Wpisz i kliknij enter

Gary Numan – Splinter (Songs From A Broken Mind)

Forma ojca chrzestnego industialu i synthpopu od lat może nieco niepokoić jego fanów. Swoim najnowszym dziełem Gary Numan rozwiewa sporo wątpliwości.

Ta historia zdaje się nie mieć happy endu, to raczej szara rzeczywistość i to w tych ciemniejszych odcieniach: pełny sukces debiutu z Tubeway Army w 1979 roku, czołowe miejsca list przebojów z singlami „Cars” i „Are Friends Electric?”, odważne solowe próby mieszania gatunków i odkrywania nowych lądów muzycznych, coraz mniejsze zainteresowanie, coraz większe problemy finansowe i osobiste, przetrwany niemal cudem przełom lat 80. i 90. i powolny powrót na sceniczny, tym razem już nie piedestał, ale bezpieczny środek. Odświeżenie „Cars” z chłopakami z Fear Factory, wreszcie przełomowy rok 2000 i album „Pure”, którym odzyskał wielu fanów. Ślub, odnalezienie się w otaczającym świecie, później trasy Trentem Reznorem i sytuacja – wydawać by się mogło – opanowana.

W 2013 roku Gary Anthony James Webb obchodzi 55. urodziny, świętuje 35-lecie pracy artystycznej i wydaje swój dwudziesty album studyjny. Potrzebował dobrego krążka właśnie teraz. Potrzeba tak silna była ostatnio chyba w drugiej połowie lat 90. Ku mojej (i nie tylko) uciesze, „Splinter (Songs From A Broken Mind)” (znamienny tytuł), sprostał oczekiwaniom.


Gary zainwestował w wyposażenie studia, nowe instrumenty, zaprosił na nagrania m.in. Steve’a Harrisa (Archive) i Robina Fincka (Nine Inch Nails) i przede wszystkim – miał kilka niezłych pomysłów. Już od rozpoczynającego zestaw, surowego „I Am Dust” słychać, że będzie to album niełatwy, ale i ciekawy. Mocne tło, ciężkie, reznorowe gitary (zasługa Robina). Tematyka tekstów właściwa dla Numana – wystarczy spojrzeć na listę tytułów (m.in. „Here In the Black”, „A Shadow Falls On Me”, „My Last Day”), by utwierdzić się w przekonaniu, że Gary nadal ma ciemną duszę.


W pamięć zapadają „Everything Comes Down To This”, singlowe, mocarne “Love Hurt Bleed”, czy powolne, acz poteżne “Where I Can Never Be”. „The Calling” to delikatny romans z orientalną stylistką. Wspomniane “Here In The Black” to już niemal industrial metal spod znaku Ministry czy Roba Zombie. Należy docenić bardzo dobrą produkcję; klaustrofobiczne i ciężkie dźwięki brzmią bardzo przestrzennie (czego próżno szukać na poprzednich albumach Gary’ego). Pomimo mnóstwa pobocznych efektów, przeszkadzajek i przesterów, utwory nie sprawiają wrażenia przeładowanych. Muzyka sączy się z głośnika, godzina mija powoli, a ja nabieram nagle ochoty na spacer po krakowskim Zabłociu. Albo w ogóle po terenach Kombinatu.


Paradoksalnie, kiedy powrót Trenta Reznora za sprawą „Hesitation Marks” nie rzucił na kolana (a może raczej nie sprostał OGROMNYM oczekiwaniom fanów NIN), „Splinter” może się okazać całkiem dobrym lekarstwem. Twarde, bezkompromisowe, odpowiednio „chłodne” dźwięki sprawiają, że (i znowu – ironia losu) Numan po latach wcale nie jest gorszy od swojego ucznia i fana. Blisko tu do okresu „With_Teeth”.

Udany album został poparty wspólnymi koncertami z NIN w Stanach. Teraz Gary wraca do Europy i pozwala sobie na występy w krajach nie-tylko-anglojęzycznych. 11 dzień lutego i koncert w Warszawie cieszy niżej podpisanego niesamowicie. Sprawdźcie „Splinter” i wybierzcie się na pierwszy w Polsce koncert ojca chrzestnego indsutrialu. To będzie odpowiedni before przed Reznorem w Katowicach.

Profil na Facebooku »

Profil na YouTube »

Szczegóły na Discogs »







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy