Polynation – Igneous
Mateusz Piżyński:

Debiutanci z Holandii.

ASUNA & Jan Jelinek – Signals Bulletin
Jarek Szczęsny:

Jest przyjemnie.

Synkro – Images
Paweł Gzyl:

Breakbeatowy ambient w pełnej glorii.

Holly Herndon – PROTO
Jarek Szczęsny:

Genetyczna DJ`ka.

Jonas Kopp – Non Virtual Reality
Paweł Gzyl:

Industrial i drony w służbie ambientu.

Ikarus – Mosaismic
Łukasz Komła:

Wielopoziomowa ekspresja.   

Qasim Naqvi – Teenages
Jarek Szczęsny:

Subtelny, oszczędny i dziwny.

Varg – Sky City Part 1 & 2
Paweł Gzyl:

Powrót syna marnotrawnego.

Samuel Kerridge & Taylor Burch – The Other
Paweł Gzyl:

Nowe oblicze muzyki brytyjskiego producenta.

Vsitor – Keep On Running
Łukasz Komła:

Rozdrapywanie aksamitu.

Paula Temple – Edge Of Everything
Paweł Gzyl:

Techno-huragan.

Little Simz – GREY Area
Jarek Szczęsny:

Istotnie, miażdży.

Watergate 26 – Mixed By WhoMadeWho
Paweł Gzyl:

Powoli i bez pośpiechu.

Michał Turowski – Wormwood And Flame
Jarek Szczęsny:

Witajcie w Prypeci.



The Chemical Brothers – No Geography

Wszystkie znane chwyty.

W pisaniu recenzji najnowszego krążka The Chemical Brothers najłatwiejszą rzeczą jest pomijanie dłuższego wprowadzenia oraz opisywania kim są członkowie zespołu, jakie są dokonania i ważne płyty lub utwory. Dość powiedzieć, że w latach dziewięćdziesiątych nasprzedawali tyle płyt i byli grani dosłownie wszędzie i przez wszystkich, że każdy musiał się natknąć na nich i wyrobić sobie opinię na ich temat. Osobiście należę do zwolenników zespołu, ale raczej ich starszych dokonań i z nieukrywaną ochotą wracam do pierwszych trzech płyt. Zrobili wokół siebie spore zamieszanie i zapuszczali się na tereny związane nie tylko z muzyką elektroniczną. Tom Rowlands i Ed Simons wypracowali własną formułę i trzymają się jej konsekwentnie.

Tak samo jest na wydanym w tym roku „No Geography”. Przede wszystkim jest tu mniej popowych wycieczek niż na poprzednich albumach. Dodatkowo zredukowana została liczba gości do dwojga: norweskiej piosenkarki Aurory i japońskiego rapera Nene. Zespół wrócił do brzmień z początku kariery. Ze swojej torby wyjęli wszystkie znane chwyty i próbują stworzyć z nich nową jakość. Z pewnością początek można zaliczyć do udanych. „Eve of Destruction” od razu bombarduje szaleńczą rytmiką i zapewne idealnie odegra swoja rolę jako parkietowy pewniak. Pulsujący bas, rozpływające się wokale, wolniejsza środkowa partia i kilka wybuchowych wstawek stanowią o klasie braci.

Turbodoładowanie płynnie przechodzi na jeszcze lepszy „Bango”. Ten utwór naprawdę błyszczy. Lecimy dalej i wpadamy w „No Geography”, który zmienia nieco temperaturę płyty i równocześnie nadaje jej wydźwięk bardziej socjologiczny. Zawiera w sobie przesłanie o końcu podziałów geograficznych. Powiedzmy, że jest to skonstruowane w ten sposób, aby przeciętny zjadacz chleba mógł zaznać lekkiego uczucia psychodelii. Do tego dochodzi wymowna okładka z lufą czołgu na pierwszym planie. Dobrą część płyty zamyka singlowy „Got To Keep On”. Ciągle pozostajemy w sferze wpływów muzyki disco, ale nie tak dobrze podanej jak to zrobili Daft Punk. Dalej jest już tylko gorzej, niestety.

„Gravity Drops” jest zwyczajnie nudne, a „The Universe Sent Me” uznać można w najlepszym razie jako pomyłkę przy pracy. „Free Yourself” poraża schematycznością. Chemical Brothers nie mieli pomysłu na wolniejszą część płyty. Utopili ją więc w znanych patentach, błyszczących syntezatorach i wskoczyli na grzbiet nostalgii. W końcówce można jeszcze pochwalić „MAH”, ale tylko dlatego, że brak pomysłów nadrabia tempem. „No Geography” w rezultacie nie jest katastrofą, ale nie jest też czymś co zostanie w pamięci na dłużej. Jak dla mnie jest również zbyt przewidywalna i oparta na tym co doskonale znane i nagrane wcześniej. Obiektywnie: to album średni. Subiektywnie: „pretty fuckin` far from OK”.

Virgin EMI | 2019
FB
Strona oficjalna
Spotify

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 6

  1. jupiter

    @tosca Boże, co za schizofrenia. w jedym poście stwierdzasz, że „Come With Us” Cię rozczarowało „jak nic”, a potem piszesz, że „chyba” najczęściej słuchasz tej płyty. To podoba Ci się czy jednak nie? Trochę konsekwencji. Ja nie uważam, żeby byłaby to ich najlepsza płyta, ale jest sentymentalnie i miło, i na pewnym etapie znajomości zespołu uważam, że jest to nawet zaleta. Wcale bym się nie obraził, gdyby Air nagrał jeszcze raz „Moon Safari” 🙂

    • tosca

      @jupiter Rozczarowała mnie po trzech dobrych płytach, ale ma kilka dobrych kawałków. Co tu jest niezrozumiałe?

  2. tosca

    Jak zakończyć utwór, który w założeniu ma być przebojem – łopatologicznie: z przytupem, nawalić efektów, filtrów, podkręcić głośność! W efekcie wszystko świszczy, gwiżdże i… nic z tego nie wynika.
    Kiedy już się zdawało, że nic tak nie rozczaruje, jak „Come With Us” po trzech udanych albumach, „No Geography” jest nie lada zaskoczeniem. Bo jak można dać się zaskoczyć taką padaczką po dwóch poprzednich słabiakach? Wystarczy pokładać nadzieję, że na płycie będzie lepiej niż na promujących ją singlach.
    Ok, o „Come With Us” przynajmniej można powiedzieć, że jest kompilacją czasem ciekawych odrzutów. Ten album, mimo że dość spójny, niczym nie zatrzymuje na dłużej. Ot, takie drugie „Further” – syntetyczna, hałaśliwa psychodelia dla… no właśnie: dla kogo?

    Ciekawostka: zdjęcie na okładce pochodzi z albumu Lol Creme / Kevin Godley „Consequences”.

    • Jarek Szczęsny

      Zasadniczo zgadzam się z tym co powyżej.

    • Seifu

      „Come With Us” słabym albumem? Dobry żart. Come With Us, Star Guitar, Denmark, Hoops, My Elastic Eye, The State We’re In, The Test – naprawdę uważasz, że to są słabe utwory? To jest jedna z lepszych płyt w karierze The Chemical Brothers i nawet nie ma co z tym dyskutować.

      • tosca

        Jest niespójną kompilacją kawałków z różnych bajek. Jest tu próba zbudowania klimatu przez kolejność utworów, ale to tylko kopia z poprzednich płyt. „It Began In Afrika”, „Galaxy Bounce” i „Hoops” są najlepszymi kawałkami, a album sprawia wrażenie, jakby miał się zakończyć na „Pioneer Skies”. „The Test” mimo, że genialny, nie powinien znaleźć się na tej płycie.
        Paradoksalnie to jest płyta Chemicalsów, której słucham chyba najczęściej, ale nie delektuję się całością, a pojedynczymi utworami.