IRAH – Diamond Grid
Przemysław Solski:

Siatka utkana z ciekawości.

Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.

The Future Eve feat. Robert Wyatt – KiTsuNe / Brian The Fox
Łukasz Komła:

Na łączach z Robertem Wyattem.

Rites of Fall – Towards the Blackest Skies
Jarek Szczęsny:

Im dalej w las, tym ciemniej.

Hula – Voice
Paweł Gzyl:

Łabędzi śpiew mistrzów industrialnego funku.



Archive for Sierpień, 2019

Rozdaliśmy bilety na koncert Niwea!

21 kwietnia duet Niwea rozpoczyna krótki cykl koncertów promujących świetnie przyjęty krążek „Niwea 01”. Rozlosowaliśmy aż pięć podwójnych zaproszeń na wrocławski występ projektu!

  • 21.04.2010 Warszawa @ Powiększenie, g. 20:00
  • 22.04.2010 Poznań @ Pod Minogą, g. 20:00
  • 25.04.2010 Wrocław @ ODA Firlej, g. 19:00
  • 6.04.2010 Kraków @ Łódź Kaliska, g. 20:00

Oto osoby, które – po wylegitymowaniu – będą mogły wejść wraz z osobą towarzyszącą na niedzielny koncert Niwei we Wrocławiu:

  • Konrad Tereszkiewicz
  • Adrian Michał Sielicki
  • Dominika Mencel
  • Justyna Kuls
  • Paulina Chochowska

Gratulujemy!

Przypomnijmy – Niwea to połączenie mocy twórczej Wojtka Bąkowskiego oraz Dawida Szczęsnego. Wydawca albumu pisze: – Moc tekstów z gatunkowym ciężarem muzyki stanowią o sile oddziaływania Niwei, która zamiast chronić jak warstwa kremu, wdziera się do środka i parzy.

Jahcoozi – Barefoot Wanderer


Wydany pięć lat temu debiutancki album tria Jahcoozi – „Pure Breed Mongrel” – wyprzedził swój czas. Z perspektywy dnia dzisiejszego można go bowiem potraktować jako zwiastun mody na bass music – przekraczającej wszelkie granice mikstury dubu, reggae, breakbeatu, funku i hip-hopu. Od tamtego czasu międzynarodowy projekt zdążył nagrać drugą płytę („Blitz`n`Asses” z 2007 roku), zaserwować zestaw przebojowych nagrań (choćby dla Crosstown Rebels czy Playhouse), nawiązać współpracę z innymi gwiazdami rodzącego się nurtu (Modeselektorem czy Buraka Sound Sistema), a także zwiedzić z koncertami prawie cały świat (od rodzimego Berlina do egzotycznego Nairobi). Podsumowaniem nabytych doświadczeń jest trzeci krążek tria – „Barefoot Wanderer”.

Ponieważ w międzyczasie sporo się zmieniło w muzycznych klimatach bliskich Jahcoozi, nowy materiał formacji nosi wyraźnie odciśnięte piętno tych nowinek. Chodzi oczywiście o dubstep – obecny na krążku w przeważającej większości. Przykładem może być „Zoom In Fantazize” z sennym wokalem Saschy Perery wtopionym w studyjne pogłosy, zaśpiewany przez nowojorskiego perkusistę Guillermo Browna „Speckles Shine” czy pulsujący mechanicznym bitem „Barricaded” z gościnnym udziałem belgijskiej piosenkarki Barbary Panther.

Najciekawsze w tym zestawie są jednak dwa inne nagrania. Pierwsze odwołuje się wyraźnie do Bristol Soundu sprzed piętnastu lat. „Wasteland” to jakby mroczna piosenka Portishead wpisana w ramy dubstepowego walca o spowolnionym pulsie. Drugi z utworów stanowi z kolei wskazówkę dla czarnoskórych producentów, jak w pomysłowy sposób można połączyć dubstep i R&B, tworząc przebojową formułę o multikulturowym smaczku. Jeśli „Read The Books” usłyszy Timbaland albo Pharrell Williams, podobne pomysły zdominują za chwilę płyty Rihanny czy Madonny.

Nie brak jednak na płycie rozwiązań aranżacyjnych, typowych dla wcześniejszych albumów Jahcoozi. Otrzymujemy tutaj bowiem zarówno cyfrowy dancehall z egzotycznym zaśpiewem kenijskiego nawijacza Uko Flani („Msoto Millions”), bujające reggae o poszatkowanych samplach pianina i dęciaków („Lost In The Bass”), a także monumentalny dub o gęstej fakturze rytmicznej („Watching You” w remiksie Deadbeata).

Osobną ciekawostką jest w tym towarzystwie cover… „Close To Me” z repertuaru The Cure. Osadzony na bombastycznych bitach i okraszony nu-rave`owymi syntezatorami, zgrabnie koresponduje z sąsiadującym z nim energetycznym grime`m o przesterowanym brzmieniu i schizofrenicznym chórku („Powerdown Blackout”).

„Barefoot Wanderer” to chyba najbardziej przebojowe dokonanie Jahcoozi – pełne świeżej energii, ciekawych pomysłów aranżacyjnych i zgrabnych melodii. Trochę jednak szkoda, że niemal wszystkie kompozycje zostały przykrojone do piosenkowej formuły. Robią przez to wrażenie za krótkich, pozbawionych instrumentalnego oddechu, jakby skompresowanych na siłę. Nadanie im nieco większego rozmachu na pewno wyszłoby całej płycie na lepsze.

www.bpitchcontrol.de

www.myspace.com/bpitchcontrol

www.jahcoozi.com

www.myspace.com/jahcoozi
BPitch Control 2010

David Lynch i jazz we Wrocławiu

Mistrzowie improwizacji – holenderski projekt The Mount Fuji Doomjazz Corporation, zaprezentuje już niebaem we Wrocławiu swoją wersję ścieżki dźwiękowej do filmu Davida Lyncha „Człowiek Słoń”. Koncert projektu znanego też jako The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble, odbędzie się 29 kwietnia w klubie Firlej we Wrocławiu w ramach 5-dniowego festiwalu Asymmetry.

Muzycy z TMFDC są fanami kina i zwykli tworzyć własną muzykę do swoich ulubionych filmów. Przestrzenne kompozycje, wypełnione mocnymi elektronicznymi bitami, jazzowymi trąbkami i melancholijnymi partiami skrzypiec, ilustrują ruchome obrazy kultowych reżyserów.

W ten sposób powstał najnowszy album Holendrów „Succubus„, będący soundtrackiem do filmu pod tym samym tytułem autorstwa Jessa Franco zrealizowanego w latach sześćdziesiątych. W Firleju będą improwizować do „Człowieka Słonia”. Film powstały w 1980 roku, był nominowany do Oscara w ośmiu kategoriach, otrzymał nagrodę Cezara i nagrodę BAFTA.

Obraz Lyncha jest mocno osadzony w klimacie metropolii z końca XIX wieku. Opowiada autentyczną historię człowieka tragicznie doświadczonego przez los – Johna R. Merricka. Główny bohater cierpi na niezwykle rzadką chorobę, zespół Proteusza, która objawia się asymetrycznym przerostem skóry, kości i mięśni. Jest przez to nazywany „Człowiekiem słoniem” i jest atrakcją w jarmarcznym cyrku.

Pierwszego dnia Asymmetry Festival, The Mount Fuji Doomjazz Corporation wystąpią u boku Zu, Bong-Ra i Drumcorps. Bilety kosztują 90 pln w przedsprzedaży i 100 pln w dniu koncertu. Można je nabyć poprzez sieci eventim, ticketpro oraz ticketportal.

Więcej informacji na www.asymmetryfestival.pl

Najlepsze płyty do…spania

Na naszym forum powstał niedawno wątek, w którym nasi czytelnicy dzielili się swoimi ulubionymi płytami na późny wieczór. W efekcie powstała lista krążków, które idealnie kołyszą do snu. W pierwszej trójce znaleźli się Lawrence English, Gavin Bryars oraz William Basiński. Warto jednak sprawdzić całe zestawienie kilkudziesięciu tytułów – te płyty koniecznie trzeba sprawdzić!

Zobacz i komentuj wątek na naszym forum

Four Tet w Polsce!

Ogłoszono właśnie kolejne gwiazdy tegorocznej edycji festiwalu Audioriver. Wśród nich nie kto inny jak sam Four Tet oraz Olof Dreijer z The Knife występujący jako Oni Ayhun. Kieran Hebden za sprawą swego rewelacyjnego ostatniego albumu pt. ” There Is Love in You” z początku tego roku stał jeszcze bardziej wyczekiwany wśród polskiej publiczności. Zaś tajemniczy projekt Olofa Dreijera pojawi się również i na tegorocznej edycji festiwalu Unsound.

Dodatkowo imponujące już grono gości powiększyło się również o tak znamienitych artystów jak Starkey, którego drugi longplay niemal dosłownie przed chwilą opuścił magazyny wytwórni Planet µ. Oprócz niego również zasłużona brytyjska formacja Way Out West.

Ponadto listę obecności uzupełniono również o następujące pozycje: Sub Focus, Christian Smith, Plastician, Dandy Jacka, Silence Family.

Przypomnijmy, że potwierdzonymi już wcześniej headlinerami są Plastikman, Ellen Allien i Laurent Garnier.


Caribou – Swim


Jeśli zechcemy chwilowo się umówić, że „Up In Flames” odnosiło się do dream popu i shoegazu, „Milk of Human Kindness” czerpało z tradycji krautów i indie-popu, a „Andorra” z baroque popu, to „Swim”, równie powierzchownie traktując temat, byłoby almanachem metod miksowania tanecznego indie/post-punka z wysofistykowanym techno/disco wykazujących tendencje do przekraczania konwencji i eksperymentowania. Snaith cytuje wszystkich ambasadorów stylu: od Junior Boysów i Arthura Russella z okresu „World of Echo”, przez Four Tet, LCD Soundsystem i spadkobierców raveu aż do Pandy i smoothowych wersji Sun Ra, na którego znajomość warto się lansować, bo jest trudny i ulica kojarzy go z world music. W efekcie emanuje ze „Swim” dylemat obecnyBez wątpienia płyty Caribou można traktować jak post-modernistyczne powieści erudycyjne już w otwierającej „Odessie” – kawałku, który, obrany na singiel, zapewnił Snaithowi napływ nowych słuchaczy.

Bez wątpienia płyty Caribou można traktować jak post-modernistyczne powieści erudycyjne: 1) zawierają mnogie odniesienia do rzeczywistości poza- i stricte tekstualnej, których odczytanie jest grą testującą zdolność nadążania czytelnika za budzącą podziw lub odstręczającą erudycją autora; sprawdzian zaczyna się od okładki i tytułów rozdziałów, 2) interesuje je autotematyzm – bez skrępowania relacjonują trudy doboru materiału, selekcji tłoczących się pomysłów, etapy zdobywania umiejętności stylizatorskich itp., 3) można pochopnie zarzucić im, że są płytkie: nie szafują emocjami, pozbawione tezy na wejściu dezorientują chaotycznością wizji. Analogie można by mnożyć. Dylemat, który emanuje ze „Swim” także jest powieściowy: ile jest tutaj pomysłów a ile zaczerpnięć, ile jest autora i gdzie się właściwie ujawnia? Czy jest sens o to pytać i zakłócać sobie przyjemność odbioru?

Wrażenie luki po świadomości porządkującej i hierarchizującej chaotyczne, ucinane i nawiązywane wątki uświadamia „Leave House”, w którego refrenoidach Snaith imituje wokal Kapranosa autoparodystycznie sugerując, Zamiłowanie do kpin jest jednym z miodniejszych elementów „Swim”że nie mamy do czynienia z niczym więcej poza zapisem świadomości geeka. Ten najbardziej oczywisty z żartów pada dopiero pod koniec płyty i każe przesłuchać ją jeszcze raz z przymrużeniem oka.

Za trzecim razem konieczny będzie już wybór stylu odbierania „Swim”: jako grę czy jako doświadczenie bardziej wzniosłe i rozpatrywalne w kategoriach estetycznych. Trudny wybór. Zamiłowanie do kpin jest jednym z miodniejszych elementów płyty. „Sun”, eksperymentalny bangerek korzystający z przerysowanej epifanijnej mantry każe zwrócić uwagę na udział jaki miał w nagrywaniu tego materiału Greenspan, współtwórca „Under the Sun”, kawałka, w którym ledwo co było czuć Blacka, dominującego nad przeważającym terytorum debiutu Junior Boys. Z drugiej strony na uwagę zasługuje też senne piękno oddalonych od wszelkiej wpływologii „Kaili” i „Jamelii”, wypełniających założenia, które Snaith streszczał w wywiadach poprzedzających premierę „Swim”: celem była muzyka taneczna skonstruowana z płynnego tworzywa ewokującego wodę i pływy, nie pochodne metali i zapisy działania elektryki.

Wyżej wymienieni faworyci zdają się być zapisem nielinearnej opowieści, snutej przez narratora, który opanował sztukę bilokacji i dobywania głosu jednocześnie od strony zarażania fascynacją jak i porażania bogactwem środków przedsiębranych dla uwznioślenia hobby. Wynaturzoną wersję takiej postawy prezentują orkiestracyjne „Bowls” i „Hannibal” – utwory nudne, przekombinowane (sekcja rogów w tym drugim podobno) i skrywające pod maską artystycznego chaosu brak pomysłu na zbudowanie suspensu. Wspomniane wodniste tworzywo, plastyczne i odświeżające, niekiedy staje się wyzwaniem producenckim anektującym całą koncentrację Snaitha, co nie wychodzi na naszą korzyść.

Po zarzuceniu prób interpretacji Caribou chętniej współpracuje, pozostawiając jednak niedosyt nieuczestniczenia w grzeObecna na wcześniejszych płytach psychodelia została na „Swim” zredukowana, brakuje miejsc rzeczywiście transowych, ogarniających, uwalniających morbidezzę zaciemniającą odbiór i przedłużającą żywotność płyty poprzez nawarstwianie zagadek (za czasów „Up In Flames” rebusy zaczynały się na okładce). Przystępna „Odessa” jest faworyzowana wyraźniej niż odważne „Found Out”, a uporczywe sygnalizowanie (bo raczej nie odzwierciedlanie w treści) zainteresowania muzyką taneczną sprawia, że jesteśmy daleko od interesującej (i odzwierciedlanej w treści) słonecznej, skwarnej psychodelii znanej z poprzednich albumów Snaitha. Priorytetem stało się raczej brzmienie niż ewokatywność.

Powyższe uchybienia to jednak tylko niewygody ujawniające się dopiero po przyjęciu pewnej maniery interpretowania „Swim”. Jeśli zgodzić się na inną, nieskrępowaną chęcią przełożenia doznań na opis, albo nawet: zarzucić refleksję w ogóle, Caribou chętniej współpracuje, pozostawiając jedynie niedosyt i wyrzuty sumienia z obrania postawy bierności. Jeśli takie ograniczone uczestnictwo nie budzi obiekcji, „Swim” może być jedną z płyt roku, ale obstawianą na czuja, bo pewność budzi dopiero podjęcie gry.
Merge, 2010

Hard Wax emituje

Wax Treatment to cykl klubowych spotkań w Berlinie organizowanych przez właścicieli słynnego sklepu z winyalmi – Hard Wax. W programie przede wszystkim techno i dubstep, grany przez związanych z Hard Wax dizdżejów, takich jak DJ Pete (foto), Vainqueur, Mark Ernestus, Shed, Surgeon czy Fiedel.

Z okazji każdej imprezy na stronie internetowej poświęconej Wax Treatment pojawiają się podcasty autorstwa wystepujących artystów.

Dziewięć z nich jest już do ściagnięcia pod adresem:

www.waxtreatment.de/podcast

Najbliższa edycja Wax Treatment już w najbliższą niedzielę 25 kwietnia w klubie Horst Krzbg (Tempelhofer Ulfer 1). Bonus: karaibski poczęstunek.

Matzak – Bring Me The Moon


Oto kolejny producent nowej elektroniki polskiego pochodzenia – Nicolas Matuszczak. Z wykształcenia farmaceuta, kiedy znudziło mu się prowadzenie apteki na prowincji Francji, postanowił dać upust swej fascynacji muzyką taneczną. W ciągu czterech lat, od kiedy rozpoczął oficjalną publikację nagrań, jego utwory trafiły do katalogów takich wytwórni, jak Kompakt, Citizen, Galaktika czy Boxer. Nakładem tej ostatniej ukazał się właśnie drugi album Matuszczaka pod pseudonimem Matzak.

Podobnie jak opublikowany w 2007 roku „Life Beginnings”, również „Bring Me The Moon” to eklektyczna kolekcja nagrań, balansująca między energetycznym graniem o jednoznacznie klubowym sznycie a zrelaksowanymi wycieczkami w stronę chill-outowych klimatów.

Zaczyna się od spowolnionego breakbeatu – „On The Sofa” płynie bowiem perlistymi pasażami klawiszy i psychodeliczną partią eterycznego fletu, nad którymi unosi się wyrazisty wokal kalifornijskiej piosenkarki ukrywającej się pod pseudonimem Tori. Podobne brzmienia wracają w późniejszej partii albumu. To przede wszystkim tytułowy „Bring Me The Moon” – wystylizowany na bardziej przystępne produkcje DJ Shadowa instrumentalny hip-hop, asymilujący zarówno agresywne wstawki świdrujących skreczy, jak i melodyjne fragmenty orkiestrowych dźwięków. I najbardziej zaskakujący utwór w tym towarzystwie – „Not Safe For Work” – czyli niezwykle energetyczny hip-house zgrabnie wyrecytowany przez Forensica na tanecznie bujającym podkładzie, niczym słynny „I`ll House You” Jungle Brothers z 1988 roku.

Główną część płyty stanowią jednak nagrania bardziej nowoczesne. Pierwszym z nich jest „Unpredictable Sunday” – wysmakowany tech-house o bogatej aranżacji, rozpiętej między zbasowanymi akordami klawiszy, dubowymi efektami, a finałowym pochodem soundtrackowych smyczków. W kompozycji „Disco Monster” francuski producent serwuje z kolei wysokiej próby garażowy house – oparty na motorycznym pochodzie basu, uzupełniony soulowymi wokalizami, podrasowany ciepłymi tonami syntezatorów.

Znacznie mocniejsze brzmienie mają trzy utwory w stylu techno – „Stockholm 1973”, „Magneto” i finałowy „Walking On Motavia”. Pierwszy z nich przypomina co bardziej taneczne produkcje U.N.K.L.E. – bo z jednej strony mamy tu mocny bit wsparty pobrzękującym loopem, a z drugiej – chmurne tło i indie-rockową wokalizę Souryi. Równie ciekawie wypadają dwa następne utwory – choć pulsujące w rytmie techno, to rozbrzmiewające również melodyjnymi pasażami klawiszy o trance`owym rodowodzie. Co więcej – w „Walking On Motavia” znów pojawia się Tori – a jej śpiew nadaje kompozycji lekko popowy sznyt, przez co idealnie pasowałaby ona do katalogu BPitch Control.

Najmniej udane są na płycie dwa nagrania odwołujące się do neo-klasyki – „In The Jazz Garden” i „Argos”. Matuszczak sięga w nich po romantyczne brzmienia fortepianu, fletu i smyczków, niestety, wyraźnie zawodzi go wyczucie smaku, bo momentami ociera się w obu utworach o jakiś kiczowaty sentymentalizm rodem z „Emmanuelle” czy innych produkcji soft-porno z lat 70.

Mimo tego niezdecydowania stylistycznego płyty słucha się z przyjemnością – wszak Francuzi mają lekką rękę do dobrych melodii i porywających rytmów. Trochę jednak szkoda, że Matzak nie skoncentrował się na tym, co wychodzi mu najlepiej – klubowych killerach balansujących między techno a housem. Utrzymane w tej stylistyce nagrania z „Bring Me The Moon” wyróżniają się zdecydowanie na korzyść z całej zawartości krążka. Cóż – może następnym razem?

www.boxer-recordings.com

www.myspace.com/boxercologne

www.myspace.com/matzak
Boxer Recordings 2010

Majówka z Herbertem

Już ósmego maja, w krakowskiej Pauzie, będzie można sprawdzić formę Matthewa Herberta. Herbert przyjeżdża do Krakowa aby zaprezentować swój najnowszy projekt – konceptualną trylogię The One.

Cześć pierwsza trylogii to krążek One One, który właśnie pojawił się w sklepach. Pozostałe dwie – One Club i One Pig pojawią się odpowiednio latem i jesienią.

Na One One Matthew jest autorem każdego dźwięku, dodatkowo zadebiutował jako wokalista. Perfekcjonizm w połączeniu z niestrudzonym poszukiwaniem nowych dźwięków – to Herbert w najlepszym wydaniu, do którego zdążył nas przyzwyczaić. Nie inaczej jest przy tworzeniu kolejnych części The One. Na potrzeby projektu Herbert wszedł w bliskie związki… ze świniami i podsłuchami. Matthew chce wykorzystać dźwięki z życia świni jako sample (One Pig), oraz odgłosy nocnego życia, które nagrywał we frankfurckim klubie Robert Johnson (One Club).

Jakie będą wyniki świńskich i podsłuchowych eksperymentów? Na to musimy poczekać. Na razie – pierwsza część. Krótka próbka: singiel promujący album One One

Pauza, Floriańska 18, Kraków, 8 maja.
Bilety – 30 zł (liczba ograniczona, do nabycia w Pauzie)

Podczas majówki wystąpią:

Podziemia:
MATTHEW HERBERT (Accidental Records)
Cris Mouton (Transfigurato Cru)
Robert Busha (Zuckermelodien)

I piętro:
Envee (Innocent Sorcerers)
Hory (pompon)

Warto posłuchać: Miami Horror

W naszym dzisiejszym cyklu australijski powiew – projekt Miami Horror, który w swojej twórczości stara się pogodzić muzyczne wpływy z lat 70 i 80, tworząc dość ciekawą hybrydę. Projekt Miami Horror został założony w 2007 roku przez Benjamina Planta w Melbourne. Początkowo grywał samodzielnie w australijskich klubach, ale uznanie przyniosły mu remiksy znanych twórców, takich jak: The Presets, Bloc Party, PNAU, Midnight Juggernauts, Datarock.

Sukces pierwszej epki Bravado wpłynął na powiększenie projektu o kolejnych muzyków. Dzięki czemu obecnie w skład grupy wchodzi czworo artystów, którzy ostatnie sześć miesięcy spędzili na koncertowaniu. Swoją obecnością zasili wszystkie największe festiwale w Australii, łącznie z BDO Music Festival.

Pomiędzy koncertami mieli jednak czas na pracę nad nowym albumem, który ukaże się niedługo nakładem Virgin Records/EMI Music. Nowy album promują dwa single, Sometimes oraz Moon Theory. Ich brzmienie, to zwrot ku akustyce. Za co odpowiada cała gama instrumentów muzycznych, jakie można na nich usłyszeć. Przypomina to nieco dokonania Cut Copy, czy też Midnight Juggernauts. W przeciwieństwie do początków, w których dominował klimat klubowy.

Flying Lotus sampluje Kunicką?

Jak zauważył Kuba Majzel na naszym Facebooku, gwiazda ubiegłorocznego Tauron Festiwalu Nowa Muzyka – Flying Lotus – w swej najnowszej produkcji umieścił fragment piosenki Haliny Kunickiej. Kto wie, czy Flying Lotus nie kupił sobie winyla Kunickiej podczas swej obecności w Polsce? Tak czy inaczej – chodzi o kawałek „Zodiac Shit”, którego posłuchacie poniżej:

Pytanie za sto punktów – o który utwór Haliny Kunickiej chodzi? I jak podoba Wam się fragment nowego, zapowiadanego na maj albumu „Cosmogramma” Flying Lotusa?

Encyklopedia Elektroniki – Rozdział #21: WAGON CHRIST

W dwudziestym pierwszym rozdziale „Encyklopedii Elektroniki”, cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM, Luke Vibert jako Wagon Christ. Szara eminencja nowych brzmień. Ex-punkowiec i jeden z najciekawszych przedstawicieli brytyjskiej sceny elektronicznej, którą aktywnie współtworzy od początku lat 90. Twórca płodny i transgresywny, znany z uprawiania rozmaitych gatunków pod różnymi pseudonimami, m.in. Amen Andrews (drum’n’bass/breakcore), Ace Of Clubs (electro/acid) i Plug (IDM/breakbeat). W najbliższym wydaniu „Encyklopedii Elektroniki” jeden z licznych aliasów Luke Viberta, pod którym nagrywa głównie trip-hop i downtempo – Wagon Christ. Już dziś, punktualnie o północy w Szczecin.FM!

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Blog: http://szczecin.fm/Audycja
* Facebook: http://www.facebook.com/encyklopedia.elektroniki

Autechre na Tauron Festiwalu Nowa Muzyka!

Znamy kolejne gwiazdy piątej edycji Tauron Festiwalu Nowa Muzyka. W Katowicach zagrają – uwaga! – Autechre i Gaslamp Killer. Duet Autechre to bezwątpienia szalenie istotny element tegorocznej edycji Festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Jeden z najbardziej twórczych i wpływowych projektów w historii elektroniki. Wizytówka wytwórni Warp, której brzmienie pomogli zdefiniować. Znani z charakterystycznego, choć nieustannie redefiniowanego stylu i koncertów odbywających się w całkowitych ciemnościach. Prywatnie – dwóch uprzejmych i otwartych panów, którzy zaczytują się Philipem K. Dickiem i oglądają filmy Tarkowskiego.

„Powodem, dla którego w ogóle robimy muzykę jest przekazywanie innym tego, co czujemy. Im więcej komponujemy, i bardziej kreatywni jesteśmy, tym lepszymi stajemy się ludźmi” – tak swoją pracę motywują członkowie grupy Autechre. W roku 1993 ukazał się pierwszy longplay duetu, zatytułowany „Incunabula”. Nikt nie miał wątpliwości, że w świecie elektroniki pojawiła się nowa, ekscytująca jakość, potwierdzona przez kolejne płyty duetu – m.in. „Amber”, „Tri Repetae” i „Chiastic Slide” – które po dziś dzień uważa się za kamienie milowe elektroniki i okrasza każdym możliwym synonimem słowa „wpływowy”. Po okresie eksperymentalnym, który zdominował twórczość Autechre w pierwszej dekadzie XXI wieku, w marcu 2010 r. ukazała się znakomita płyta „Oversteps” będąca powrotem do brzmienia z lat 90.

Autechre regularnie koncertują – zawsze w całkowitych ciemnościach, co sprawia, że dźwięk staje się bardziej intensywny. Booth i Brown twierdzą bowiem, że jeśli dadzą ludziom najmniejszą rzecz, która odciągnie ich od muzyki, to cała idea grania na żywo zostaje zniweczona. Dodają przy tym z autoironią, że oglądanie dwóch facetów obsługujących sprzęt jest mniej interesujące niż słuchanie ich muzyki, o czym z pewnością przekonamy się już w sierpniu w Katowicach!

Przeczytaj nasz wywiad z Autechre »

Gaslamp Killer

Pod tym pseudonimem kryje się William Benjamin Bensussen – wschodząca gwiazda nowych brzmień rodem z Kalifornii, rezydent słynnego klubu Low End Theory w Los Angeles i podopieczny samego Flying Lotusa. GLK zasłynął przede wszystkim jako DJ, który w swoich szalenie eklektycznych setach łączy ze sobą hip-hop, soul, funk, jazz, dubstep, psychodelię i muzykę orientalną.

Znakiem rozpoznawczym Benussena jest płynne, bezbłędne miksowanie tak odległych gatunkowo wykonawców jak Mr Oizo, DJ Cam, Louis Armstrong i Velvet Underground w doskonale brzmiącą całość, gdzie podbijanie kawałków Black Sabbath dubstepową rytmiką wydaje się zupełnie naturalne. Od niedawna GLK próbuje swoich sił także jako producent – na koncie ma już dwie autorskie epki oraz produkcję wysoko cenionej, wydanej w tym roku płyty „A Sufi And A Killer” Gonjasufi. Jako przedsmak tego, co czeka nas w Katowicach, polecamy sprawdzić mikstejpy GLK: „It’s A Rocky Road” (2007), „I Spit On Your Grave” (2008) i „Hell And The Lake Of Fire Are Waiting For You!” (2009). To będzie istne koncertowe szaleństwo na najwyższym poziomie!

Karnety na Festiwal Tauron Nowa Muzyka można kupić na portalach:

Więcej informacji na temat festiwalu:

Ikonika z Unsoundu

Tym z Czytelników naszego serwisu, którym spodobał się debiutancki album Ikoniki, polecamy didżejski set młodej gwiazdy dubstepu z ubiegłorocznego Unsound Festivalu. Występ trwał ponad dwie godziny i przez uczestników klubowej nocy w muzeum Manggha został uznany za jeden z najjaśniejszych punktów tanecznych odsłon krakowskiej imprezy.

Można go znaleźć pod adresem:

www.soundcloud.com/unsound/up-08-ikonika-at-unsound-2009

W serwisie Soundcloud są rownież inne ciekawe wspomnienia z Unsoundu – choćby zapisy występów Bena Frosta z 2008 roku czy Untolda z 2009 roku.

Wszystko pod adresem:

www.soundcloud.com/unsound/tracks

Dan Curtin – Lifeblood


Choć nie pochodzi z Detroit, a z Celeveland, jego muzyka zawsze brzmiała tak, jakby powstawała w Motor City. Bo przecież zadebiutował w 1992 roku zainspirowany dokonaniami klasyków techno i house. Szybko stworzył jednak własne brzmienie – gęste, głębokie i ilustracyjne – które z powodzeniem penetruje do dziś. Ma na swym koncie siedem albumów i niezliczoną ilość singli. Każda jego płyta zawiera jednak muzykę najwyższej próby. Nie inaczej jest z najnowszym krążkiem Dana Curtina – „Lifeblood” – wydanym przez berlińską oficynę Mobilee.

Amerykański producent tym razem zdecydowanie stawia na techno – większość nagrań z albumu mieści się w kanonie tego gatunku, choć każde z nich posiada własny charakter. Jest tu bowiem miejsce zarówno na detroitową poezję dźwięku, jak i klubowe killery, które z powodzeniem będą grane w Berghain.

Do tej pierwszej grupy należą kompozycje z pierwszej części płyty – „Invisible Man In Drag”, „I See Light” oraz „Two Tickets To Paris”. Curtin stawia w nich na nieco lżejsze podkłady rytmiczne, koncentrując się na tworzeniu przestrzennych aranżacji, w których jest miejsce na tajemniczo pohukujące klawisze, złagodzone akordy sonicznych syntezatorów i szeroko rozlane tła. Wszystko to układa się w niemal soundtrackową całość – od lat będącą zresztą specjalnością producenta z Cleveland.

Zdecydowanie bardziej nowocześnie wypadają tanecznie zorientowane nagrania – „Mirrors Reflecting” czy „Mr. Bean Do An E”. Tutaj uderzenia bitu są mocne i masywne, a uzupełniają je zdubowane efekty perkusyjne i mechaniczne uderzenia klawiszy. Curtin daleki jest jednak od berlińskiego minimalizmu. Ozdabia swe nagrania wokalizami – odsyłając w ten sposób słuchacza do swych bardziej melodyjnych eksperymentów z housem.

Bo okazuje się, że i takiego grania nie brakuje na „Lifeblood”. Początkowo amerykański producent sięga po najtwardszą wersję gatunku – hard house. To dwa utwory – „Other (Lost In You Mix)” i „Blast”. Surowe i twarde rytmy niosą tu ciepłe pląsy organicznych syntezatorów, jazzowe pasaże trąbki dochodzące z drugiego planu, a przede wszystkim soulowe zaśpiewy (w tym drugim wypadku w wykonaniu Marcellisa Wyatta). Podobne brzmienia, choć tym razem zdecydowanie bardziej chicagowskie niż detroitowe znajdujemy w „You Get What You Need”. Kiedy rozbrzmiewa szorstka partia melodyjnego piano – wiadomo, że przenieśliśmy się do słynnego klubu Warehouse w Wietrznym Mieście. Oczywiście ćwierć wieku temu.

Powrotem do jeszcze wcześniejszych fascynacji producenta z Cleveland są tu dwa hip-hopowe nagrania – „Perfect Affair” i „Can`t Say No”. Zarówno pierwsze, instrumentalne, z filmowymi samplami smyczków i fortepianu, jak i drugie, bardziej funkowe, z udziałem rymującego Blacknile`a, wskazuje, że Curtin świetnie sprawdziłby się również jako producent tego rodzaju muzyki. Właściwie dziwne, że do dziś nie zrealizował w pełni hip-hopowego albumu.

„Lifeblood” to płyta dla tych, którzy cenią w tanecznej elektronice wyrafinowany smak, precyzję produkcji, dbałość o detale i selektywność brzmienia. Dla nich nowe dzieło amerykańskiego producenta będzie przysłowiowym miodem na uszy.

www.mobilee-records.de

www.myspace.com/mobileerecords

www.myspace.com/thedancurtin

Mobilee 2010

Ran Slavin – nasza rozmowa

Człowiek – instytucja. Muzyk, performer, artysta video, scenarzysta. Ran Slavin, którego w Polsce mogliśmy słuchać na festiwalu Plateaux, wydał niedawno swój najnowszy krążek nakładem labelu Cronica. To dobra okazaja do rozmowy. Zawsze bardzo interesują mnie początki, które popychają ludzi do artystycznego działania. Spotkałem się z tym, że artyści zaczynają od muzyki nie mającej żadnego związku z ostatecznym efektem ich starań. Jakie są Twoje początki? Inspiracje?

Ponieważ mój styl dotyka wielu różnych form i mediów to inspiracje różnią się w zależności od projektu. W związku z tym, korzystam z takich przekaźników jak film, instalacje video, gitara, słowo pisane… Dzięki temu operuję medium, które wywołuje szerokie spektrum uczuć. Projekty nad którymi pracuję mają różne cele, co wiąże się z tym, że realizując je z osobna, chyba nigdy nie czułbym się do końca spełniony.

Historia z portugalską wytwórnią Cronica rozpoczęła się niespełna 6 lata temu. W tym czasie wydałeś 5 krążków. Współpraca rozpoczęła się tak jak w przypadku Mille plateaux? Czy planujesz w najbliższym czasie znaleźć inne miejsce dla swojej muzyki?

Cronica to bardzo przyjazna oficyna, prowadzona przez moich przyjaciół – artystów. Współpraca z nimi to prawdziwa przyjemność. Natomiast do Mille Plateaux wstąpiłem niemal w ostatnich miesiącach działalności, a „Insomniac City” było w jej dyskografii przedostatnim wydawnictwem w ogóle. To fantastyczne, ze ostatecznie się udało.

Bardzo łatwo zawieram znajomości, adaptuję się do nowych wymiarów muzyki. Dlatego jestem zawsze otwarty na jakąkolwiek współpracę. Mam nadzieje, ze te cechy jeszcze zaprocentują.

Czy możesz w kilku słowach scharakteryzować Twój nowy album „The Mediterranean Drift”? jest to rezultat krótkiej, intensywnej inspiracji czy konsekwentnej pracy? A może jest to swoista kontynuacja „Nocturnal Rainbow Rising”?

Album powstał jako skrzyżowanie obu tych sposobów. Większość kawałków przygotowałem w kilka dni, mniej więcej 4 lata temu. Zawsze je lubiłem, dlatego przez długi czas przed ich wydaniem wisiały na moim myspace.

Starałem się znaleźć tą swoistą nić łączącą kulturę z jej geograficzną lokalizacjąPewnego dnia zadzwonił do mnie Miguel (Miguel Carvalhais – współwłaściciel Cronica) przypominając o zbliżającej się dacie wydania następnego krążka. Wtedy utwory wróciły na tablicę … niektóre z nich znacznie się rozwinęły w stosunku do pierwotnej postaci, przy okazji wydłużając czas trwania.

Czy twoje albumy dla oficyny Cronica stanowią rozbudowany koncept? Czy są ze sobą w jakiś sposób połączone?

Myślę, że tak, ale widzę to jedynie jako retrospekcję. Ostatnie 3 krążki łączy szczególna idea odszukania przeze mnie znaczenia w muzyce – lokalnych obyczajów i co za tym idzie miejsca zamieszkania, głównie na terenach Bliskiego Wschodu oraz Azji. Starałem się w ten sposób poznać ten region, odkrywając go przez kontakt pośredni jak i bezpośredni. Gdyż tylko w ten sposób zderzają się różne klimaty muzyki i sztuki, bardzo często antagonistyczne w stosunku do siebie, jak współczesność i fantastyka, morze i pustynia. Starałem się znaleźć tą swoistą nić łączącą kulturę z jej geograficzną lokalizacją.

Mniej więcej od „Nocturnal Rainbow Rising” Twoja muzyka zaczęła być określana jako Ilbient i dark ambient. Uważam, że na „The Mediterranean Drift” mamy do czynienia z najbardziej mrocznym przekazem w Twojej dyskografii. Skąd ten kierunek?

Tak naprawdę to nie był zabieg świadomy, po prostu czasami tak się zdarza. Dopiero później pytamy dlaczego, tak jak w życiu.

Choć szczerze to nie powiedziałbym z pełnym przekonaniem, że ten materiał jest mroczny. Opisałbym go raczej jako słodko-gorzki. Utwory na płycie opowiadają historię, która powinna być rozpatrywana z różnych perspektyw, rozmaitych punktów odniesienia. Wiem, że są to utwory mające pesymistyczne przesłanie, ale z drugiej strony ich brzmienie charakteryzuje się ciepłem i subtelnością i może właśnie dlatego stymulują tak silną nostalgię? Dla mnie jest to muzyka bardzo relaksująca, muzyka przy której spokojnie mogę się zamknąć w sobie i pomyśleć, dźwięki, które mogą zabrać mnie w podróż i opowiedzieć historię stojącą za ich przekazem.

Nie jestem smutnym facetem, w żadnym wypadku! moja muzyka jest po prostu reakcją na to co dzieje się wokół mnie.

Na „The Mediterranean Drift” słyszymy bogatą różnorodność dźwięków, takich jak: perkusja, gitara akustyczna, field-recording…

Tak, zgadza się. Swoje brzmienie buduję przy udziale wymienionych przez Ciebie narzędzi, choć obecnie dużo lepiej odnajduję się wśród dźwięków gitary elektrycznej, co jest swoistym powrotem do dawnych inspiracji. I właśnie na tych dźwiękach będę starał się stworzyć swój następny album.

Pierwszy raz zobaczyłem Twój koncert na toruńskim festiwalu Plateaux. Jak zapamiętałeś ten występ? I czy wiesz, że z powodu małego zainteresowania poprzednią edycją, tegoroczna została zupełnie odwołana? Czy uważasz, że ta przypadłość może dotknąć więcej festiwali?

To był jeden z moich najlepszych występów w karierze! Gdziekolwiek bym nie wyjeżdżał, razem ze swoim przyjacielem Sebastian”em Meissner”em to jest wyjątkowo, ale w Toruniu bawiłem się naprawdę wspaniale. Fundacja Plateaux świetnie się mną zaopiekowała i jestem prawdziwym szczęściarzem, ze mogłem tam być. Jednak wydarzeniem, które pozwoliło mi naprawdę zapamiętać ten pobyt jest ostatni dzień, kiedy wracałem już do domu. Kontroler lotu, przed wejściem na pokład samolotu rozpoznał mnie, pogratulował świetnej muzyki i przeniósł do klasy biznesowej! Słodkie pożegnanie..

Nie, niestety nie wiedziałem o tym. Pamiętam, że w 2008r. było mnóstwo ludzi, spragnionych kontaktu z muzyka elektroniczną, odbyłem tam wiele rozmów i wiem, że tak było. Klimat, który tam czułem, sprawiał naprawdę wyjątkowe wrażenie. Nie wierzę, że ta publika w rok zwyczajnie zniknęła…to smutne.

Wspominając o koncertach … Jak są one przygotowywane? Są bardziej koncertem czy filmem z na żywo odgrywaną ścieżką dźwiękową?

Moje występy są w 100% spontaniczne i improwizowane. Wybieram różne strumienie video, obrabiam je, mixuje, nakładam na siebie różne warstwy, dokładając do tego pisany na bieżąco text. Większość muzyki tworzona jest na bazie dźwięków towarzyszących tym operacjom. Szczerze mówiąc to nic nie planuje, dzięki czemu koncert opisać można jako spontaniczny wizualno – soundtrackowy miszmasz i vice versa.

Czy znasz jakichś polskich muzyków? W ubiegłym roku dla „Twojej” oficyny Cronica, album o tytule „Lectures” wydał Piotr Kurek.

Nie, niestety nie sprawdziłem tego materiału, ale teraz na pewno to zrobię.

Czego możemy spodziewać się po Tobie w przyszłości? Planujesz trasę prezentującą nowy materiał? A może kontynuację „Insomniac City”?

Ale „Insomniac City” ma już swoją kolejną część! „The Insomniac City Cycles” kręcona była w Szanghaju, i zamyka ona niejako cały projekt. Obecnie krąży po świecie, najbliższe projekcje odbędą się w Brazylii i Hamburgu.

Wiesz, nie jest łatwo promować niezależny film, szczególnie kino eksperymentalne … Dlatego ciągle zmagam się z wieloma problemami formalnymi, które już powoli mnie wykańczają. Co do trasy, to nie podjąłem jeszcze ostatecznej decyzji. Nie wiem czy nowy materiał jest wyjątkowo „kontaktowy”.

A z mojej pozostałej działalności to skończyłem niedawno scenariusz do filmu, którego produkcja ma rozpocząć się pod koniec lata tego roku. To kryminał, którego historia rozpoczyna się w Warszawie (sic!) naprawdę mocno zakręcona fabuła. Wydaję mi się, że moja firma odpowiedzialna za dystrybucję szuka polskich współpracowników w tej branży (śmiech)

Various Artists – Ghostly Essentials: Music for Creatives



Tę czterdziestominutową eksplorację podejmujemy, aby zadać sobie pytanie, w którą stronę podąża dzisiejszy ambient. Ileż to razy słyszymy zarzuty, jakoby gatunek ten popadł w schematy, z miesiąca na miesiąc coraz szybciej zjadał własny ogon. Odpowiedzi nie przyniesie nam żaden z widniejących na trackliście artystów, pozostawiając odpowiedź naszemu punktowi widzenia. Każdy z nich udowadnia jedynie, że podążanie za nieśmiertelnym konceptem Briana Eno, nie zawsze jest synonimem odtwórczości.

Płytę otwiera „Please Go Wrong” autorstwa Geoffa Whitea, znanego szerzej jako Aeroc. Swingujący jazz-funk opleciony chrupiącą rytmiką w stylu glitch i zimne ambientowe tło charakterystyczne dla dokonań Télépopmusik, łagodnie zatapia nas w chilloutowym nastroju. Podobny klimat zachowuje downbeatowy „At First Touch”, doskonale znany z debiutanckiego albumu The Sight Below, kierując nas jednak w stronę organicznej, posępnej pulsacji, doprawionej kontrastowym hi-hatem.
Frapującym artystą jest dubujący nieco Kiln, który sięgając po ciepłe, wibrafonowe synthy, dzięki którym „Hong” porywa swoim relaksującym groovem. Do klimatów w stylu elektronicznego shoegaze nawiązuje z kolei melancholijny Syntaks. Jego „Phantasmagoria” z osobliwym nawiązaniem do „Ody do radości”, łączy jasne, kobiece wokalizy z estetyką charakterystyczną dla dokonań Cocteau Twins.

Drugą połowę albumu rozpoczyna kalifornijski producent i gitarzysta Christoper Wilits. Nagranie „Breathe (Fountain)” oparte jest na niekończących się pasażach elektroakustycznej ekspresji, zatopionej w zmysłowych, zaszumionych padach, okraszonych klikającym minimalem. Kompozycja ta, jest częścią dwunastocalówki „Various Artists – SMM vol.2”, na której możemy również spotkać obecny tu utwór „Ramp”, któremu Cepia nadaje chłodny, ambientowy sznyt, momentami przypominający ubiegłoroczne wydawnictwo chicagowskiego Variant.
Mocnym akcentem miksu jest „Coastal Brake”, pierwotnie autorstwa wszechstronnego Tycho. Hatchbackowa interpretacja wypada nadzwyczaj udanie, jest swoistym flirtem z estetyką electro lat osiemdziesiątych, z wplecionym na koniec narkotycznym pianem. Całokształt wieńczy Lusine, znanym z „Serial Hodgepodge” utworem „Everything Under The Sun”, gdzie masywny beat i falujące chordsy pozwalają dostrzec ślady hip hopowych inspiracji waszyngtońskiego producenta.

Bogaty katalog Ghostly International prezentuje produkcje artystów głównie młodego pokolenia, poruszających się na szeroko pojętej ambientowej scenie. I jakkolwiek, jest jakaś prawda w stwierdzeniu, iż najlepsze czasy dla tego rodzaju brzmień bezpowrotnie minęły, tak nie ulega wątpliwości, że ten pojemny gatunek, jeszcze nie raz uraczy nas oryginalnością nagrań jego reprezentantów.
„Ghostly Essentials: Music for Creatives” jest jego esencją, jest ekstraktem kreatywności, do której label nawołuje na podstronie płyty. A intencje ma szczere, bowiem płytę pobrać możemy za darmo, wprost ze strony tej niezwykle interesującej oficyny.

ghostly.com/music-for-creatives/
Ghostly International, 2010

Martin Kuchen, Rafael Toral w Warszawie

Przed nami cykl koncertów „Miejsce dla jednego wykonawcy”, który odbywać się będzie w warszawskim Instytucie Awangardy. Cykl zainauguruje występ Martina Kuchena. Kichen zagra 23 kwietnia o godzinie 20.00. Będzie to solowy koncert na saksofon, podczas którego artysta zaprezentuje materiał z ostatniego krążka „The Lie & The Orphanage”. Wstęp na koncert jest bezpłatny – ze względu na ograniczoną liczbę miejsc organizatorzy proszą o dokonywanie rezerwacji na maila michal.libera@gmail.com.

Kto dalej?

W kolejnych koncertach cyklu zagrają Rafael Toral z programem „Space Studies” (26 maja) oraz Mikołaj Palosz z improwizacjami i kompozycjami m.in. La Monte Younga i Croneliusa Cardew (20 czerwca).

Więcej o cyklu na stronie www.patakaind.blogspot.com. Zajrzyjcie również na stronę Instytutu Awangardy

Słuchamy nowej płyty LCD Soundsystem

Choć premiera krążka „This Is Happening” zaplanowana została dopiero na 17 maja, James Murphy już teraz dał nam możliwość przesłuchania nowego materiału. Na krążku znajdziemy dziewięć premierowych kawałków – z singlowym „Drunk Girls” na czele. Wszystkich nowych kompozycji posłuchacie na stronie LCD Soundsystem. Sprawdźcie i piszcie, czy nadchodzi jedna z najlepszych płyt tego roku?

Dobre polskie: nowa płyta NuNs Chaostry

Rafał Gładysz powraca ze swoim drugim albumem „Ancient Signs”, wydanym przez Artificial Bliss Recordings. Nowy materiał NuNs Chaostry (pod takim pseudonimem nagrywa Gładysz) to połączenie ambientowych tekstur, nowoczesnych glitchowych bitów oraz wokali i instrumentów nawiązujących do starożytnych kultur.

– Starałem się zarysować kulturę starożytnych cywilizacji – mówi Gładysz. – Wbrew pozorom, starożytni muzycy to było niesamowite zjawisko, to właśnie oni określili to co my dzisiaj słyszymy jako muzyka klasyczna i jej odłamy, a nawet stworzyli własne systemy zapisu muzyki zupełnie inne od tego, co dzisiaj jest standardem. Różnorodność instrumentów, interpretacji, aranżów, tamten świat był wypełniony bardzo pięknym i bogatym dźwiękiem, co spróbowałem przełożyć na dzisiejszą nowoczesną muzykę elektroniczną.

album można przesłuchać na stronie Artificial Bliss Recordings. Możecie również sprawdzić MySpace artysty.