Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.

9t Antiope – Grimace
Jarek Szczęsny:

Mikrus.

Malin Genie – Anthropomorphic Sympathy
Paweł Gzyl:

Stylowe electro i IDM w duchu lat 90.

Telefon Tel Aviv – Dreams Are Not Enough
Mateusz Piżyński:

Gdy w Tel Avivie zgaśnie światło…

Philipp Gorbachev – Kolokol
Paweł Gzyl:

Prawosławie i elektronika.

BNNT is Jerusalem in My Heart – Multiversion #4
Jarek Szczęsny:

Część czwarta.

rRoxymore – Face To Phase
Paweł Gzyl:

Introwertyczne bity.

The Big YES! – The Big YES!
Łukasz Komła:

Free jazzowy wybuch!

HTRK – Venus In Leo
Maciej Kaczmarski:

Miłość w czasach zarazy.

Matthias Schaffhauser – Hedonism, What Else
Paweł Gzyl:

Muzyka jako przyjemność.

Manu Delago – Circadian
Jarek Szczęsny:

Cykle snu.

Various Artists – Total 19
Paweł Gzyl:

Witamy jesień z Kompaktem.

Alessandro Cortini – Volume Massimo
Jarek Szczęsny:

Wyłapywanie wadliwych elementów.



Dwie noce w Berlinie

Środa, 25 listopada, klub Astra. Moderat z supportem Ovala i Scion (pierwotnie Telefon Tel Aviv, niestety w ostatniej chwili Josh Eustis odwołał występ). Tak, ten Moderat, z tym Ovalem i tym Scion. Dwadzieścia cztery godziny później, klub Lido. Impreza pod szyldem „Intro Intim” w składzie: The Field, Circlesquare i White Rabbits. Takie rzeczy tylko w Berlinie. Dla autochtonów to zapewne chleb powszedni, ale dla mnie Berlin stanowi miasto magiczne, symboliczne i jedno z ulubionych miejsc na świecie.

Berlin jest dokładnie taki, jak się o nim pisze i mówi. Wpływowy, przyjazny, kolorowy, zróżnicowany, piękny. Człowiek czuje się w nim jak u siebie bez względu na to, skąd przybył, kulturalnie popijając piwo i śpiewając na ulicy o trzeciej rano. Miasto sprawia wrażenie, jak gdyby po niemal 40 latach podziału łapczywie zachłysnęło się wolnością, nawet dwie dekady po upadku muru (pomalowane fragmenty tegoż ostały się nad Sprewą tuż naprzeciwko dworca Ostbahnhof i areny O^2 World, warto zobaczyć).

Dla autochtonów to zapewne chleb powszedni, ale dla mnie Berlin stanowi miasto magiczne, symboliczne i jedno z ulubionych miejsc na świecie. To tu po raz pierwszy zapaliłem papierosa na szkolnej wycieczce, tu byłem na najlepszych w życiu koncertach: DJ Shadow, David Bowie, Clark, Amon Tobin, Bauhaus, Venetian Snares. Zaledwie miesiąc po Massive Attack w Tempodromie na horyzoncie ukazały się dwie listopadowe noce, które okazały się wystarczającym pretekstem, by ponownie odwiedzić Berlin.

Środa: Astra

Intensywne beaty, rozprzestrzeniająca się po całej sali rewerberacja, słodki zapach marihuany oraz gęsta jak kisiel atmosfera

Klub Astra jest częścią post-industrialnego kompleksu RAW Tempel, położonego nieopodal północnych brzegów Sprewy. Pomieszczenia zaadaptowane na lokal – surowe i oszczędne. Pomimo środka tygodnia, dookoła mnóstwo ludzi. Zajęci podziwianiem okolicy i degustacją lokalnych płynów, zwlekaliśmy z wejściem do środka, w rezultacie przegapiając Ovala. Za to w drzwiach przywitał nas początek seta Scion. Peter Kuschnereit (Substance) i René Löwe (Vainqueur) niewiele zmienili się od czasów, gdy tworzyli dla legendarnej oficyny Chain Reaction. Nadal grają swój szorstki techdub, w którym industrialne opiłki mieszają się z jamajską mgłą.

Intensywne beaty, rozprzestrzeniająca się po całej sali rewerberacja, słodki zapach marihuany oraz gęsta jak kisiel atmosfera – to wszystko wprawiło moje ciało w przyjemne bujanie, połączone z basowym masażem organów wewnętrznych. Zdarza mi się narzekać na skostnienie techdubu i duet właściwie potwierdził moje zarzuty, bo nawet na chwilę nie wyszedł poza standard. Ale usłyszeć to w klubie, na dodatek w mieście będącym stolicą takich brzmień? No i jeszcze ten wszechogarniający dym w zamkniętym pomieszczeniu, po brzegi wypełnionym ludźmi… Pod koniec zaczęło być jednak trochę monotonnie i duszno, więc w oczekiwaniu na Moderata skierowaliśmy się w stronę baru w celu przepłukania gardła i przewietrzenia płuc.

Każdy kolejny kawałek przygniatał: dramaturgią, brzmieniem i edycją w czasie rzeczywistym.

Główna, trójramienna gwiazda wieczoru wyszła na scenę po przerwie krótszej, niż przewidywałem. Zaczęli tak, jak zaczyna się album, od „A New Error”. Pierwsze dźwięki wystarczyły, żeby wykurzyć spod baru dziesiątki ludzi, w tym nas. Piszę w liczbie mnogiej, bo nie lubię zwierzeń. Przyłożyli tak, że nawet manekin krawiecki wpadły w euforię. Każdy kolejny kawałek przygniatał: dramaturgią, brzmieniem i edycją w czasie rzeczywistym. Było „Seamonkey”, „Sick With It” (z gościnnym udziałem Delle), „Rusty Nails”, obie części „Porc”. Pod koniec występu pojawił się Paul St. Hilaire we własnej osobie, by odśpiewać nie tylko „Slow Match”, ale także „Let Your Love Grow” z repertuaru Modeselektor.

Apparat też miał swoje pięć minut – wykonał „Arcadię” z solowej płyty „Walls”. Ponadto, zupełnie nowy materiał Moderata w postaci dwóch lub trzech kawałków, zapewne z z płyty, którą potajemnie szykują. Sebastian Szary, Gernot Bronsert, Sascha Ring i goście dali z siebie naprawdę wszystko. Dla tria był to ostatni show światowej trasy koncertowej, dla publiki – blisko półtorej godziny parkietowego szaleństwa na najwyższym poziomie. Całości dopełniły niesamowite wizualizacje, będące integralną częścią występu. Kiedy okazało się, że bisów nie będzie, udaliśmy się do hostelu, by nabrać sił przed kolejnym niesamowitym wieczorem, od którego dzieliła nas niecała doba.

Czwartek: Lido

potężne nagłośnienie chwilami zdmuchiwało grzywkę emo-dzieciaków

Lido to ulokowana tuż po drugiej stronie rzeki przytulna miejscówka, w której ongiś mieściło się kino. To tutaj wiosną 2007 r. widziałem na żywo Tobina w systemie 5.1; solidne wysokie ściany i dobrze zagospodarowana przestrzeń zapewniły znakomite brzmienie. Nie inaczej było tym razem – potężne nagłośnienie chwilami zdmuchiwało grzywkę emo-dzieciaków, które nieroztropnie stanęły za blisko głośników.

Całość rozpoczęła się punktualnie o 22:00 od White Rabbits. Amerykański sekstet lokuje się gdzieś pomiędzy Radiohead, Liars, The Specials i Mansun. Dwóch wokalistów, dwie gitary, pianino, bas i perkusista, który mógłby być bokserem. Grali z werwą przez 40 minut, ale dość szybko okazało się, że trochę na jedno kopyto. Podobnie wypadł trzeci i ostatni akt „Intro Intim”, czyli Axel Willner vel The Field. Nigdy nie kupiłem jego wersji densu, której bliżej do trance’u niż ambient techno. Prolog zabrzmiał jednak ciekawie. Willner wydobywał ze swoich maszynek głębokie ambientowe krajobrazy i podbijał je taneczną rytmiką. Miał też wsparcie w postaci muzyków towarzyszących (basista, perkusista i gitarzysta). Świetny pierwszy kawałek niepotrzebnie rozbudził apetyt, bo już od drugiego instrumentaliści stanowili tylko tło dla Szweda, który po prostu odgrywał podobne do siebie jak dwie krople rumu kawałki z obu płyt.

Przeciwnie do większości swoich postmodernistycznych rówieśników, Shaw nie tworzy kolaży ze strzępów cudzych prac

Najbardziej interesujący był bez wątpienia środkowy punkt imprezy w Lido, czyli występ Circlesquare. Pod tą nazwą skrywa się zamieszkały w Berlinie Kanadyjczyk, Jeremy Shaw. Muzyk, kompozytor, poeta i artysta wizualny. Jako Circlesquare wydał kilka epek i dwie płyty, w tym tegoroczną, rewelacyjną „Songs About Dancing And Drugs”. Muzyka Shawa jest absolutnie niepowtarzalna, niezależnie od tego z czym się kojarzy – z nowofalowym chłodem, ambientowym niepokojem, quasi-popową piosenką, rockowym pazurem, syntetyczną elektroniką, „pustynnym bluesem” czy shoegazem z jego zawodzącymi gitarami.

W pewnym sensie całe życie czekałem na muzykę będącą udaną fuzją tych elementów. Przeciwnie do większości swoich postmodernistycznych rówieśników, Shaw nie tworzy kolaży ze strzępów cudzych prac; raczej przygląda im się uważnie, wyłapuje najciekawsze motywy i inspiruje nimi na własny, niepodrabialny sposób niczym kiedyś David Bowie, którego pewien wpływ także słychać w dokonaniach Circlesquare.

Na scenę wchodzą trzy osoby: gitarzysta Trevor Larson z fryzurą a la Lyle Lovett, perkusita Dave Butterfield z fryzurą a la Kojak oraz mózg projektu, Jeremy Shaw. Z twarzy i ubioru podobny trochę do młodego, nieskalanego heroiną Iggy’ego Popa lub Iana Curtisa, który dożył ery new romantic i został dandysem. Stanął na środku sceny przy pulpicie z efektami i gitarą akustyczną, przywitał się, dał znak bębniarzowi i wystartowali. Początek był zaskakujący – rozciągnięty do ponad 6 minut cover „Serenade” Steve Miller Band (tych od przeboju lat 80., „Abracadabra”), wykonany z takim wykopem, że z miejsca zaczęliśmy podrygiwać.

Na tle w większości sztywnych Niemców wyglądaliśmy pewnie trochę egzotycznie, ale trudno przestać tańczyć

Na płytach Shaw może śpiewać, jakby był był na kacu i zjeździe, ale jak przyjdzie co do czego, potrafi też krzyknąć. Drugi kawałek i „Fight Sounds Part 1”, o którym marzyłem. Chropowaty syntezator, taneczny beat i hipnotyczny wokal rozprzestrzeniły się po ścianach, wprawiając je w drżenie, a nas – w rytmiczne bujanie. Na tle w większości sztywnych Niemców wyglądaliśmy pewnie trochę egzotycznie, ale trudno przestać tańczyć, gdy zaczynają grać genialny „Dancers”, który kojarzy mi się z Bauhausem w wyimaginowanym remiksie Kraftwerk. Motoryczny, nieco funkujący bas, skrzecząca psychodeliczna gitara, obłędna nowofalowa rytmika i Shaw śpiewający w nonszalanckiej manierze – krótko mówiąc, killer.

Dalej było równie fantastycznie: odurzający „Ten To One”, melancholijny „7 Minutes”, a na sam koniec dwie bomby rozpryskowe w postaci słodko-gorzkiego hymnu „Hey You Guys” i wprawiającego w trans elektronicznego bluesa „All Live But The Ending” . Jeśli na płycie te piosenki porażają, to na żywo po prostu przeszywają na wylot. To był koniec występu, ale nie koniec wieczoru. Udaliśmy się pod scenę z płytą do podpisania. Jeremy okazał się przemiłym i uśmiechniętym człowiekiem, na dodatek bardzo uczynnym.

Nie tylko poszedł za kulisy po flamaster, ale jeszcze napisał dedykację i zaproponował wspólne zdjęcie. Był zaskoczony, kiedy usłyszał, że przyjechaliśmy z Polski specjalnie na jego koncert (no dobra, na Moderata też) i wyraźnie się ucieszył. Jedyny mankament to fakt, że grali niewiele ponad czterdzieści minut. Tylko tyle i zarazem aż tyle. Niech ktoś ich w końcu sprowadzi do Polski, przecież Berlin leży tuż po drugiej stronie Odry, a Circlesquare to ścisła czołówka nowej muzyki.

(Foto: Maciek Kaczmarski & Kamila Niemczyk. Wykorzystaliśmy zdjęcie Matta Biddulpha)

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 12

  1. laudia

    och, no nie znam go tak dobrze, jak jego osobisty sekretarz 🙂

  2. ryba16

    a ty laudia nie zauwazylas ze piszac o snobach mk pisal tez o sobie? i wlasnie za to go lubie, ze ma jaja zeby sie do tego przyznac

  3. laudia

    mallemma ma rację. Czy to nie MK pisał w snobach o przemycaniu nikogo nieinteresujących faktów z życia w merytorycznych relacjach?
    hehe:) Abstrahując jednak od tego szczegolu, ktory mi zreszta w opisach nie przeszkadza – relacja jest fajna, przyjemna i barwna, Berlin to wogole lepszy świat. To jest wurwa niesprawiedliwe, że faszysci przegrali wojne, a maja lepszą infrastrukture i życie, takze klubowe, lepsze wszystko, może poza wędlinami, huee :] cieszę się, że Circlesquare znalazł kilku nowych fanów, mi zabrakło zdecydowania by otagować go jako czolowkę nm 🙂 oraz pozdrawiam.

  4. mallemma

    obędzie się bez obrony, bez wniosków i bez równouprawnienia, które właściwie jest mrzonką i jakąś antyutopią podwójnego wymiaru obowiązków, do tematu, panowie.

  5. K0$+3k

    Wnioskuje zatem że Twój ideał człowieka to androgeniczny hermafrodyta…:).Mój nie.

  6. ryba16

    a ty co, obronca ucisnionych? ja jestem za pelnym rownouprawnieniem. :)))

  7. K0$+3k

    ryba,przypominam ci że piszesz do dziewczyny,więc zważ na słowa…ziomus.

  8. ryba16

    sorry ale nie bede wdawal sie z toba w jalowe dyskusje i twojego priva skasowalem bez czytania:)

  9. mallemma

    ryba16, tym razem już zasłużyłeś/aś na wiadomośc priv, check it.

  10. ryba16

    jezu, malema jestes zalosna…

  11. mallemma

    jako pretekst do napisania paru faktów z życia maćka kaczmarskiego – b dobre.

  12. paide

    Maćku, świetna relacja! Nieważne, że większość wykonawców, o których piszesz to nie moja bajka, a o tych których lubię piszesz „monotonnie”. ;d Udało Ci się zaciekawić mnie swoimi opisami. Po takiej lekturze sam chętnie pojechałbym do Berlina. Dzięki wielkie i oby jak najwięcej takich relacji w serwisie.