Matthew Herbert – człowiek-instytucja, przez ostatnich 10 lat jeden z najaktywniejszych muzyków nowobrzmieniowych. Jego genialne wyczucie materii dźwiękowej pozwoliło mu na realizację bardzo różnych projektów, stylistycznie często leżących na różnych krańcach. A jednak niezależnie od tego czy zabierał się za elektroniczne eksperymenty („Mechanism of destruction”, „Plat da jour”), wysubtelniał houseowy beat na 4/4 („Around the house”, „Bodily functions”) czy tworzył część jazzowego big bandu (Matthew Herbert Big Band) – zawsze odnosił sukces artystyczny. Matthew Herbert, 07.06.2006, Warszawa, Fabryka Trzciny
Matthew Herbert – człowiek-instytucja, przez ostatnich 10 lat jeden z najaktywniejszych muzyków nowobrzmieniowych. Jego genialne wyczucie materii dźwiękowej pozwoliło mu na realizację bardzo różnych projektów, stylistycznie często leżących na różnych krańcach. A jednak niezależnie od tego czy zabierał się za elektroniczne eksperymenty („Mechanism of destruction”, „Plat da jour”), wysubtelniał houseowy beat na 4/4 („Around the house”, „Bodily functions”) czy tworzył część jazzowego big bandu (Matthew Herbert Big Band) – zawsze odnosił sukces artystyczny. Mało tego – w każdym z tych projektów słychać było jego rękę, jakiś pierwiastek, który zespalał wszystkie jego poczynania muzyczne i pozwalał w łatwy sposób odgadnąć autora.
Podobnie jest z najnowszą płytą – Matthew połączył tu swoje stare i nowe inspiracje i stworzył materiał będący przekrojem przez swoją bogatą twórczość- znajdziemy tu chwytliwość melodyczną, filmowość big bandu, elektroniczny beat i ciut eksperymentów brzmieniowych. Cóż, nietrudno się domyślić że taki eklektyczny materiał mógłby zrobić wielkie wrażenie na żywo. Okazja nadarzyła się bardzo szybko, bo już w tydzień po premierze „Scale” Herbert zawitał do Polski na dwa koncerty – do Warszawy i Poznania. Razem z nim przyjechało ośmiu muzyków, wśród których zabrakło niestety Dani Siciliano.
![]() | ||
Oj, piekielnie trudne zadanie stanęło przed Valerie Etienne (znanej ze współpracy z Frederikiem Galliano), która miała zastąpić życiową partnerkę Matthew, bo w styl Herberta po prostu wpisany jest aksamitny, płynący i prześlizgujący się po dźwiękach głos Dani. Ale oczywiście nie tylko przed nią stanęło spore wyzwanie – w końcu żeby bogata instrumentalnie muzyka, znana z płyt, mogła zadziałać na żywo, potrzebny jest zgrany skład doświadczonych instrumentalistów, którzy będą w stanie oddać wypracowane w studiu smaczki.
Na szczęście wszystko zadziałało jak należy i otrzymaliśmy solidną porcję wiosennych, relaksujących, ale i pełnych energii, dźwięków. Dziewięcioosobowy skład pod czujnym okiem Brytyjczyka odegrał wprawdzie materiał tylko z najnowszej płyty, ale zrobił to w imponującym stylu. Znalazło się miejsce zarówno na uporządkowane, żywcem przeniesione z płyty, partie wokalno-instrumentalne, jak i elektroniczne eksperymenty, traktujące te partie jako punkt wyjścia do zabaw z użyciem delayów, filtrów czy samplerów frazy. Herbert miał do dyspozycji spory zestaw różnych procesorów, kontrolerów, klawisze i mikser, zatem mogę się domyślać że jego rola nie ograniczała się tylko do operowania elektroniką i w jakimś stopniu wystąpił także w roli reżysera dźwięku.
![]() | ||
Przynajmniej kilka jego zabiegów zaparło mi dech w piersiach i wywołało spory uśmiech radości. Choćby początek „Those feelings”, gdzie złapał wokal Neila Thomasa i poprzez nagłe cięcia dźwięku na delayu stworzył frazę melodyczno-rytmiczną, o wyraźnie zaznaczonych klikowych akcentach. Niby nic trudnego, ale jednak należy docenić ogromne wysmakowanie tego zabiegu – przez dalszą część utworu ten motyw przewijał się gdzieś w tle i dodawał do głównych partii powietrza i świeżości.
Takich zabiegów było jeszcze całe mnóstwo – Matthew szczególnie upodobał sobie łapanie krótkich fragmentów wokali i rozprowadzaniu ich po różnych efektach – rezultaty, w zależności od stopnia skomlikowania łańcucha i siły działania owych efektów, miały bardzo różny charakter – od ledwo słyszalnych subtelności do mocnych przesterów rezonującego filtra, wywołujących spory hałas i zagłuszających inne instrumenty.
![]() | ||
Słychać było że mamy przed sobą prawdziwego weterana elektroniki, dla którego nowebrzmienia nie kryją żadnych tajemnic. Zresztą nie tylko nowe brzmienia. Lekcje z big bandu też zostały odrobione na piątkę, co potwierdziła wzorowa współpraca z resztą muzyków.
No właśnie – nie było wątpliwości że sidemanów Herbert dobrał solidnych – wszystko w punkt, zagrane z lekkością, czy to klawisz czy trąbka czy perkusja – słychać było powiew zawodowstwa. Jedyny minus to źle nagłośniony bas, który w wielu miejscach był mało czytelny, rozmazany. Być może to wina akustyki sali albo słabiej tego dnia dysponowanych nagłośnieniowców. Nie przeszkodziło to jednak w rytmicznym bujaniu się do takich parkietowo zorientowanych perełek jak „Moving like a train” czy „Harmonise”. Przypomniały mi się zeszłoroczne występy Roisin Murphy, ale w odróżnieniu od byłej wokalistki Moloko i jej interpretacji materiału z „Ruby Blue”, forma w jakiej zostały odegrane utwory ze „Scale” w pełni mi odpowiadała. A przynajmniej nie odniosłem wrażenia siłowania się z materią dźwiękową poprzez próby wtłoczenia kameralnych utworów z rozmach rock opery 😉
![]() | ||
Na koniec jeszcze drobna refleksja na temat wokali – oczywiście Valerie nie miała szans podrobić Dani, jako że dysponuje zupełnie inną barwą. Zaśpiewała po swojemu, zmieniając nawet część głównych linii melodycznych (choćby w „Moving like a train”) i za to należą się jej duże brawa. Oczywiście nie zmienia to faktu że wolałbym usłyszeć głos mrs Siciliano, który jest absolutnie niedościgniony we współpracy z muzyką Herberta. Z jednej strony szkoda, ale z drugiej nie żałuję ani minuty z tego ponadgodzinnego występu, zresztą podobnie jak i chyba większość publiczności, która zawitała do Fabryki Trzciny – wypełniona po brzegi sala i dwukrotne entuzjastyczne nawoływania do bisów, świadczyły o tym że koncert miał się udać i się udał. Dla mnie najlepsza sztuka jaką w tym roku widziałem.






upierdliwy, ale w koncu doszlo do tego, ze mam racje. na oficjalnej stronie sudio !k7 jest jednak moving like a train, aco! 🙂
Recka jak zawsze wciągająca, a mr. er jest najzwyczajniej w świecie upierdliwy i nie dał się wciągnąć, jego pech 😉
Koncertu tylko pozazdrościć.
Herberta osobiście nie poznałem, więc jego życie osobiste nie jest mi dokładnie znane ;), ale z tego co słyszałem (z dość wiarygodnych źródeł) – po nagraniu płyty postanowili rozejść się.
zwracam honor, błąd drugi należy do mnie. sorry.
eh, artykuł zawiera liczne błędy. jeżeli autor chociaż lepiej poznał herberta, to wiedziałby, że z siciliano jest nadal razem i wiedzie im się całkiem dobrze, a to że nie było jej na koncertach, to tylko i wyłącznie pomysł studio !k7. poza tym utwór nazywa sie moving like a train a nie moving like a rain.. i nie, nie jest to literówka, bo błąd już się powtórzył.