Wpisz i kliknij enter

The Last Electro-Acoustic Space Jazz & Percussion Ensemble – Miles Away


Pod pewnym względem Madlib przypomina mi Kena Vandermarka. Równie mocno jak chicagowski saksofonista stara się oddać hołd swoim muzycznym mistrzom. Najlepiej świadczy o tym fakt dedykowania im swoich poszczególnych utworów. Dowodami na to są nie tylko kolejne projekty mające upamiętniać postać J Dilli (piąta i szósta część serii „Beat Konducta”), ale i przecież album „Shades of Blue”, czy właśnie jedno z ostatnich „wcieleń” Otisa Jacksona Juniora, The Last Electro-Acoustic Space Jazz & Percussion Ensemble. „Miles Away” stanowi trzecie z czterech planowanych wydawnictw nowego alter-ego Jacksona. Wcześniejszymi albumami spod tego szyldu były dwie „suity”, odpowiednio: „Summer” i „Fall”.

Stylistyka, której hołduje tutaj Madlib wydaje się być trzecią drogą pomiędzy nagraniami Yesterdays New Quintet, a bardziej hip-hopowo-brassowym stylem Sound Directions. Osobiście muszę się przyznać, że to, co prezentuje on w tym przypadku jest o wiele bardziej spójne i satysfakcjonujące od tego, czego próbował na płytach YNQ. Nie ma bowiem już niekiedy jałowych, niekończących się pochodów analogowych klawiatur, które wydają się prowadzić donikąd i być niczym więcej jak tylko upajaniem się ich brzmieniem. Na „Miles Away” jest zupełnie inaczej. Kompozycje są zwarte i zdyscyplinowane. Najlepszym przykładem niech będzie dedykowany Royowi Ayersowi „Mystic Voyage”. Analogi wsparte przez lekkie muśnięcia wibrafonu gwarantują utworowi odpowiedni dynamizm, okraszony na dodatek rozgadanym, ustawionym gdzie trzeba basem. Podobnie sprawa ma się z otwierającym płytę „Derf”: uroczo dziwnym funkiem zbudowanym na przecięciu partii fletów, fortepianu i sitar. Pojawiają się oczywiście charakterystyczne dla Madliba wtręty w stylistyce „schizofrenicznego” fusion  takie jak „Tones for Larry Young”, lecz pełnią one raczej rolę chwil oddechu od kierunku, w którym konsekwentnie zmierza płyta. Znajdziemy tu bowiem zarówno stateczny, niemal salonowy koktajl „The Trane & The Pharaoh” dedykowany obu legendarnym saksofonistom, czy posuwisty i trzeszczący perkusjonaliami „Shades of Phil”.

„Miles Away” po raz kolejny uświadamia słuchaczowi, że ile by Madliba nie słuchać, ten zawsze potrafi zaproponować świeże (jeśli nie do końce nowe) podejście do swojej muzyki. Jest to tym bardziej godne podziwu, jeśli weźmie się pod uwagę ilość muzyki, którą ten producent powołuje do istnienia. Każdy oczywiście zdaje sobie sprawę, że jest to ciągle gra na tych samych motywach, jednak sposób, w jaki Jackson je aranżuje i ustawia ulega rozwojowi, i to takiemu, który owocuje zaspokojeniem potrzeb słuchacza. Madlib (chyba w dość świadomy sposób) pozuje na strażnika „czarnej tradycji”. Słuchając tego co ma do zaproponowania swoimi nowymi produkcjami – chyba nikt nie będzie zaprzeczał, że nadaje się do tej roli wręcz idealnie.

Stones Throw 2011







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
formalina
formalina
9 lat temu

fajnie że recenzja się pojawiła , nie ma to znaczenia ile płyta ma lat , generalnie fajnie byłoby poczytać i o starszych acz ciekawych płytach – jeśli ktoś czuje temat i potrafi przelać emocje na papier – cholera czekam i na recki z przed dekady .
pozdro.

homar_alex
homar_alex
9 lat temu

Dobre pytanie – rozumiem że teraz takich pominięć już nie będzie 😉 za to o płycie było na forum chyba 🙂

homar_alex
homar_alex
9 lat temu

Wszystko spoko, płyta super, ale ona ma już ze 2 lata 🙂

Polecamy