Rafael Anton Irisarri – Peripeteia
Jarek Szczęsny:

Ambient wagi ciężkiej.

Bouchons d’oreilles – Stray Dog with a Collar
Jarek Szczęsny:

W połowie drogi.

Chouk Bwa & The Ångströmers – Vodou Alé
Łukasz Komła:

Voodoo z przyszłości.

Ben Lukas Boysen – Mirage
Jarek Szczęsny:

Pokaz iluzji.

Siema Ziemia – Siema Ziemia
Jarek Szczęsny:

Dodatkowe skurcze mięśni.

Fluxion – Perspectives
Paweł Gzyl:

Nostalgia po grecku.

Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.



Desolate – The Invisible Insurrection


Pomimo młodego wieku, Sven Weisemann może się pochwalić niemałymi osiągnięciami. Po pierwsze, to instrumentalista z krwi i kości: sam nauczył się gry na fortepianie, gitarze i perkusji. Po drugie, od 1997 roku jest aktywnym DJem, o którym mówi się, że za każdym razem selekcjonuje tak, jakby był to ostatni występ w jego życiu. Po trzecie, wydaje dla cenionych wytwórni takich jak Meanwhile, Styrax Leaves, Mojuba, Apple Pips i wiele innych, przy czym jego dorobek jest doprawdy imponujący (zarówno ilościowo, jak i jakościowo). Wreszcie po czwarte – jako Desolate wydał właśnie znakomity album, mający spore szanse na wysokie miejsca w rocznych podsumowaniach.

Pod własnym nazwiskiem Weisemann produkuje głównie Detroit techno, Chicago house i pochodne, nie stroni też od downtempo, a nawet modern classical, jednak pod szyldem Desolate upodobał sobie zgoła inny rodzaj muzyki. Jest to melancholijna twórczość ufundowana na szeroko pojętym UK garage z domieszką ambientu, dubu i muzyki filmowej. Brzmi znajomo? Powinno, bo podczas odsłuchu „The Invisible Insurrection” skojarzenia z Burialem nasuwają się same. Niemiec nie jest jednak ślepym naśladowcą – pomimo licznych podobieństw z gwiazdą oficyny Hyperdub, ma swój własny styl.





„Na tym świecie człowiek jest niczym, a innego świata nie ma.” – słowa wypowiadane przez Seana Penna w genialnym filmie „Cienka czerwona linia” otwierają album w wielkim stylu. Utwór „Imagination”, bo o nim mowa, zbudowano na rytmicznym szkielecie 2stepu, minorowych smyczkach, gęstym ambientowym tle i licznych dźwiękowych niuansach. Dalej jest równie ciekawie: „Follow Suit” uwodzi nostalgiczną atmosferą, kreowaną przy pomocy szczątkowego beatu, głosów „zza grobu” i fortepianu. Ten instrument należy zresztą do ulubionych środków wyrazu Desolate, jako że przewija się przez niemal wszystkie kompozycje.

Innym stałym elementem są pocięte strzępy kobiecych wokaliz (lub męskich stylizowanych na kobiece poprzez zabawę z pitchem, bo i to jest możliwe). Wszystko jest tu idealnie spójne, niezależnie od obranej konwencji. Niemiecki artysta bezbłędnie radzi sobie zarówno z dłuższymi formami (ponad sześciominutowe „Cathartic” i „Divinus”), jak i z dźwiękowymi miniaturami (zachwycające „Farewell #1” i „Farewell #2”). Weisemann maluje muzyczne płótno to subtelnymi, to wyrazistymi pociągnięciami pędzla, ale tonacje barw są zawsze dość mroczne. Nieco bardziej pogodne kolory pojawiają się w wieńczącym płytę „In Secret”, ale i tutaj wyczuwa się smutek.

Jest w tym wszystkim jakiś jazzowy feeling – nie w sensie dosłownego pokrewieństwa brzmieniowego, lecz pod względem dbałości o detal i łatwości w radzeniu sobie z niełatwą przecież materią dźwiękową. Desolate osiąga rzadko spotykany stopień wyciszenia, które nadaje jego muzyce szczególnego charakteru. „The Invisible Insurrection” to album subtelny, pełen liryzmu i tęsknego nastroju. Przede wszystkim jednak jest to album pierwszorzędny.
Fauxpas Musik, 2011

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 7

  1. Goldfinger

    Posluchalem raz – tani sentymentalizm, nic ciekawego.

  2. Heliosphaner

    Poza kawałkiem Imagination nic ciekawego dla mnie nie ma, taki mdły Chillout Dreams vol. 55. A od porównań z Burialem byłbym bardzo daleki. PZdr :>

  3. catsndogs93

    oj wałkuje się te numery. jest moc/

  4. Yezior

    Wypas kąski.

  5. ryba16

    swietna plyta, faktycznie troche burialowa ale duzo lepsza od takiego np. clubroot

  6. homar_alex

    „Przede wszystkim jednak jest to album pierwszorzędny.”
    nic dodać nic ująć