Annea Lockwood / Christina Kubisch – The secret life of the inaudible
Łukasz Komła:

Dwie wielkie artystki dźwiękowe, przekazały sobie odmienny materiał źródłowy, który połączyły na jednym wydawnictwie.   

Pejzaż – Ostatni Dzień Lata
Ania Pietrzak:

Błogi soundtrack polskich wakacji.

ACT! – Universalist
Paweł Gzyl:

Fairlight CMI znow w modzie.

The Young Mothers – Morose
Łukasz Komła:

Czy to kolejna supergrupa jedynie z nazwy? Śmiem twierdzić, że nie!    

Laurel Halo – Raw Silk Uncut Wood
Jarek Szczęsny:

Niezmordowana eksperymentatorka.

Thomas Leer – 1982
Paweł Gzyl:

Nienagrane przeboje.

The Magnificent Tape Band – The Subtle Art of Distraction
Jarek Szczęsny:

Retromania w wersji turbo.

Abul Mogard – Above All Dreams
Maciej Kaczmarski:

Kim pan jest, panie Mogard?

Sstrom – Otider
Paweł Gzyl:

Wykastrowane techno.

cv313 – Analogue Oceans
Paweł Gzyl:

Mistyka oceanu dźwięków.

Mika Vainio & Franck Vigroux – Ignis
Paweł Gzyl:

Tibi et igni.

Wczasy / Wolne pokoje
Jarek Szczęsny:

Na wakacje jak znalazł.

Shy Layers – Midnight Marker
Paweł Gzyl:

Wspomnienia sprzed trzech dekad.

Toxe – Blinks
Kasia Jaroch:

Oblicze najbardziej nieprzystępnego brzmienia Bala-Core złagodniało.



Archive for Lipiec, 2018

Traxx – Faith


Właściciel słynnej holenderskiej wytwórni Clone, Serge, wspominał ostatnio w jednym z wywiadów, jak pod koniec lat 80. zgrał swoje ulubione house`owe nagrania z winyli na kasetę magnetofonową i wrzuciwszy ją do walkmana wyruszył autobusem w drogę do pracy. Podczas jazdy, siedząca obok niego dziewczyna z zainteresowaniem przysłuchiwała się dźwiękom dochodzącym spod jego słuchawek, aż w końcu zapytała: „Słuchasz ćwierkotu ptaków?”. Serge roześmiał się, wiedział bowiem, że dochodziły do niej tylko wysokie dźwięki acidowych loopów. Kiedy włożył jej słuchawki na uszy, dziewczyna szybko stwierdziła: „Jeszcze nigdy czegoś takiego nie słyszałam”.

Ta historia uświadomiła Serge`owi, że od czasu eksplozji house`u i techno, nie powstał tak naprawdę ŻADEN inny gatunek muzyczny, który byłby dla ludzi czymś zupełnie nowym. W rezultacie, zredefiniował on politykę wydawniczą swej wytwórni, przestawiając ją niemal wyłącznie na dokonywanie reedycji winylowych płyt z przełomu lat 80. i 90. Jednym z jej pododdziałów była firma Créme-Jack, której prowadzenie powierzył weteranowi chicagowskich brzmień, didżejowi i producentowi znanemu jako Traxx.

Tak właściwie nazywa się on Melvin Oliphant III. Dorastając w połowie lat 80., zainfekował się klasycznym house`m, serwowanym przez takich didżejów, jak Ron Hardy, Larry Levan czy Larry Heard w słynnym klubie Music Box. Nie trzeba było długo czekać, aby sam stanął za deckami – w efekcie grywa już ponad dwie dekady. Pierwsze własne produkcje zaczął publikować jednak całkiem niedawno. Najpierw działał w kolektywie The Dirty Criminals, który pozostawił po sobie dwie znakomite płyty wydane przez Gigolo, a potem, usamodzielniwszy się, nagrywał już jako Traxx, ale też ViLLan i XX Art. W końcu założył własną wytwórnię – Nation – i jej nakładem wydał w tym roku swój debiutancki solowy album – „Faith”.

Płyta idealnie wpisuje się w powrót mody na chicagowski house, której świadectwem są choćby niedawne płyty Kikumoto Allstars i Snuff Crew. Muzyka Oliphanta zdecydowanie różni się jednak od pozostałych produkcji tego nurtu – zachowując surowy i szorstki charakter, ujęta jest w bogatsze aranżacje i przebija zza niej jakieś metafizyczne światło.

Podkłady dziesięciu zamieszczonych na krążku nagrań osadzone są na charakterystycznych bitach starego automatu perkusyjnego – twarde i ciężkie, czasem wspomagane dodatkowymi stukami („Introspective”), natarczywie szeleszczącymi talerzami („Cosmic ZigZag”) czy mechanicznym klaskaniem („Body Control”), nadają niespieszny, prawie marszowy puls poszczególnym utworom. Zgodnie z tradycją gatunku oplatają je masywne pochody basu, które pomrukując w oddali, wibrują funkowym groovem („Violent Epoch”) lub tworzą mroczną atmosferę („A Heart Alone”). Ponieważ wszystkie nagrania są dosyć długie, Oliphant, nie rezygnując z hipnotycznej funkcji rytmu, wpisuje weń różne efekty dźwiękowe, sprawiając wrażenie, jakby muzyka była tworzona na żywo.

Podobnie jest zresztą z pozostałymi elementami kompozycji z albumu. Chicagowski producent, wychowany na disco, electro, new romantic, synth-popie i EBM, z powodzeniem sięga po te oldskulowe brzmienia, modyfikując je w typowy dla siebie sposób. Raz pojawiają się więc industrialne dzwony rurowe („Introspective”) i rwane uderzenia warczących klawiszy („Violent Epoch”), a kiedy indziej – nostalgiczna melodia o plastikowym brzmieniu („A Heart Alone”), gęsty motyw organowy o psychodelicznym sznycie („Cosmic ZigZag”) czy wreszcie zbasowane akordy masywnych syntezatorów („Down 2 House”).

Płyta nie byłaby oczywiście kompletna bez acidowych dźwięków. Słychać je przede wszystkim w utworze „Enka”, gdzie rozpływają się w finale w onirycznym strumieniu dochodzącym z dalekiego tła oraz w „XTC For Love”, współtworząc wraz ze zmysłową narracją ekstatyczny charakter kompozycji.

Prawie w każdym nagraniu pojawia się głos Oliphanta – czasem jest to niewyraźna melorecytacja („Introspective”), a kiedy indziej – szeptany refren („Body Control”) lub niemal soulowa wokaliza („Parametric Melody”). W rozmarzonym „My Soul” słychać seksowny śpiew Nancy Fortune, a w finałowym „XTC For Love”, wokalnie wyżywa się sam James T. Cotton.

Ze słów pojawiających się w poszczególnych utworach z „Faith” układa się spójna całość – tytułowe wyznanie wiary w Boga, ludzi, miłość, muzykę i taniec. W tym kontekście, album Melvina Oliphanta III jawi się jako kolejne ogniwo w łańcuchu czarnej tradycji muzycznej, wyznaczanej przez gospel, jazz, soul, funk, house i techno.

www.jak-nation.com

www.myspace.com/jakbeat
Nation 2009

Actress – będzie nowy album!

Sukcesor potężnego Hazyville nabiera pierwszych realnych kształtów, dowiedz się szczegółów! Darren Cunningham, założyciel Werk Discs – matki dla wydawnictw takich artystów jak Lukid czy Zomby, wyda swój nowy album w wytwórni Honest Jon’s, z którą ściśle współpracuje Moritz Von Oswald oraz Mark Ernestus (Basic Channel / Rhythm & Sound).

Katalog oficyny, w którym można znaleźć iracką muzykę z lat 30 jak i nowe produkcje od Hypnotic Brass Ensemble czy Trembling Bells to prawdziwa kopalnia dźwięków z całego świata.

Co więc robi w tym towarzystwie Actress? Ze swoimi techno-2stepowymi kompozycjami nijak pasującymi do stylu i koncepcji HJ? Ta niezwykła konfiguracja okoliczności czyni przyszły album artysty szalenie oczekiwanym i ekscytującym.

Four Tet z singlem – słuchamy

Dobra wiadomość dla fanów Kierana Hebdena – Wasz ulubieniec wydał właśnie nową, niestety limitowaną dwunastkę. W naszym serwisie posłuchacie fragmentów. Na krążku znalazły się dwa kawałki – „Love Cry” oraz „Our Bells”. Fragmentów posłuchać można w serwisie Boomkat.com. Ciekawe, czy singiel rozejdzie się równie szybko, jak wspólne wydawnictwo Hebdena i Buriala (wystarczył jeden dzień).

Matias Aguayo – Ay Ay Ay


Wpływy etnicznej muzyki południowoamerykańskiej na klubową elektronikę z roku na rok stają się coraz wyraźniejsze. Przyczyny są oczywiste – ciągle przybywa utalentowanych producentów o latynoskich korzeniach, by wymienić tylko Ricardo Villalobosa, Luciano czy Dinky. Początkowo ich pochodzenie nie odgrywało większej roli w tworzonej przez nich muzyce. Z czasem zaczęło się to zmieniać – dziś latynoskie brzmienia są tak modne, że sięgają po nie nawet twórcy nie mający południowoamerykańskich korzeni. Najbardziej radykalnym dokumentem zanurzenia się w tamtejszą muzykę etniczną jest nowy album Matiasa Aguayo – „Ay Ay Ay”.

Ten pochodzący z Chile producent od początku swej kariery związał się z kolońskim Kompaktem. Początkowo działał z Dirkiem Leyersem w duecie Closer Music, który pozostawił po sobie jedną, ale znakomitą płytę „After Love”. Kiedy znudziło mu się motoryczne techno, zwrócił się w stronę minimalowego house`u, czego dowodem był jego solowy debiut – „Are You Really Most”. Prawdziwe objawienie przeżył jednak po przeprowadzce do Argentyny. Tam, na ulicach Buenos Aires, zetknął się z lokalną muzyką taneczną, łączącą etniczny puls z elektronicznym brzmieniem. Efektem tego było zaangażowanie się Aguayo w organizowanie „bumbumbox parties”, spontanicznych imprez na ulicach argentyńskiej metropolii, w które wciągani byli przypadkowi przechodnie. Pierwszym muzycznym świadectwem fascynacji Aguayo latynoską kulturą taneczną okazał się jego ubiegłoroczny singiel – „Minimal”. Wraz z późniejszym „Walter Neff” stworzył on podwaliny pod nowy styl chilijskiego producenta, który w pełni objawia się dopiero na wydanym właśnie jego drugim albumie solowym – „Ay Ay Ay”.

Największą innowacją zawartej na nim muzyki jest amorficzna rytmika. Tu nie ma żadnych bitów typowych dla muzyki klubowej – ani house`u, ani techno, ani electro. Są jedynie ich dalekie echa – jak electro-funkowy puls w „Ritmo Tres”, ślady oldskulowego disco w „Rollerskate” czy breakbeatowe motywy w „Ritmo Juarez”. Większość podkładów ma tutaj zdecydowanie etniczny charakter. Raz są to plemienne bębny („Juanita”), kiedy indziej jedynie wyklaskany rytm („Me Vuelvo Loca”) lub ekspresyjny beatboxing („Koro Koro”). Do tego dochodzą silnie podkreślone pochody basu – choć głębokie i dudniące, a momentami nawet jakby zdubowane, to zawsze na swój sposób melodyjne („Desde Rusia”). Co ciekawe, w kilku przypadkach wydaje się, że i one zostały uzyskane w wyniku przetworzenia ludzkiego głosu („Ay Shit – The Master”). Przypomina to bardzo ubiegłoroczny album Dave`a Aju – „Open Wide” – na którym wszystkie zarejestrowane dźwięki pochodziły z ust jego autora.

Podobnie zresztą jest z pozostałymi elementami konstrukcji nagrań z „Ay Ay Ay”. Dominują bowiem w nich wokalizy – przede wszystkim senny, jakby rozmarzony czy wręcz narkotyczny śpiew Aguayo („Menta Latte”), ale również wszelkiego rodzaju chórki, zaśpiewy, okrzyki o wyraźnie latynoskim („Mucho Viento”) lub afrykańskim („Koro Koro”) charakterze. Głosy te układają się gęstą siatkę egzotycznych brzmień, wibrujących w rytm podskórnego pulsu poszczególnych utworów.

Choć Aguayo wyśmiewał minimal w ubiegłorocznym przeboju, to jego obecne kompozycje są również… minimalowe. Właściwie oprócz rytmicznych podkładów i gąszczu ludzkich głosów, nie ma w nich niemal innych dźwięków. Wyjątek stanowią trzy nagrania: „Menta Latte” i „Desda Rusia” ozdobione oszczędnymi dźwiękami ksylofonu oraz finałowa „Juanita” z melodyjną partią akordeonu.

Początkowo słucha się tej płyty z dużym zaciekawieniem – jeszcze nie było tak zaaranżowanej muzyki klubowej. W połowie odtwarzania, krążek traci jednak swój impet – pomysły zaczynają się powtarzać, a ponieważ są niezwykle wyraziste, stają się nudne. Sytuację ratują dwa hipnotyczne nagrania umieszczone pod koniec albumu – „Ay Shit – The Master” i „Me Vuelvo Loca”.

To odsłania siłę i słabość nowych dokonań chilijskiego producenta: jeśli Aguayo udaje się zbalansować transowy puls muzyki klubowej z egzotycznym brzmieniem latynoskiego etno, powstają nagrania intrygujące, ale kiedy te drugie dźwięki zaczynają dominować, utwory osuwają się w stronę typowego world music, w którym fan nowoczesnej elektroniki nie znajdzie wiele dla siebie.

W efekcie „Ay Ay Ay” pozostanie ciekawym eksperymentem o charakterze sezonowej ciekawostki. Trudno bowiem sobie wyobrazić, aby chilijski producent mógł nagrać kolejną płytę opartą na tym samym pomyśle.

www.kompakt.fm

www.myspace.com/kompakt

www.myspace.com/bumbumbox
Kompakt 2009

Plateaux Festival też został wyróżniony przez RA!

Włoskie Torino, brazylijska Fortaleza oraz…polski Toruń i Bydgoszcz – to światowe destynacje polecane w listopadzie przez serwis Resident Advisor. Plateaux Festival otrzymał miano trzeciego najlepszego festiwalu na świecie! To kolejne wyróż‪nienie RA dla polskiej imprezy – po krakowskim Unsoundzie, który w październiku uplasował się na drugim miejscu w rankingu RA. – Polska staje się wylęgarnią coraz ciekawszych europejskich festiwali – piszą dziennikarze Resident Advisora, którzy w lineupie Plateaux polecają szczególnie występ Fennesza. Czytajcie więcej na stronach RA.

Przypomnijmy, że na Plateaux zagrają również Akufen, Deaf Center, Lusine, Bodycode, The Sight Below i wielu innych. W Toruniu i Bydgoszczy odbędą się również warsztaty i prezentacje. Początek 19 listopada.

Szczegóły na uruchomionej niedawno stronie festiwalu – www.plateauxfestival.pl.

„Toive” – nowe video Vladislava Delay’a

Fiński producent Sasu Ripatti pod pseudonimem Vladislav Delay dwa miesiące temu wydał odmienny od swoich dotychczasowych dokonań album „Tummaa”, z którego pochodzi najnowszy teledysk do utworu „Toive”. Vladislav Delay jest bardzo cenionym muzykiem na scenie elektronicznych eksperymentów, ale poprzez nagranie materiału na „Tummę” pokazał, że obecnie ciągnie go do żywych dźwięków oraz improwizowania z brzmieniem. Było to odważne posunięcie i dosyć duża zmiana wizerunku Fina, który ciągle próbuje zaskakiwać.
Teledysk do utworu „Toive” („Życzenie”) wyreżyserowali Carolina Melis i Lorenzo Sportiello. Do dźwięków maszerującej perkusji, warczącego basu oraz dzikiej melodii klarnetu, sfilmowano cykl życia różnorakich form lodu, które zmieniają i przybierają coraz to nowe kształty. Efekty współpracy artystów można zobaczyć poniżej.

Deadbeat dwukrotnie u nas

Informacja nie dla tych, którzy twierdzą, że Deadbeat się już skończył. Scott Monteith ponownie planuje przyjechać do naszego kraju. Artysta zagra w listopadzie. Sprawdźcie, gdzie. Przez wielu nadal uznawany jest za jeden z większych talentów światowego ambient-dubu. Pochodzący z Montrealu Scott Monteith jest jednym z najważniejszych przedstawicieli tamtejszej sceny minimal, w ramach której działają również tacy artyści jak choćby Akufen czy Jeff Milligan.

Artysta zagra w Polsce dwukrotnie:

  • 13 listopada – Jazzga (bilety 20zł, więcej na tej stronie)
  • 14 listopada – Poznań, Eskulap

Dubkasm – Transform I


Dubkasm tworzą dwaj muzycy, zamieszkały w Brazylii producent Digistep i rezydujący w Wielkiej Brytanii DJ Stryda, obaj zafascynowani dubowym brzmieniem. Dlatego Dubkasm można nazwać połączeniem dwóch muzycznych kultur: to digital dub głęboko zakorzeniony w klasycznych brzmieniach roots reggae. Na ich debiutanckim albumie „Trasform I” wyraźnie słychać wpływy Kinga Tubby’ego, Lee „Scratcha” Perry’ego czy też Mad Professora. Artyści nagrywają razem od kilkunastu lat, a do współpracy zawsze zapraszają innych muzyków oraz weteranów mikrofonu. W ten sposób powstawały liczne epki, wydawane w wytwórni duetu, Sufferah’s Choice, która wzięła nazwę od audycji prowadzonej przez DJ-a Strydę, jak również najnowsze dzieło.
Na „Transform I” usłyszymy wiele brazylijskich plemiennych instrumentów, m.in. berimbau, cavaquinho i zabumbę, oczywiście nie ujdzie nam uwadze melodika albo flet, a wszystko podane z wyczuciem i zmiksowane z elektroniką w nowoczesny sposób.
Jednak otwierający płytę wstępniak, oprócz wymienionych wyżej, tworzy jeszcze jedno, dosyć dziwne skojarzenie. Flet i bębny oraz dołączający do nich wokal sprawiają wrażenie produkcji Asa-Chaga i Junray’a z ich tablami i rytmicznymi melorecytacjami – tak wygląda „Tsu gi ne pu” według Dubkasmu. W następującym po nim „From the Foundation” na mikrofonie udziela Gdyby w „City Walls” odjąć melodikę i saksofon i dać w zamian metaliczne akordy, powstałoby dub technosię Dub Judah, zaś sam utwór brzmi już jak najczystsze dub reggae. Rozpoczyna się dźwiękami berimbau, żeby za moment uderzyć czystą, głęboką linią basową i leniwą perkusją, do których buja nas melodyjny głos wokalisty. Podobnie jest w „More Jah Songs”, gdzie artystów wspomógł Tena Stellin. Gdyby natomiast utworowi „City Walls” odjąć snującą się melodikę i saksofon, dając w zamian metaliczne akordy, stałby się on typowym utworem dub techno z może nieco wyraźniejszym basem.
Jednym z najbardziej zakorzenionych w Brazylii utworów jest wesoły „Moses” z Rasem B. przy mikrofonie. Melodie na zmianę napędza sekcja dęciaków i cavaquinho, które podskakują do bębna cuica, co wprowadza nas w bardziej elektroniczną część albumu, gdzie w „Strictly Ital” perkusja walczy o przewodnictwo z cyfrowym basem, a melodika z zagubionymi w pogłosach nutami. Solidny „Babylon Ambush” rozpoczyna się odległymi dźwiękami industrialnych uderzeń, później wwierca twardym basem i przesterowaną a rozedrganą struną. Naprawdę mocne uderzenie, które wszak niknie bez śladu w kolejnym utworze, soulowym „There’s a Love”, w którym usłyszymy Christine Miller w otoczeniu chórków. Tak mniej więcej wygląda pierwsza część albumu, w drugiej spotykamy się z tą samą jakością i autentycznym zaangażowaniem.
Muzyka duetu wyrasta wprost z Brazylii, nie ucieka od latynoskich odniesień, nurtu samby albo afrykańskich brzmień i pulsuje tamtą energią na gruncie Bristolu. Cywilizacyjne nagromadzenie tradycji udało się tak dobrze, że w gruncie rzeczy możemy pominąć ten aspekt, jako niezauważalny, bo do szpiku kości jednolity. To chyba zasługa Digistepa i Strydy, którzy duchowo wywodzą się z dubu.
Tak jak Mark Ernestus z Moritzem von Oswaldem jako Rhythm & Sound przenoszą jamajską atmosferę na grunt cyfrowej, ostrej niczym brzytwa elektroniki, Dubkasm miesza te dwie kultury w jedno, tworząc nową oprawę dla dawnego, znajomego przekazu.
MySpace
Dubkasm.com
Gusstaff.com
Sufferah’s Choice, 2009

Warto posłuchać: Mouse on the Keys

Dziś w ramach cyklu Warto Posłuchać odejdziemy trochę od elektroniki i skupimy się na okolicach jazzu i… math-rocka. Wszystko za sprawą grupy Mouse on the Keys. Mouse on the Keys to japońskie trio, grające muzykę, którą generalnie można zakwalifikować jako jazz. Kiedy jednak zwrócimy uwagę na partie perkusji i instrumentarium grupy, takie zaszufladkowanie nie wydaje się już całkiem oczywiste.

W skład tria wchodzą Akira Kawasaki,
Atsushi Kiyota oraz Daisuke Niitome. Wszyscy grają na instrumentach klawiszowych, ze szczególnym naciskiem na fortepian, a Kawasaki dodatkowo obsługuje perkusję.
Muzyka zespołu zwykle oparta jest na dialogu perkusji i dwóch fortepianów. Dialogu można powiedzieć międzypokoleniowemu, ponieważ bębny wygrywają połamane, math-rockowe rytmy, a klawisze odpowiadają oryginalną klasyczno-jazzową hybrydą.
Grupa wydała dotychczas dwie płyty – epkę Sezession oraz pełnoprawny album An Anxious Object.
Fragmenty poniżej.

Sezession:

An Anxious Object:

Fuckpony – Let The Love Flow


Jay Haze jest jednym z najbardziej niespokojnych duchów tanecznej elektroniki. Choć pochodzi z Pensylwanii, na początku obecnego wieku przeprowadził się na stałe do Berlina, aby być jak najbliżej centrum nowych brzmień. Tam, powołał do życia trzy własne wytwórnie płytowe (Contexterrior, Tuning Spork i Future Dub), nie rezygnując jednocześnie ze współpracy z bardziej znanymi firmami (Kitty Yo, Get Physical, BPitch Control). Ich nakładem publikował pod różnymi pseudonimami wielowymiarowy materiał – od techno, przez house, po dubstep. Co ciekawe, największą popularność przyniosły mu nie dosyć eklektyczne autorskie płyty firmowane pseudonimem Jay Haze, ale nagrania wydawane pod szyldem Fuckpony, będące kwintesencją jego klubowych zainteresowań. Trzy lata po ciepło przyjętym debiucie „Children Of Love”, otrzymujemy więc kolejny album tego projektu – „Let The Love Flow”.

Płyta rozpoczyna się długim wprowadzeniem – wibrujące pasaże klawiszy, podbite mechanicznymi stukami i improwizowaną partią „żywej” perkusji, niosą syntetyczne wejścia dęciaków, oplecione dubowymi efektami („R U Feeling Abroad”). Dopiero w połowie utworu uderza house`owy bit, doprowadzając całość do energetycznego finału. Podobnie jest w „I`m Burning Inside”. Pierwsze dźwięki nagrania wskazują, że będziemy mieli do czynienia z nastrojowym IDM – dopiero twardy bit techno, opleciony mrocznym basem, sprawia, iż kompozycja nabiera tanecznego pulsu, łącząc kąsające akordy klawiszy z wokalnym samplem.

Ten ostatni wątek rozwija pełniej „I Know It Happened”. Na zbasowanym podkładzie o dub-house`owym tempie, rozbrzmiewa bowiem zmysłowa wokaliza Cheli Simone, idealnie korespondując z rwaną partią saksofonu, stanowiącą jakby groteskowe odbicie podobnej wstawki ze słynnego „Destination Unknown” Alexa Gaudino. Po raz drugi żeńskie głosy pojawiają się w „Fall Into Me”. Tym razem to duet – wraz z Chelą Simone śpiewa Laila Tov, tworząc emanujący erotycznym tchnieniem detroitowy deep house.

Podobnie głębokie bity znajdujemy w „A Pills Medley”. W tym przypadku Haze podbarwia swoją kompozycję jeszcze bardziej na amerykańską modłę. „Żywy” pochód bębnów, wspartych plemiennymi congami, niesie tu soczystą partię jazzujących organów i melodyjnie pobrzękujące piano. Choć wszystko to ma euforyczny charakter, kończy się zaskakującym wejściem filmowych smyczków o niepokojącym klimacie. Perkusja i fortepian są również głównymi elementami brzmienia „You Can`t Touch But Feel Free To Look” – tym razem Haze uzupełnia je transowym arpeggio, niespodziewanie przełamanym dubstepowym breakiem.

Bardziej oldskulowy charakter mają dwie inne kompozycje – „Real Love Is Forever” i tytułowa „Let The Love Flow”. Amerykański producent składa w nich hołd mistrzom house`u z Chicago, sięgając po mechaniczny rytm automatu perkusyjnego i radosne akordy syntetycznego piano.

To, że Haze trzyma jednocześnie rękę na pulsie modnych brzmień, staje się jasne po przesłuchaniu „Orgasm On The Dancefloor (Saturday Night” i „Always Sunday”. W pierwszym nagraniu pojawiają się popularne obecnie wtręty w stylu latino (fortepian i perkusjonalia), a w drugim – zgrabna stylizacja na minimal, zmiksowany z melancholijnymi dźwiękami spod znaku IDM.

Pomijając groteskowe tytuły utworów, „Let The Love Flow” robi świetne wrażenie: pomysłowością aranżacji, ciekawymi melodiami, bogatym brzmieniem, świeżym spojrzeniem na kanon klubowego grania. Kiedy się słucha takiej płyty, przyszłość klubowej elektroniki maluje się w jasnych barwach.

www.bpitchcontrol.com

www.myspace.com/bpitchcontrol

www.myspace.com/fuckpony
BPitch Control 2009

Encyklopedia Elektroniki – Rozdział #2: BURIAL

W dzisiejszym wydaniu audycji, która rozpocznie się o północy na falach Szczecin.FM, przedstawiona zostanie sylwetka Buriala. Enigmatyczny mieszkaniec południowego Londynu, który jeszcze do zeszłego roku pozostawał całkowicie anonimowy. W społeczeństwie zwyczajny „everyman”, którego codziennie mija się na ulicy, w muzyce – autor dwóch absolutnie wyjątkowych płyt, obok których nie sposób przejść obojętnie. Niesłusznie podciągany pod dubstep, zdołał wypracować własny, całkowicie unikalny styl. Twórca wielkomiejskich hymnów będących soundtrackiem zarówno do egzystencjalnych rozterek, jak i nocnych powrotów do domu, kiedy portfel świeci pustkami, a głowa pęka od alkoholu i nadmiaru wrażeń. Już dziś, punktualnie o północy, w drugim rozdziale „Encyklopedii Elektroniki” – Burial.

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Blog: http://szczecin.fm/Audycja

Dygas i Sienkiewicz na Automatik Night

Margaret Dygas – od lat mieszkająca na Zachodzie i Jacek Sienkiewicz – od urodzenia wierny rodzinnej Warszawie – to gwiazdy kolejnej edycji Automatik Night, która odbędzie się 13 listopada w poznańskim Starym Browarze. Oboje w swoich kategoriach – ona jako znakomita DJ-ka, on jako uznany producent – plasują się w czołówce europejskiej sceny. To dwoje Polaków, którzy zrobili międzynarodowe kariery na rynku muzyki elektronicznej.

Już 13 listopada będą bohaterami Miller Fresh Sound Automatik Night 46 – imprezy pod patronatem marki Miller Genuine Draft. Wielką atrakcją 46. edycji automatikowej nocy będzie także występ LIVE poznańskiego żeńskiego duetu JOANA & AN ON BAST!

Kiedy, gdzie, za ile?

  • Piątek 13 listopada 2009
  • Start – godzina 22.00
  • Poznań, klub SQ (Stary Browar)
  • Bilety: 15-25 zł
  • Więcej: www.automatik.pl

Ólafur Arnalds – Found Songs


Ólafur Arnalds jest młodym islandzkim muzykiem, który poprzez łączenie klasycznych instrumentów z delikatną elektroniką postanowił przybliżyć muzykę klasyczną zwykłemu słuchaczowi. Jego twórczość cechuje delikatne brzmienie, gdzie na pierwszy plan wysuwa się fortepian, potem smyczki, a później inne dodatki.
Taki charakter miał jego debiut sprzed dwóch lat, „Eulogy For Evolution”, jak i ubiegłoroczna epka „Variations of Static”. Podobne brzmienie odnajdziemy na najnowszym dziele Arnaldsa – „Found Songs” – tyle że materiał tutaj zawarty wydaje się spokojniejszy, bardziej kameralny, jak gdyby artysta dojrzał, choć nie jest to diametralna zmiana. Siedem utworów zawartych naNostalgiczne nuty smyczków, choć smutne, pozostawiają po sobie pogodny nastrój „Found Songs” powstało w tydzień, przy czym założenie było takie, aby na każdy z osobna poświęcić jeden dzień. Arnalds wywiązał się z zadania, zaś efekty swojej pracy opublikował w Internecie, skąd do tej pory słuchacze ściągnęli album około stu tysięcy razy. Dopiero później „Found Songs” zostało wydane w tradycyjnej, aczkolwiek limitowanej wersji poprzez label Erased Tapes.
Płytę otwiera utwór „Erlas Waltz”, który znakomicie pasowałby do repertuaru Yanna Tiersena i z pewnością odnalazłby się w roli ścieżki dźwiękowej do „Amelii”, ale nie można też pominąć inspiracji Erikiem Satie, i przykładowo jego „Gnossienne”. Minimalne powtarzalne partie pianina są tym, co często jest właściwe muzyce wymienionych artystów. Następujący po „Walcu” „Raein” najpierw delikatnie, po chwili już śmiało rozbrzmiewa rzewnymi smyczkami, przy których spokojnie, niby pogrzebowo maszerują czarno-białe klawisze.
W „Allt Varð Hljótt” przewodzącym skrzypcom wtórują śnieżne dzwonki. Z kolei „Lost Song” od razu kojarzy się z dokonaniami Clinta Mansella, ponieważ do rytmicznej sekcji instrumentów dołącza elektroniczna perkusja, wspominając „Requiem dla snu”. Ostatni utwór, „Ljósið”, regularnie dźwięczy klawiszami fortepianu à la Sigur Rós (z którymi zresztą Arnalds koncertował) oraz nostalgicznymi nutami smyczków, które choć smutne, pozostawiają po sobie pogodny nastrój.
Do muzyki Ólafura Arnaldsa doskonale pasują słowa Milana Kundery: „Smutek był formą, a szczęście treścią”. W tym przypadku mówią tyle tylko, że na przekór melancholijnych dźwięków, chcemy go słuchać. Ale dlaczego chcemy, nie odpowiem, zostawię to do osądzenia innym.
Pod nazwami kolejnych utworów znajdują się linki do ściągnięcia plików.
1. Erlas Waltz
2. Raein
3. Romance
4. Allt Varð Hljótt
5. Lost Song
6. Faun
7. Ljósið
Faund Songs
MySpace
Erased Tapes
Erased Tapes 17, 2009

Dorian Concept – When Planets Explode


Muzyczna Austria słynie przede wszystkim z chilloutu, lounge’u, downtempo i pochodnych (Kruder & Dorfmeister, Tosca, Sofa Surfers, Waldeck i wielu innych). Na tym tle Oliver Jonson vel Dorian Concept jawi się jako outsider, bo choć jego twórczość – za którą poręczył sam Gilles Peterson – jest zdecydowanie luźna, czerpie z innych źródeł.

„When Plantes Explode” to gatunkowa mieszanka wybuchowa, w skład której wchodzą: powykręcany instrumentalny hip-hop, electro, funk, ambient, glitch, IDM, a także rozumiane „po zachodniemu” techno i… wyczuwalny gdzieniegdzie duch Daft Punk, choć to raczej osobiste skojarzenie. Całość trwa niewiele ponad pół godziny, lecz stężenie akcji jest tak wysokie, że można by nim obdzielić dziesiątki innych produkcji. Rytmika i feeling większości kawałków zostały oparta na hip-hopowych kanonach, ale Jonson nieustannie kombinuje, stosując braindance’owe zagrywki, nagrywając na setkę i improwizując (czy tak rzeczywiście było – tego nie wiem, ale tak to brzmi). Płyta ma kapitalny, „koncertowy” flow i jest znakomicie wyprodukowana, wręcz lśni pomysłami i dźwiękowymi niuansami. Artysta szczególnie upodobał sobie porażające partie masywnych syntezatorów, które chwilami lekko fałszują.

Go to Beatport.com Get These Tracks Add This Player

Kareta asów w postaci „Freehanded Monkey, „Color Sexist”, „The Fucking Formula” i „Fort Teen” przekonuje, że takich beatów nie powstydziłyby się największe tuzy gatunku. Słychać zresztą, że Wiedeńczyk wzorowo odrobił pracę domową, dogłębnie studiując tajniki techniki Flying Lotusa, Clarka, Madliba, Toma Burbanka i Prefuse 73. A jednak, pomimo pewnych oczywistych wzorców, jest w tej muzyce coś naprawdę wyjątkowego i pociągającego, swego rodzaju alternatywna przebojowość – celowo przybrudzona i niedostrojona, a jednak harmonijna i porywająca.

Oliver Jonson odnalazł złoty środek między chwytliwymi melodiami a eksperymentem, szczęśliwie unikając zarówno „przebaunsowania” w stylu drugiej płyty edITa, jak i przegięcia w środkach wyrazu, którego ofiarą po części padł Hudson Mohawke, skądinąd zdolny i muzycznie bliski Dorian Concept. „When Planets Explode” to jedna z najciekawszych tegorocznych premier, o której za kilkanaście lat będzie się mówić, że tak właśnie grano w pierwszej dekadzie XXI wieku.

Kindred Spirits

Dorian Concept @ MySpace
Kindred Spirits, 2009

Lali Puna nagrywa nowy album – zobacz video

Pięć długich lat minęło od premiery „Faking The Books” – ostatniej jak dotąd studyjnej płyty avant popowego projektu Lali Puna. Na szczęście muzycy wrócili wreszcie do studia, gdzie pracują nad premierowym materiałem. W sieci pojawiło się pierwsze video, na którym możemy posłuchać fragment nowej kompozycji. Niemiecka Lali Puna zdobyła dużą popularność wydanym w 2001 roku swoim drugim albumem – „Scary World Theory„. Potem była wspomniana, nieco bardziej gitarowa „Faking The Books„, następnie zaś cisza, przerwa, podczas której muzycy zespołu poświęcili się innym projektom. Po pięciu latach Lali Puna zapowiada wreszcie nowy materiał. Na MySpace grupy pojawiło się takie oto video:

Premiera nowego materiału zaplanowana została na kwiecień 2010.

Demdike Stare – Symbiosis


To jeden z najbardziej niekonwencjonalnych duetów w historii nowoczesnej elektroniki. Tworzy go bowiem producent muzyczny i… kolekcjoner płyt. Pierwszy z nich to Miles Whittaker, znany z działalności w Pendle Coven i solowym projekcie MLZ, a drugi – Sean Canty, szef wytwórni Finders Keepers, a jednocześnie właściciel gigantycznej kolekcji winylowych albumów. Ich spotkanie zaowocowało pomysłem na nagranie materiału z wykorzystaniem najbardziej ekscentrycznych dźwięków znalezionych na płytach ze wspomnianych zbiorów – od norweskiego metalu, przez irańskie etno, po indyjskie soundtracki. W ten sposób powstał debiutancki krążek duetu – „Symbiosis”.

„Suspicion Drone” otwiera album potężnym uderzeniem kościelnego dzwonu, którego echo zostaje rozciągnięte w niepokojącą smugę wolno płynącego szumu. Z jego toni wyłania się powoli kroczący akord klawiszowy, stanowiący jedyną w tym nagraniu namiastkę rytmu. Wszystko to oplatają metaliczne stuki, tworzące industrialny klimat utworu. W podobnym stylu utrzymany jest również „Regressor” – tutaj głównym wątkiem jest pobrzękujący dron, w którym zanurzone zostają zdeformowane ludzkie nawoływania, brzmiące niczym głosy zmarłych, uwieczniane niegdyś przez Konstantina Raudive. Takiej muzyki nie powstydziliby się mistrzowie dark ambientu z niesławnej Cold Meat Industry w rodzaju Deutsch Nepal czy Brighter Death Now.

Pierwsze rozpoznawalne sample pojawiają się w „All Hallows Eve”. To przetworzone dźwięki jazzowego wibrafonu, które prowadzą do przemysłowej partii metalicznych perkusjonaliów, wpisanych w kontekst perlistych klawiszy. „Jannisary” rozbrzmiewa z kolei przemielonymi w komputerze fragmentami irańskich instrumentów smyczkowych. Podbite plemiennym rytmem prowadzą one w krainę toksycznego ambient dubu spod znaku Billa Laswella i jego projektu Divination. Zbliżone dźwięki znajdujemy w „Trapped Dervish”. Już sam tytuł utworu wskazuje, iż źródłem poszatkowanych sampli o brzęczącym tonie, może być tureckie buzuki. Uzupełnione przez arabską wokalizę i miarowy pochód bitu, tworzą one paranoiczny klimat rodem z książek Burroughsa czy Bowlesa. Niemal wyłącznie zbudowany z sampli jest „Gonjoined”. To właściwie zapętlony motyw wygrywany na afrykańskich bębnach, który z powodzeniem mógłby się znaleźć na wczesnych płytach kraut-rockowych gigantów z Fausta czy Amon Düül II.

Wyraźniejszy wpływ dokonań Pendle Coven na muzykę Demdike Stare znajdujemy właściwie tylko w dwóch nagraniach. „Hexan Dub” to mroczny dubstep niesiony przez tribalowe bity wsparte reggae`owymi samplami wokali i perkusji. Jego podstawowa wersja – „Hexan” – bliższa jest klasycznemu dub-techno z berlińskiej szkoły. Świadczą o tym tworzące je elementy –przewiercone świdrującymi echami skorodowane akordy blaszanych klawiszy.

Płytę kończy równie mocne nagranie jak to, które ją otwierało – „Ghostly Hardware”. To również dark ambient, ale tym razem wystylizowany na laboratoryjne thrillery rodem z Säkho. Oto bowiem typowe dla nagrań z tej wytwórni rytmiczne cykanie, oplatają wijące się strumienie żrących syntezatorów, zza których dochodzą miarowe uderzenia tektonicznego bitu.

„Symbiosis” to zaskakująco ciekawy eksperyment – lokujący się gdzieś na przecięciu kontrkulturowych preparacji rodem z post-industrialu, dźwiękowych poszukiwań w obrębie korzennego world music i dubowych śladów w nowoczesnej elektronice.

www.modern-love.co.uk.com

www.myspace.com/pookawig

Modern Love 2009

Oszibarack razem z Hexstatic

Wrocławski zespół Oszibarack, którego energetyczny występ mogliśmy oglądać choćby podczas tegorocznego Festiwalu Nowa Muzyka, planuje wyjątkowy występ w Londynie, w słynnym klubie Koko. Razem z Hexstatic i Shlom! Wszystko w ramach czwartej edycji Videocrash – popularnego w Londynie cyklu organizowanego przez znanego promotora Soundcrash, specjalizującego się w wykonawcach Ninja Tune i Warp – www.myspace.com/soundcrashproductions.

Koncert odbędzie się 7 listopada, obok Oszibarack na scenie wystąpi również Hexstatic i Shlom. Więcej o imprezie na profilu Facebook. Podczas pobytu Oszibarack w Londynie nakręcony zostanie film dokumentalny. Planowana jest również sesja zdjęciowa.

Sam zespół pracuje obecnie nad swym kolejnym albumem, którego premiera planowana jest na początek 2010. W planach jest również DVD.

Niebawem kolejny składak RAM Cafe

Na przełomie października i listopada ukaże się „RAM CAFE 4”, kolejna znakomita kompilacja przygotowana wspólnie przez wrocławskie Radio RAM i Magnetic Records. Co najmniej połowa materiału zawartego na płytach to utwory niepojawiające się wcześniej w sprzedaży na krążkach CD na terenie Polski! Zawartość muzyczna krążków to mieszanka brzmień charakterystycznych dla wrocławskiego Radia RAM – chillu outu, muzyki lounge, nu soulu, down tempo, latino, elektro, etc.

„RAM Cafe” to także utwory absolutnie premierowe: specjalnie dla „RAM Cafe 3” powstała wokalna wersja tematu „In Space” grupy Royksopp, zaśpiewana przez Karolinę Amirian.

Bogato reprezentowane jest bardzo mocne ostatnimi laty wrocławskie środowisko muzyczne, na kolejnych albumach pojawiały się premierowo piosenki Digit All Love, Husky’ego, Oszibaracka, Me Myself & I, Miloopy czy Mariiji. Na „RAM Cafe” znajdziemy też utwory opublikowane jedynie na singlach winylowych bądź na myspace poszczególnych artystów.

Osobą odpowiedzialną za dobór repertuaru jest szef muzyczny wrocławskiego Radia RAM, Piotr Bartyś. Dokładną tracklistę poznamy już wkrótce!

Deathprod, Sylvain Chauveau na Moving Closer 2009!

Przyznaję się do zaniedbania – w moim podsumowaniu najciekawszych jesiennych festiwali ewidentnie zabrakło Moving Closer – arcyciekawej imprezy, która rozpocznie się 8 listopada w Warszawie. Zobaczcie, kto tam zagra! Tegoroczna edycja festiwalu odbędzie się w dniach 8 listopada – 6 grudnia. Miejscem koncertów będzie warszawski klub Powiększenie. Oficjalna strona imprezy to www.movingcloser.com.pl, ale lineup i najnowsze informacje znajdziecie na stronach serwisu Independent.

Zagrają

Arve Henriksen & Helge Sten (aka. Deathprod) – duet najbardziej oczekiwanego połączenia muzyki Arve Henriksena – kompozytora, trębacza, innowatora muzyki jazzowej oraz Helge Stena występującego również jako Deathprod – legendarnej postaci sceny noisowej, bezkompromisowego muzyka,który podejmuje się jedynie tych działań artystycznych, które są dla niego wyzwaniem.

www.arvehenriksen.no

Sylvain Chauveau (FR) – nagrywał płyty solowe w labelach takich jak: Type, FatCat, Nature Bliss. Grał koncerty na całym świecie oraz brał udział w tournee wraz z zespołami takimi jak Sigur Ros, Fennesz, Bernhard Günter, Phil Durrant.

www.sylvainchauveau.com

Svante Henryson (SE) – innowator i wirtuoz wiolonczeli, mistrzowski kompozytor i improwizator, biegły we wszystkich językach muzycznych. Jego poruszająca niebo i ziemię gra na elektrycznej wiolonczeli opisywana jest jako połączenie gitary rockowej, jazzowego kontrabasu, hinduskich skrzypiec i wiolonczeli klasycznej.

www.myspace.com/svantehenryson

Martin Herterich (SE) – wybitny wykonawca i kompozytor muzyki ambientowej i noise. Nagrywał dla labeli takich jak Kesh (UK), Kalligrammofon (SE), Hwem (SE).

www.myspace.com/martinherterich

Zagrają również

Podczas festiwalu zagrają też m.in. Belki (RU), Puch, Carl Michael von Hauswolff, Elektrownia, Tymański Yass Ensemble, Baaba, Shofar Quintet, The Ex, Anthea Caddy & Thembi Soddell.

Nowamuzyka.pl objęła Moving Closer swym patronatem.

Dźwięki z Brennnessel we Wrocławiu

13 listopada zapraszamy do Wrocławia, gdzie w Firleju zagrają reprezentanci nowego polskiego net-labelu Brennnessel: Kamp! i Michell Phunk. Kamp! powstał w 2007, choć drogi jego twórców splotły się wiele lat temu. Wiosną 2008 powstały pierwsze utwory, opublikowane na MySpace. Dziś Kamp! uznawany jest za jednej z najciekawiej zapowiadających się polskich nowych zespołów – trio ma za sobą występy na największych tegorocznych festiwalach w polsce, przed sobą natomiast premierę pierwszego dużego albumu.

Michell Phunk

„French electro funk from Częstochowa” – tak na MySpace opisuje swoje dźwięki Michał Biernacki, czyli Michell Phunk. Artysta prezentuje nowocześną taneczną muzykę elektroniczną inspirując się francuskim housem w stylu Daft Punk czy Justice, w której pełno jest dźwięków syntezatorów i popowego zacięcia.

Muzykę obu wykonawców ściągnięcie ze strony www.brennnessel.pl

Początek koncertu: godz. 20.00. Bilety w cenie 20 zł do nabycia w sieciach sprzedaży Eventim.pl, Ticketportal.pl, Ticketpro.pl. Polecamy!