po prostu Hall & Oates. No i się przyjęło, mimo że płyty sygnują swoimi pełnymi imionami i nazwiskami. Panowie pochodzą z Pensylwanii. Legendą obrósł jeden filadelfijski koncert młodych, lokalnych zespołów. Grali osobno – każdy z nich miał inny zespół. Koncert był tak wystrzałowy, że skończył się strzelaniną między lokalnymi gangami. Hall & Oates schowali się wspólnie w windzie – od tej pory zaczęli częściej się kontaktować. Okazało się, że słuchają tej samej muzyki i wylądowali na tym samym uniwersytecie. A potem wiadomo – skrzynka, potem kasa, która przyszła razem ze sławą. I niezliczona ilość albumów, singli, kompilacji. Przebiły się i zachwyciły, mimo że boom na kolorowy pop był ogromny.

Trzy euro

Dokładnie tyle potrzeba było, żeby duet pop-rockowy zawstydził elektroniczne klasyki i nowe, modne albumy nowomuzyczne, a wręcz zepchnął je w niebyt. To cena używanej płyty, na niewielkim pchli targu pod tytułem „Hall & Oates. The Singles”. I to ona sprawiła, że to co znałem wcześniej i gdzieś nuciłem – pchnęło mnie na długo w ich objęcia. Bo kto nie zna „Out of Touch” – na przykład? Ich zespół jest wybitnie radio-friendly – śmiem zaryzykować, że przynajmniej raz dziennie jest grany w polskiej stacji.

Najpierw był Mike Oldfield, ale cover Hall & Oates zrobił z tej kompozycji przebój. Bardzo k(l)asowy.

Ale przypinanie im popowej łatki lekkostrawnych ejtisów – to uproszczenie. Wgłębiając się w ich dyskografię – zauważyłem kilka prawidłowości. Słowa są lekkie jak i muzyka: ale jest to wyjątkowo dobrze skomponowany i wyprodukowany pop. Każda piosenka ma wiele złożoności, wielobarwnych chórków, syntezatorowych wstawek, wielopiętrowych czy naturalne instrumenty – gitary, bębny, klasowe bassline’y. Zaraża chwytliwością, a kto ciekawy i lubi muzykę – może tak jak ja – godzinami analizować utwór po utworze, widząc że każda kompozycja to przekładaniec warstw muzycznych. A oni swobodnie skaczą między balladami, utworami tanecznymi czy coverami.

Los Santos Non Stop FM Radio

„To nasi idole” – powiedziało kiedyś Chromeo. A takich jak oni – współcześnie grających jest więcej, ale wpatrzonych w przeszłość. Coś genialnego kryje się w ich kompozycjach. Doceniają to nawet dzieciaki zakorzenione przy PC-tach i konsolach.

Gdy Rockstar Games wypuszczało kolejne serie giera GTA – konsekwentnie budowało świetne ścieżki dźwiękowe do gry. A jakże – z Hall & Oates w tle. Vice City, Vice City Stories, Lost & Damned – i najnowsza: GTA V. Mimo, że w tych grach się głównie łamie prawo i rozwala głowy konkurentom, masa ludzi spontanicznie w internecie wspomina chwile słuchając ich przy dość kontrowersyjnym gameplayu.



Komentarze z YT:

„I miss the times when I used to play Vice City….”

„completed it again today 21/03/2015, game and song NEVER gets old”

„I have got this song in my cars radio playlist. all time favorite.”

I co tu dłużej pisać… Panowie trochę się zmienili. Ich nienaganne stylówy, wąsy czy długie pukle posiwiały. Może też jakiś botoks się przyplątał. Gdzieś koncertują, głównie po Stanach. Daryl Hall ma program w TV, a świat o nich pamięta – nie ma rankingu traktującego o latach 70/80, czy pop-rocku bez nich. I z reguły są bardzo wysoko. Wyprzedali przecież miliony płyt, wiele razy w swojej bogatej karierze nie schodzili ze szczytów list przebojów czy sprzedaży albumów. Jeden z filozofów powiedział kiedyś – lata 80., to była wielka apoteoza życia, kicz, kolory, radość, beztroska, co można teoretycznie jakoś tłumaczyć, ale lepiej to po prostu poczuć i żałować, że urodziło się za późno. Pewnie słuchał Hall & Oates…

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.