Wpisz i kliknij enter

Soundtrack do wspomnień z drugiej ręki

Rozmowa z Tommym Four Seven i Alainem Paulem z duetu These Hidden Hands.

– Obaj jesteście Anglikami. Dlaczego przeprowadziliście się do Berlina?

Tommy: W połowie minionej dekady didżejowałem w Londynie, specjalizując się w dub-techno. Tymczasem tamtejsza scena była zupełnie różna od moich upodobań, co w ogóle nie działało na mnie inspirująco. Dlatego zacząłem myśleć o przeprowadzce do Berlina. Przemawiały za tym też koszty życia – znacznie niższe niż w Londynie. Namówiłem więc Alaina i przyjechaliśmy tutaj. Pod dwóch tygodniach mieszkania w hotelu, znaleźliśmy fajne mieszkanie i miejsce na nasze studio.

Alain: Kiedy Tommy powiedział mi, że chce się przeprowadzić do Berlina, powiedziałem: „O, fajnie, ciekawy pomysł”. Grałem akurat w jednym zespole, ale nie odnosiliśmy sukcesów i nie mieliśmy żadnego kontraktu. Postanowiłem więc z nim pojechać, tak na próbę, nie myśląc, że zostanę tam dłużej niż pół roku. Zaczęliśmy wtedy rozmawiać o wspólnej płycie, rozwijaliśmy się pod względem producenckim, no i w końcu w cztery lata od przenosin ukazał się pierwszy album These Hidden Hands.

– Dzisiaj jesteście już częścią berlińskiej sceny elektronicznej?

Tommy: W pewnym sensie – tak. Tutaj wychodzi się na miasto i wciągu jednej nocy można spotkać wszystkich znajomych. Mamy wśród nich kilku dobrych przyjaciół. Generalnie teraz jednak nie imprezujemy jakoś wyjątkowo dużo. Wolimy posiedzieć w studiu i popracować nad nowym materiałem.

– Jak to się stało, że pracujecie razem – macie podobne charaktery lub gust muzyczny?

Tommy: Dorastaliśmy słuchając tej samej muzyki – jungle’u i drum’n’bassu. Cały czas brzmi to w naszej muzyce. (śmiech) Byliśmy częścią tej samej sceny w Londynie. Obaj zaczęliśmy didżejować bardzo wcześnie, mając zaledwie siedemnaście lat. Poznaliśmy się na uniwersytecie, gdzie było studio, w którym wpadliśmy na siebie. Mieliśmy sporo wolnego czasu, więc jamowaliśmy godzinami. Z czasem pojawiła się między nami muzyczna „chemia”.

– Jak dzielicie obowiązki w studiu podczas tworzenia muzyki?

Tommy: Bywa z tym różnie. Czasem jeden z nas przynosi jakiś bit, a ten drugi dodaje melodię. Kiedy indziej jest na odwrót. Ktoś przynosi zarys kompozycji, a ktoś inny – zajmuje się miksem. Nie ma sztywno ustalonego podziału, jak w przypadku zespołów. Wszystko się zmienia.

Alain: Podobnie jest z produkcją, bo obaj studiowaliśmy inżynierię dźwięku. Jedynym elementem pracy w studiu, którym tylko ja się zajmuję jest mastering. Reszta to kombinacja naszych wspólnych działań, raz ja więcej dokładam, a kiedy indziej Tommy.

– Ciekawi mnie Wasza nazwa: skąd się wzięła i co ona oznacza?

Tommy: Z nazwami zawsze jest kłopot. Proces jej wybierania trwał u nas bardzo długo. Ustaliliśmy kilka kluczowych słów – i w końcu zdecydowaliśmy się na zestawienie tych trzech. Nie jest to więc żaden cytat. Zawsze podobały mi się nazwy zespołów zaczynające się na „these”, jak choćby These Crooked Vultures, stąd stanęło na These Hidden Hands.

Macie też ciekawe logo: z krzyżem w centrum. To dlatego, że dziś w techno modne są religijne odwołania i symbole?

Tommy: Pewnie tak. Chociaż chyba już za dużo się namnożyło tego rodzaju gotyckich odniesień na elektronicznej scenie. W sumie zaczęło się to od muzyki noise, kiedy Dominick Fernow i inni wykonawcy z Hospital Productions zaczęli sięgać po tego typu estetykę.

Alain: Nie jesteśmy jakoś wyjątkowo religijny, więc tutaj chodzi raczej o wizualną atrakcyjność takiej symboliki. Chcieliśmy stworzyć wrażenie, że to logo jakiejś fikcyjnej sekty. (śmiech)

– Wasz pierwszy album jako These Hidden Hands był dla mnie nowoczesną interpretacją kanonu IDM.

Alain: Obaj lubimy tego rodzaju brzmienia z lat 90., choćby Aphex Twina czy Squerepushera. Na pewno była więc to dla nas ważna inspiracja. Ale chyba nieświadoma, bo nie zakładaliśmy, że chcemy, aby ta płyta zabrzmiała właśnie w ten sposób. To charakterystyczne brzmienie bębnów uzyskaliśmy dzięki temu, że nagrywaliśmy je wszystkie przez mikrofony. Podobnie było z analogowymi syntezatorami. Graliśmy na nich – i nagrywaliśmy wydobywane na nich dźwięki z głośników ustawionych w studiu. To z kolei wypływało z naszej fascynacji zespołami grającymi ciężki rock, jak Isis czy Swans chociażby. Słuchamy bowiem nie tylko elektroniki.

– Ten rockowy element jest jeszcze wyraźniejszy na nowej płycie These Hidden Hands – poprzez pomysłowe wykorzystanie gitary. Dlaczego poszliście w tę stronę?

Tommy: O ile w przypadku poprzedniego albumu chcieliśmy, aby na płycie znalazły się utwory, które mogliby wykorzystywać dzidżeje w klubach, jak również nagrania nadające się do słuchania w domu, tak tym razem skoncentrowaliśmy się tylko na tym drugim wątku. Postanowiliśmy bowiem, aby materiał był bardziej „muzyczny”. Stąd melodie wprowadzane przez gitarę.

– Największym zaskoczeniem są jednak kobiecie wokale. Jeden należy do Julii Kotowski. To polskie nazwisko. Kto się za nim kryje?

Alain: To wokalistka z Berlina, która pochodzi z Kolonii. Nie mam pojęcia czy ma jakieś polskie korzenie. Poznaliśmy ją w jednym z klubów na Kreuzbergu o nazwie Madame Claude, w którym spotykają się ludzie z tutejszej eksperymentalnej sceny folkowej. Każdy może przyjść – zaśpiewać lub zagrać na gitarze. Kiedy ją usłyszeliśmy, pomyślałem: „Wow! Musimy mieć jej głos na naszej płycie”. Zaprosiliśmy ją do współpracy – i nagrała swój wokal do „The Telepath”. Julia ma niesamowity gust muzyczny: słucha nie tylko folku, ale też podobnej muzyki jak my.

– Dlaczego nie zaśpiewała z Wami na koncercie podczas Atonal Festivalu?

Alain: Zaginęła w akcji. (śmiech) Ona prowadzi bardzo niekonwencjonalny tryb życia. Gdzieś wyjechała – i straciliśmy z nią kontakt.

– W singlowym utworze „These Moments Dismantled” śpiewa z kolei Lucrecia Dalt.

Tommy: To pochodząca z Barcelony eksperymentalna wokalistka. Nagrała kilka świetnych płyt. Polecił nam ją znajomy. Pojechaliśmy więc do niej – a ona napisała niezwykłą historię, którą potem zamieniła w tekst piosenki. Nagraliśmy jej partię od razu za pierwszym razem – bo była doskonała.

– Niektórzy recenzenci piszą, że muzyka z „Vicarious Memories” jest jaśniejsza niż z poprzedniego. Co wywołało w Was ten przypływ optymizmu?

Tommy: Czy ja wiem? Płyta ma dwie strony. Pierwsza jest bardziej mroczna, a druga – jaśniejsza. Nie nazwałbym już tej muzyki industrialnym techno, choć tak robi większość piszących o niej. Dla mnie to raczej psychodelia.

Alain: Pierwszy krążek był zbiorem pojedynczych utworów. Ten nowy – jest bardziej spójny muzycznie i myślowo.

– Czy to znaczy, że za „Vicarious Memories” stoi jakiś koncept?

Alian: Tak – i zawiera się on w tytule. Określa on zjawisko „wspomnień z drugiej ręki”, które polegają na tym, że ktoś ma wspomnienia z wydarzeń lub sytuacji, których sam nigdy bezpośrednio nie doświadczył. Odnosi się ono najmocniej do utworu „Dendera Light”, który opowiada o reliefie z Dandery powstałym w czasach I wieku przed naszą erą. Zdaniem niektórych miał on być dowodem na to, że w starożytnym Egipcie znano prąd elektryczny. Nasza kompozycja jest swego rodzaju soundtrackiem do tego „wspomnienia z drugiej ręki”.

– Wasz muzyka ma bardzo mocny charakter wizualny – co świetnie podkreśliły niezwykłe filmy wyświetlane podczas koncertu na Atonalu.

Tommy: Ich autorami są twórcy z kolektywu Pfadfinderei. Działa on na niemieckiej scenie elektronicznej od lat 90. i ma na swym koncie współpracę z prawdziwymi gwiazdami – choćby z Moderatem. Nie chcieliśmy bowiem wychodzić na scenę tylko z laptopami. I udało się wspólnie stworzyć ciekawe widowisko. Pierwszy raz zostało zaprezentowane właśnie na tym festiwalu. Zobaczymy co będzie z nim dalej – bo nie pasuje ono za bardzo do zwykłych występów w klubach, gdzie gra się techno. Czekamy na propozycje koncertów na większych imprezach, choćby na plenerowych festiwalach rockowych.

– A co z Waszą solową twórczością?

Alain: Mam swój projekt i wytwórnię – Shards. Wydałem już cztery winylowe dwunastocalówki, teraz szykuję następną, może będzie też album. Na razie było to techno, ale teraz chciałbym zaprezentować coś odmiennego, co niekoniecznie będzie się nadawało do tańca. (śmiech)

Tommy: Też mam swoją wytwórnię – 47. Kiedy ukazuje się jej nowa płyta winylowa z nagraniami różnych wykonawców – organizuję w Berlinie imprezę pod takąż nazwą, podczas której gram jako didżej. W przyszłym roku chcę się skupić bardziej na publikowaniu własnej muzyki. Na razie jednak nie planuję nowego albumu, bo tworząc techno bardziej odpowiada mi formuła singla.

Fot.: Fredrik Altinell







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
a.
a.
5 lat temu

Them Crooked Vultures, a nie These Crooked Vultures.

Electron
Electron
5 lat temu

jeden z najciekawszych wystepow na glownej scenie Atonalu.

Polecamy