Wpisz i kliknij enter

Juana Molina – Halo

Juana Molina to dobra czarownica.

Od takich słów zaczyna się tekst towarzyszący nowej płycie argentyńskiej artystki pod tytułem „Halo”. Jej urok osobisty, niczym niewymuszona uroda, a także sceniczna przeszłość w skórze komika splatają się w osobliwy wizerunek bycia właśnie taką czarownicą w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Przy okazji przypomniałem sobie, jak rozentuzjazmowana latynoska publiczność oczekiwała od Moliny na jej pierwszych koncertach, tuż po wydaniu debiutanckiego albumu „Rara” (1996), ogromnej dawki śmiechu i żarcików, jakie Argentynka prezentowała skądinąd w swoim telewizyjnym show.

Całe szczęśćcie, że artystka wtedy zerwała z telewizyjnym blichtrem na rzecz tworzenia muzyki. Po kilku latach jej muzyczna kariera nabrała tempa, później uzyskała aprobatę Davida Byrne’a i Willa Oldhama. O jej nagraniach zaczęła pisać światowa prasa, co skutkowało graniem światowych tras koncertowych. Zbliża się kolejna wyprawa, promująca siódmy w dorobku Moliny solowy longplay „Halo”. Co ciekawe, jej tegoroczna trasa zakończy bieg 24 czerwca w Polsce, na białostockim Halfway Festivalu.

Po czterech latach przerwy od poprzedniego krążka Juany, „Wed 21” (2013), otrzymaliśmy od niej dwanaście premierowych kompozycji zarejestrowanych poza Buenos Aires, w jej domowym studiu, jak też w Sonic Ranch Studio w Teksasie, z udziałem zaprzyjaźnionych muzyków, między innymi z gitarzystą Deerhoof Johnem Dieterichem.

Po uważnym wsłuchaniu się w „Halo” przychodzi na myśl projekt Congotronics vs Rockers, w którym niegdyś brała udział Argentynka. Ten afrykański polirytmiczny puls czai się w wielu fragmentach, ale każdorazowo jest poddany oryginalnej filtracji – czy to przy użyciu elektroniki, czy warstwy rytmicznej w połączeniu z gitarami. No i oczywiście niepowtarzalnej chrypce Moliny, niedającej się łatwo porównać z innym znanym nam głosem. Nie tylko jej barwa głosu wyrywa się z wnyk sztampowych określeń, podobnie jest z samą muzyką. Nie są to łatwe, proste, słodkie, zbryzgane lukrem piosnki pisane na folkową modłę pożerającą pop i elektroniczne odpryski.

Po nieprzyzwoicie melancholijnym początku „Paragauaya” przechodzącym w równie nieprzyzwoity odrealniacz „Sin Dones”, gdzie Molina i jej kompani szturchają nas swoistym rwetesem. Już sobie wyobrażam, jak pięknie zabrzmi nocą na HF „Lentisimo Halo” – niesamowicie intymna opowieść wyszeptywana przy akompaniamencie gitary. Znakomity „In The Lassa” zestawiłbym z ubiegłorocznym i bardzo dobrym albumem duetu Dieterich & Barnes – „The Coral Casino”, jak również z produkcjami Islaji.

Każdy kolejny utwór zaskakuje świeżością, dopracowaniem i nieprzewidywalnością, na przykład gitarowy „Cosoco”, kosmicznie intymny „Calculos y Oraculos” czy błyskotliwie sączący się „Los Pies Helados”. Pustynny gitarowy blues pomruczał sobie przy polirytmicznym wiaterku w „A00 B01”, zaś automat perkusyjny, syntezator i gitara odliczają wspólnie takty w „Cara de Espejo”, niosąc nas bliżej orbity Björk. Elektroniczny „Ando” wkręca się w umysł jak spirala. Z kolei brzmienie pierwszych akordów gitary w „Estalacticas” może kojarzyć się z tym, jakie King Crimson uzyskało na „Eyes Wide Open”. Plemienne bębny „Estalacticas” zamieniają folkową manierę w nowoczesny puls. Album zamyka ballada „Al Oeste” o wysokim stężeniu emocji.

Na koniec mój wniosek jest bardzo prosty: nie znając „Halo” trudno będzie rzetelnie rozmawiać o tym, co się wydarzyło w roku 2017.

05.05.2017 | Crammed Discs

 

Oficjalna strona artystki »
Profil na Facebooku »
Strona Crammed Discs »
Profil na Facebooku »







Jest nas ponad 16 000 na Facebooku:


2 Komentarzy

  1. zajebista muzyka. Każdy utwór każdej płyty jest unikalny. jak mogłem nie znać tej babki do tej pory?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecamy