Zebry a Mit – Laumės
Jarek Szczęsny:

Starolitewskie boginie.

Phase Fatale – Redeemer
Paweł Gzyl:

Gotyckie techno w swej najmroczniejszej wersji.

Lapalux – The End Of Industry EP
Ania Pietrzak:

Nowe wydawnictwo brytyjskiego producenta dowodzi, że konkurencją dla niego jest tylko i wyłącznie on sam.

St. Vincent – MASSEDUCTION
Jarek Szczęsny:

Konkurs na „Okładkę płyty roku 2017” uznaję za rozstrzygnięty. Fanfary!

Fret – Over Depth
Paweł Gzyl:

Dźwiękowy walec.

Immortal Onion – Ocelot of Salvation
Jarek Szczęsny:

Wielowarstwowa cebula.

Lee Gamble – Mnestic Pressure
Paweł Gzyl:

Od nowoczesnej bass music do klasycznego IDM-u.

Special Request – Belief System
Paweł Gzyl:

Wyznanie wiary w połamane rytmy.

Speech Debelle – Tantil before I breathe
Jarek Szczęsny:

Miłość, gniew, problemy rasowe, tożsamościowe oraz rozedrgany obraz rzeczywistości.

Johannes Heil – Gospel
Paweł Gzyl:

Jedenasty album w dorobku niemieckiego weterana.

Ziúr – U Feel Anything?
Kasia Jaroch:

Producentka z Berlina nie oczekuje twojej sympatii.

Nosaj Thing – Parallels
Bartek Woynicz:

Drift -> Home -> Fated -> Parallels…

Kaitlyn Aurelia Smith – The Kid
Jarek Szczęsny:

Dziecięca perspektywa.

Juju & Jordash – Sis-Boom-Bah
Paweł Gzyl:

Powiew ciepłego wiatru znad pustyni.

Juana Molina – Halo

Juana Molina to dobra czarownica.

Od takich słów zaczyna się tekst towarzyszący nowej płycie argentyńskiej artystki pod tytułem „Halo”. Jej urok osobisty, niczym niewymuszona uroda, a także sceniczna przeszłość w skórze komika splatają się w osobliwy wizerunek bycia właśnie taką czarownicą w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Przy okazji przypomniałem sobie, jak rozentuzjazmowana latynoska publiczność oczekiwała od Moliny na jej pierwszych koncertach, tuż po wydaniu debiutanckiego albumu „Rara” (1996), ogromnej dawki śmiechu i żarcików, jakie Argentynka prezentowała skądinąd w swoim telewizyjnym show.

Całe szczęśćcie, że artystka wtedy zerwała z telewizyjnym blichtrem na rzecz tworzenia muzyki. Po kilku latach jej muzyczna kariera nabrała tempa, później uzyskała aprobatę Davida Byrne’a i Willa Oldhama. O jej nagraniach zaczęła pisać światowa prasa, co skutkowało graniem światowych tras koncertowych. Zbliża się kolejna wyprawa, promująca siódmy w dorobku Moliny solowy longplay „Halo”. Co ciekawe, jej tegoroczna trasa zakończy bieg 24 czerwca w Polsce, na białostockim Halfway Festivalu.

Po czterech latach przerwy od poprzedniego krążka Juany, „Wed 21” (2013), otrzymaliśmy od niej dwanaście premierowych kompozycji zarejestrowanych poza Buenos Aires, w jej domowym studiu, jak też w Sonic Ranch Studio w Teksasie, z udziałem zaprzyjaźnionych muzyków, między innymi z gitarzystą Deerhoof Johnem Dieterichem.

Po uważnym wsłuchaniu się w „Halo” przychodzi na myśl projekt Congotronics vs Rockers, w którym niegdyś brała udział Argentynka. Ten afrykański polirytmiczny puls czai się w wielu fragmentach, ale każdorazowo jest poddany oryginalnej filtracji – czy to przy użyciu elektroniki, czy warstwy rytmicznej w połączeniu z gitarami. No i oczywiście niepowtarzalnej chrypce Moliny, niedającej się łatwo porównać z innym znanym nam głosem. Nie tylko jej barwa głosu wyrywa się z wnyk sztampowych określeń, podobnie jest z samą muzyką. Nie są to łatwe, proste, słodkie, zbryzgane lukrem piosnki pisane na folkową modłę pożerającą pop i elektroniczne odpryski.

Po nieprzyzwoicie melancholijnym początku „Paragauaya” przechodzącym w równie nieprzyzwoity odrealniacz „Sin Dones”, gdzie Molina i jej kompani szturchają nas swoistym rwetesem. Już sobie wyobrażam, jak pięknie zabrzmi nocą na HF „Lentisimo Halo” – niesamowicie intymna opowieść wyszeptywana przy akompaniamencie gitary. Znakomity „In The Lassa” zestawiłbym z ubiegłorocznym i bardzo dobrym albumem duetu Dieterich & Barnes – „The Coral Casino”, jak również z produkcjami Islaji.

Każdy kolejny utwór zaskakuje świeżością, dopracowaniem i nieprzewidywalnością, na przykład gitarowy „Cosoco”, kosmicznie intymny „Calculos y Oraculos” czy błyskotliwie sączący się „Los Pies Helados”. Pustynny gitarowy blues pomruczał sobie przy polirytmicznym wiaterku w „A00 B01”, zaś automat perkusyjny, syntezator i gitara odliczają wspólnie takty w „Cara de Espejo”, niosąc nas bliżej orbity Björk. Elektroniczny „Ando” wkręca się w umysł jak spirala. Z kolei brzmienie pierwszych akordów gitary w „Estalacticas” może kojarzyć się z tym, jakie King Crimson uzyskało na „Eyes Wide Open”. Plemienne bębny „Estalacticas” zamieniają folkową manierę w nowoczesny puls. Album zamyka ballada „Al Oeste” o wysokim stężeniu emocji.

Na koniec mój wniosek jest bardzo prosty: nie znając „Halo” trudno będzie rzetelnie rozmawiać o tym, co się wydarzyło w roku 2017.

05.05.2017 | Crammed Discs

 

Oficjalna strona artystki »Profil na Facebooku »Strona Crammed Discs »Profil na Facebooku »

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze