Betonkust & Palmbomen II – Center Parcs
Paweł Gzyl:

Soundtrack do wspomnień z taśmy VHS.

Eltron – Le Volte EP
Ania Pietrzak:

Panie i Panowie, zapraszamy do podwodnego tańca! Wężykiem, wężykiem…

Lolasister – Infinite Jest EP
Łukasz Komła:

Debiutancka EP-ka szwajcarskiego zespołu Lolasister to poetycki mariaż folku i jazzu.  

LUMP – Lump
Jarek Szczęsny:

Produkt wysokiej jakości.

AMMAR 808 – Maghreb United
Łukasz Komła:

Syntezator zjednoczył Maghreb!

Watergate 24 – Mixed By Jimi Jules
Paweł Gzyl:

Ucieczka w tropiki.

Patrick Higgins – Dossier
Jarek Szczęsny:

Pół na pół.

Eartheater – IRISIRI
Paweł Gzyl:

Pociągająca niejednoznaczność.

Âme – Dream House
Paweł Gzyl:

Wymarzony album, wymarzony dom.

Jon Hassell – Listening To Pictures (Pentimento Volume One)
Łukasz Komła:

81-letni twórca terminu „Czwarty Świat” wraca z nowym albumem. To nie jest fake!

Oneohtrix Point Never – Age Of
Jarek Szczęsny:

Piosenki – tak. Koncept – nie.

Mgun – Axiom
Paweł Gzyl:

Z szacunkiem dla poprzedników.

Mary Lattimore – Hundreds of Days
Jarek Szczęsny:

Odrębny mikrokosmos.

Voin Oruwu – Big Space Adventure
Ania Pietrzak:

„Kwaśna” przesyłka z Kijowa z biletem na samotny lot w kosmos. Nie awizujcie!



Juana Molina – Halo

Juana Molina to dobra czarownica.

Od takich słów zaczyna się tekst towarzyszący nowej płycie argentyńskiej artystki pod tytułem „Halo”. Jej urok osobisty, niczym niewymuszona uroda, a także sceniczna przeszłość w skórze komika splatają się w osobliwy wizerunek bycia właśnie taką czarownicą w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Przy okazji przypomniałem sobie, jak rozentuzjazmowana latynoska publiczność oczekiwała od Moliny na jej pierwszych koncertach, tuż po wydaniu debiutanckiego albumu „Rara” (1996), ogromnej dawki śmiechu i żarcików, jakie Argentynka prezentowała skądinąd w swoim telewizyjnym show.

Całe szczęśćcie, że artystka wtedy zerwała z telewizyjnym blichtrem na rzecz tworzenia muzyki. Po kilku latach jej muzyczna kariera nabrała tempa, później uzyskała aprobatę Davida Byrne’a i Willa Oldhama. O jej nagraniach zaczęła pisać światowa prasa, co skutkowało graniem światowych tras koncertowych. Zbliża się kolejna wyprawa, promująca siódmy w dorobku Moliny solowy longplay „Halo”. Co ciekawe, jej tegoroczna trasa zakończy bieg 24 czerwca w Polsce, na białostockim Halfway Festivalu.

Po czterech latach przerwy od poprzedniego krążka Juany, „Wed 21” (2013), otrzymaliśmy od niej dwanaście premierowych kompozycji zarejestrowanych poza Buenos Aires, w jej domowym studiu, jak też w Sonic Ranch Studio w Teksasie, z udziałem zaprzyjaźnionych muzyków, między innymi z gitarzystą Deerhoof Johnem Dieterichem.

Po uważnym wsłuchaniu się w „Halo” przychodzi na myśl projekt Congotronics vs Rockers, w którym niegdyś brała udział Argentynka. Ten afrykański polirytmiczny puls czai się w wielu fragmentach, ale każdorazowo jest poddany oryginalnej filtracji – czy to przy użyciu elektroniki, czy warstwy rytmicznej w połączeniu z gitarami. No i oczywiście niepowtarzalnej chrypce Moliny, niedającej się łatwo porównać z innym znanym nam głosem. Nie tylko jej barwa głosu wyrywa się z wnyk sztampowych określeń, podobnie jest z samą muzyką. Nie są to łatwe, proste, słodkie, zbryzgane lukrem piosnki pisane na folkową modłę pożerającą pop i elektroniczne odpryski.

Po nieprzyzwoicie melancholijnym początku „Paragauaya” przechodzącym w równie nieprzyzwoity odrealniacz „Sin Dones”, gdzie Molina i jej kompani szturchają nas swoistym rwetesem. Już sobie wyobrażam, jak pięknie zabrzmi nocą na HF „Lentisimo Halo” – niesamowicie intymna opowieść wyszeptywana przy akompaniamencie gitary. Znakomity „In The Lassa” zestawiłbym z ubiegłorocznym i bardzo dobrym albumem duetu Dieterich & Barnes – „The Coral Casino”, jak również z produkcjami Islaji.

Każdy kolejny utwór zaskakuje świeżością, dopracowaniem i nieprzewidywalnością, na przykład gitarowy „Cosoco”, kosmicznie intymny „Calculos y Oraculos” czy błyskotliwie sączący się „Los Pies Helados”. Pustynny gitarowy blues pomruczał sobie przy polirytmicznym wiaterku w „A00 B01”, zaś automat perkusyjny, syntezator i gitara odliczają wspólnie takty w „Cara de Espejo”, niosąc nas bliżej orbity Björk. Elektroniczny „Ando” wkręca się w umysł jak spirala. Z kolei brzmienie pierwszych akordów gitary w „Estalacticas” może kojarzyć się z tym, jakie King Crimson uzyskało na „Eyes Wide Open”. Plemienne bębny „Estalacticas” zamieniają folkową manierę w nowoczesny puls. Album zamyka ballada „Al Oeste” o wysokim stężeniu emocji.

Na koniec mój wniosek jest bardzo prosty: nie znając „Halo” trudno będzie rzetelnie rozmawiać o tym, co się wydarzyło w roku 2017.

05.05.2017 | Crammed Discs

 

Oficjalna strona artystki »Profil na Facebooku »Strona Crammed Discs »Profil na Facebooku »

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 2

  1. scabre

    zajebista muzyka. Każdy utwór każdej płyty jest unikalny. jak mogłem nie znać tej babki do tej pory?