Wpisz i kliknij enter

Benjamin Damage – Heliosphere

Brytyjski producent odświeża w finezyjnym stylu klasykę techno.

Kiedy Benjamin Damage i Doc Daneeka pojawili się dwa lata temu w Berlinie, aby zrealizować w studiach Modeselektora materiał na ich debiutancki album dla 50 Weapons, tak im się spodobało w stolicy Niemiec, że obaj zostali tam do dzisiaj. No i oczywiście pierwszy z brytyjskich producentów natychmiast uległ fascynacji muzyką graną w Berghain. Betonowe dźwięki stały się jednak dla niego inspiracją do odkrycia klasyki techno – ale nie tego niemieckiego, tylko głównie angielskiego i amerykańskiego. Świadectwem tego jego debiutancki album – „Heliosphere”.

Otwierająca krążek „Laika” od razu przenosi nas do pierwszej połowy lat 90., kiedy na Wyspach Brytyjskich rozpoczynały działalność takie projekty, jak Black Dog Productions, Stasis, B12 czy As One. Sążniste pasaże onirycznych klawiszy podbija tu głęboki puls techno – a wszystko to puentują zaszumione akordy o melodyjnym tonie. „010X” stanowi z kolei wyraźny ukłon w stronę produkcji Dave’a Clarke’a z tamtych czasów. Z jednej strony mamy tu bowiem lekko podrasowany na breakbeatową modłę twardy rytm techno, a z drugiej – rave`owe dźwięki piano splecione z szorstkimi uderzeniami sonicznych syntezatorów.

Echa dawnych dokonań Luke’a Slater’a w ramach projektu Planetary Assault Systems pobrzmiewają w „Delirium Tremens”. To siarczyste hard techno wypełnione dźwiękami dudniącego basu i falujących blach. Bardziej kliniczną odmianę gatunku znajdujemy w „Extrusion” – tym razem Damage przywołuje bowiem tchnące laboratoryjnym chłodem dokonania fińskich twórców z wytwórni Sähko. Skandynawski chłód ocieplają tutaj jedynie plemienne efekty w warstwie rytmicznej. A potem skok za wielką wodę – bo „Together” lokuje się w formule organicznego deep techno z nastrojową melorecytacją. Czyli – coś, co brytyjski producent podsłuchał u Derricka Maya czy Carla Craiga. „Spirals” sprawia, że nadal pozostajemy w Ameryce. Wibrujące arpeggio o acidowej barwie kojarzy się bowiem nieodparcie z wczesnymi preparacjami Plastikmana.


Nagle gwałtowny przeskok w czasie – i wraz z „End Days” lądujemy w samym centrum współczesnego Londynu. Damage sięga tu po niemal klasyczny dubstep, zabarwiając go na mocno melodyjną modłę kolejnymi kaskadami pastelowych klawiszy.

Jamajskie brzmienia znajdujemy również w „Light Year” – choć tym razem wpisane zostają one w kontekst miarowej pulsacji dub-techno, kojarząc się z kanonicznymi dla tego gatunku dokonaniami Bandulu sprzed niemal dwóch dekad. Najcięższy utwór w zestawie to „Swarm”. Damage kłania się w nim Suergeonowi – o czym świadczy połączenie morderczego bitu z metalicznym loopem. Dopiero na finał ukojenie przynosi ambientowa wariacja na temat wczesnych kompozycji Black Dog Productions – „Heliopause”.

Debiutancki album Benjamina Damage to świadectwo zachwytu młodego producenta nad arkadyjskim okresem w rozwoju nowej elektroniki. Brytyjski producent ma jednak na tyle wprawną rękę, że potrafi tym dawnym dźwiękom nadać współczesny blask. I okazuje się, że po upływie dwóch dekad, ilustracyjne IDM i siarczyste techno znów brzmią dzisiaj modnie i stylowo. Ot – to po prostu ponadczasowa muzyka.

50Weapons 2013

www.50weapons.com

www.facebook.com/50WEAPONS

www.facebook.com/BenjaminDamage







Jest nas 13 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy