Ehh hahah – House ze skrzypcami w tle
Jarek Szczęsny:

Pod znakiem internetu.

Alva Noto – Xerrox Vol. 4
Mateusz Piżyński:

Czwarta odsłona cyklu Xerrox, na którą przyszło nam czekać pięć lat.

Various Artists – Kern Vol. 5 Mixed By Helena Hauff
Paweł Gzyl:

„For those who knows”

Amnesia Scanner – Tearless
Paweł Gzyl:

Finowie serwują miłosne ballady.

Michael Lightborne – Ring Road Ring
Łukasz Komła:

Dźwiękowy świat obwodnicy w Coventry.

Christine Ott – Chimères (pour ondes Martenot)
Jarek Szczęsny:

Geometria dźwięków.

Deadbeat And Paul St. Hilaire – 4 Quarters Of Love And Modern Lash
Paweł Gzyl:

Scott i Paul medytują.

Vysoké Čelo – Űrkutatás
Jarek Szczęsny:

Grzechem byłoby nie skorzystać.

Ellen Allien – AurAA
Paweł Gzyl:

Hołd dla czasów, kiedy techno i trance były jednym.

Nihiloxica – Kaloli
Łukasz Komła:

Na wzgórzu perkusyjnych abstrakcji.

Upsammy – Zoom
Paweł Gzyl:

Zbliżenie na kruche piękno.

Alois – Azul
Łukasz Komła:

Stąpać po niebieskim.

Sote – Moscels
Jarek Szczęsny:

Ku wizjonerskiemu futuryzmowi.

Moodymann – Taken Away
Jarek Szczęsny:

Pląsy w dusznym pomieszczeniu.



Clark – Iradelphic

W ciągu minionej dekady Chris Clark z cudownego dziecka nowych brzmień stał się gwiazdą wytwórni Warp i jednym z najbardziej rozpoznawalnych producentów. Brytyjczyk (obecnie na emigracji w Berlinie) wypracował charakterystyczne i niepowtarzalne brzmienie, zaś każdy z pięciu dotychczasowych albumów ukazuje go z różnych stron – tanecznej i refleksyjnej, oszczędnej i bombastycznej, syntetycznej i organicznej, instrumentalnej i wokalnej – i w każdej mu do twarzy. Po doskonałym longplayu „Totems Flare” z 2009 roku, Clark powraca z szóstą płytą i nowymi pomysłami na swój styl.

„Iradelphic” otwierają dźwięki gitary akustycznej i to właśnie ten instrument zdominował ton całości, przez co wielu recenzentów i fanów porównuje „Iradelphic” do dokonań Bibio (sprawy na pewno nie ułatwia fakt, że panowie są dobrymi znajomymi, poza tym Bibio popełnił ongiś remiks, a w zasadzie gitarowy cover „Teda”). Jak większość porównań, i to jest uproszczeniem; Clark bowiem tradycyjnie nie ogląda się na nikogo, chyba że na samego siebie sprzed kilku lat – takie utwory jak „Com Touch” i „Tooth Moves” to przecież typowe dlań melodyjne syntezatorowe arpeggia w duchu kosmische musik, wkomponowane w gęstą sieć zarówno „żywych”, jak i syntetycznych perkusjonaliów, kleistych linii basowych, powykręcanych sampli i przesterów. Podobnie rzecz ma się ze „Skyward Bruise/Descent” i z finalnym „Broken Kite Footage” – obydwie kompozycje, utrzymane w ambientowej konwencji, z powodzeniem mogłyby trafić na „Clarence Park” (2001) czy „Empty The Bones Of You” (2003).

[embeded:
src=”http://player.soundcloud.com/player.swf?url=http://api.soundcloud.com/tracks/40725769″
height=”81″ width=”100%” type=”application/x-shockwave-flash”
allowscriptaccess=”always”]

Nowości przychodzą wraz z „Open” i „Secret”, które stanowią rozwinięcie tradycji „piosenkowej”, zapoczątkowanej przez Clarka na poprzednim albumie; tam zawodził samotnie (pamiętny „Growls Garden”), tutaj ogranicza się do wtórowania Martinie Topley-Bird, niegdysiejszej muzie Tricky’ego. Kompozycje są więc należycie marzycielskie i oniryczne. Słucha się tego przyjemnie, melodie instalują się pod czaszką, ale trudno mówić o jakiejkolwiek ekstazie czy choćby poruszeniu – ot, solidne, ale jednak dość przeciętne piosenki i, niestety, niewiele więcej. Inżynierowi Mamoniowi jednak na pewno by się spodobały.

Znacznie ciekawiej wypada „Ghosted”, w którym Clark śpiewa już sam. Psychodeliczna atmosfera przywołuje na myśl zarówno cichą paranoję spod znaku Radiohead, jak i folktronikowe odloty wczesnego Four Tet. Duże wrażenie robi też fortepianowa miniatura „Black Stone”. To najpiękniejszy fragment albumu – tęskna kompozycja, która z elektroniką ma już niewiele wspólnego. Cała płyta jest zresztą otoczoną aurą nostalgii i melancholii, dotyczy to nawet niezbyt szczęśliwej okładki, zaprojektowanej zgodnie z panująca modą (Instagram, anyone?).

To bodaj najbardziej przystępna i „konserwatywna” płyta w dorobku Clarka, a przez to trudna w ocenie. Z jednej bowiem strony prezentuje wysoki poziom i daje dużo przyjemności swoim niezobowiązującym charakterem (te melodie są naprawdę zaraźliwe), z drugiej zaś aż prosi się, żeby Clark częściej wrzucał wyższy bieg, tak jak w mini-trylogii „The Pining”, gdzie najlepiej słychać co jest jego najmocniejszą stroną.

Warp | 2012

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 4

  1. elkoza

    Jakoś mnie nie powalił ten album, nie pasuje mi Clark w tej formie. Chciałbym usłyszeć coś podobnego do „Totems Flare” w przyszłości.

  2. sobek

    Iradelphic to jak do tej pory nawiększy muzyczny zawód tego roku.. niestety 🙁

  3. equinoxe

    To samo pomyślałem po odsłuchaniu. Zawartość jest oczywiście na wysokim poziomie ale całość bardzo spokojna i gdzieś się zapodział ten „pazur” i szaleństwo obecne na trylogii… No ale artysta zmiennym jest.. Za to braku kreatywności zarzucić nie mogę, bo album jako całość i jako pewnego rodzaju muzyczna „opowieść” faktycznie potrafi ponieść – bajeczne dźwięki i klimat i to się ceni. Podsumowując: to nie jest ten Clark do którego zdążyłem się przyzwyczaić, to całkiem inny, spokojny, ale wciąż intrygujący Clark 🙂

  4. gradion

    Niby dobrze ale tak naprawde to cienko, jak na mozliwosci Clarka…