Wpisz i kliknij enter

10-20 – Magnet Marsh

Brytyjski producent ukrywający się pod pseudonimem 10-20 zadebiutował przed trzema laty rewelacyjnym albumem wydanym przez Highpoint Lowlife. Pochodzący z Devon artysta zaprezentował na nim oryginalną mieszankę, na którą złożyły się elementy ambientu, dubu, idmu i post-techno. Niektórzy określali to jako połączenie chłodnej estetyki Autechre z melancholijnym brzmieniem Buriala (nasza recenzja tutaj).

Po debiucie 10-20 wydał jeszcze cztery „geograficzne” epki utrzymane w podobnej stylistyce, a następnie, na skutek zaprzestania działalności macierzystej oficyny, dokonał transferu do labelu Broken20, w barwach którego wydał drugi longplay. „Magnet Marsh” ukazał się niedawno w formie cyfrowej, ale jak twierdzą przedstawiciele wydawnictwa i sam autor, właściwy produkt stanowi kaseta magnetofonowa.

[embeded:
src=”http://player.soundcloud.com/player.swf?url=http://api.soundcloud.com/tracks/1454993″
height=”81″ width=”100%” type=”application/x-shockwave-flash”
allowscriptaccess=”always”]

Wracający do łask format taśmy narzuca pewien sposób odbioru tej muzyki – zaszumionej, nieprzewidywalnej i w dużej mierze analogowej, choć jak zwykle w przypadku 10-20, zacierającej granice pomiędzy konwencjami. Jest to oczywiście nowoczesna elektronika z całym inwentarzem środków, a jednak doskonale „podrabia” staroświecki sound wpisujący się w nostalgiczne tendencje współczesnej popkultury. Tęskni ona za „starymi, dobrymi czasami”, jakimi były lata 80. i 90., kiedy kasety stanowiły podstawowy nośnik w kolekcji każdego melomana – były względnie tanie, niewielkie, umożliwiały nagrywanie z radia, tworzenie mikstejpów i słuchanie poza domem, na przenośnym boomboksie i walkmanie (aby oszczędzać baterie, taśmy przewijało się ołówkiem).

To dzięki tej tęsknocie ostatnimi czasy tryumfy święcili choćby Oneohtrix Point Never czy przedstawiciele scen witch house i chillwave, i dzięki niej „Magnet Marsh” zyskał ulotną, acz charakterystyczną aurę hauntologii. Na zawartość płyty składa się dwadzieścia jeden krótkich, eterycznych utworów, z których tylko jeden przekracza cztery minuty. Reszta to pozbawione początku i końca szkice, wyłaniające się z niebytu i w niebycie przepadające. Jest tu i awangardowy hip-hop w stylu Lukida, są służące jako tła pastoralne tematy a la William Basinski, nie brakuje też ambientowych tekstur, fortepianowych pętli i wokalnych sampli jak u Mount Kimbie. Nieregularne, celowo porozklejane beaty wymykają się stałemu wzorcowi, podczas gdy glitchowe wtręty przybrudzają szczątki nastrojowych melodii, nadając im industrialnego posmaku. Gdzieniegdzie podobno słychać nawet egzotyczne instrumenty z Afryki i Środkowego Wschodu, podejrzewam jednak, że ich brzmienie zostało zmanipulowane nie do poznania.

Jeszcze raz wrócę do konfrontacji nośnika z zawartością – chwilami muzyka na „Magnet Marsh” brzmi, jak gdyby taśma uległa uszkodzeniu: tonacja zdaje się nieznacznie zmieniać, zaszumienie to maleje, to znów wzrasta, a co do niektórych dźwięków doprawdy trudno orzec, czy są celowymi zabiegami producenckimi, czy skutkami ubocznymi tej konkretnej techniki nagraniowej. Wszystko jest tu oniryczne, rozmyte i przejaskrawione, jak we śnie lub na błyskawicznej odbitce z polaroida. Miłośnicy takiej estetyki znajdą tu wiele interesujących momentów; inni zapewne odrzucą nowe dzieło 10-20 jako snobistyczny owoc przerostu formy nad treścią i kolejny przypadek żerowania na modzie na retro.

Broken20 | 2012







Jest nas 13 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy