Fabrizio Rat – Shades Of Blue
Paweł Gzyl:

Modularna polifonia.

Long Arm – Silent Opera
Jarek Szczęsny:

Trip-hop nigdzie nie odszedł.

Jeff Parker & The New Breed – Suite For Max Brown
Łukasz Komła:

Projekcja magicznych obrazów.

Various Artists – Air Texture Vol. VII
Paweł Gzyl:

Rrose i Silent Servant serwują ambient? Niemożliwe!

Siavash Amini & Saåad – All Lanes Of Lilac Evening
Jarek Szczęsny:

Bez szwów.

Villaelvin – Headroof
Jarek Szczęsny:

Tylko bardziej.

Juno – Young Star
Jarek Szczęsny:

Infiltracja jazzu.

Lonker See – Hamza
Jarek Szczęsny:

Zawsze krok przed nami.

Men With Secrets – Psycho Romance And Other Spooky Ballads
Paweł Gzyl:

Erudycyjne ćwiczenie z ejtisowego electro.

Riverrun – The Same Silent Hill
Przemysław Solski:

Muzyka z krajobrazu.

Yogtze – Yogtze
Jarek Szczęsny:

Będzie filmowo.

Wacław Zimpel – Massive Oscillations
Jarek Szczęsny:

Letarg duchowy.

Hula – Shadowland
Paweł Gzyl:

Jak ambient przenikał industrial.

Nicolas Godin – Concrete and Glass
Mateusz Piżyński:

Elektroniczny aksamit, który już dobrze znamy.



Joe Colley – Lonely Microphone

Pracował jako magazynier, sprzedawca w sklepie porno, opiekun nieuleczalnie chorych, animator kultury, dziennikarz muzyczny. Joe Colley nie dość, że posiada bogate zawodowe CV, jest również muzykiem-samoukiem, zainteresowanym sztuką dźwięku.

Pseudonimem Crawl Unit przez lata 90. podpisywał albumy utrzymane w stylistyce noise, w tym czasie występował u boku artystów takich jak Daniel Menche, Merzbow czy grupa Hijokaidan. Własnym nazwiskiem sygnuje bardziej konceptualne i abstrakcyjne prace powstałe po roku 2000. W jego poetyce ważną rolę odgrywają nagrania terenowe – amplifikowane, tak jak w „Hive” (2007), gdzie za materiał wyjściowy posłużyły odgłosy pszczół zarejestrowane mikrofonami kontaktowymi; bądź nakładane warstwowo, aż do zatarcia znaczeń. Colley szczególną estymą darzy dźwięki pochodzące z zepsutych maszyn, wydających swe ostatnie tchnienie wprost do jego mikrofonu.

Buczenie tranzystora oraz narastające sygnały telegrafu rozpoczynają pierwszy utwór „Lonely Microphone”. Album wydany przez Giuseppe Ielasiego w labelu Senufo Editions, to półgodzinny montaż nagrań terenowych rozbity na dwie części. Mechaniczne odgłosy w pierwszym fragmencie po chwili zagłusza deszcz – uderzający strumień tuż przy naszym uchu. Po chwili dudnienia następuje nagłe cięcie oraz zmiana planu, podobnie jak w filmie. Przenosimy się na ulicę, gdzie stopniowo wychwytujemy jej gwar oraz trele ptaków. Nadciąga grad dźwięków. Trudny do zidentyfikowania dron narasta do końca utworu. Napięcie sięga zenitu, gdy metaliczny rytm zapętla się beznadziejnie – wtedy pęka obluzowany nit. Koniec strony A.

Strona B zaczyna się z wysokiego C, kontynuując przed momentem urwany wątek. To, co początkowo wydawało się radiowym szumem, okazuje się hałasem pracującego śmigła helikoptera. Kakofonię zwielokrotniają kolejne odgłosy maszyn, spod których przebija pulsujący sygnał krótkofalówki. Po gwałtownym przejściu montażowym mikrofon wędruje jak gdyby do wnętrza maszyny. Tam wszystko gotuje się, zacina, rzęzi. Colley dodaje efekt pogłosu, co rozmywa konkretny wymiar dźwięków. Rzeczywistość powraca z warkotem silnika zbliżającej się ciężarówki. W tym momencie artysta ujawnienia medium – słyszymy wiatr uderzający w nieosłoniętą membranę mikrofonu. Efekt zwykle uznawany za błąd, w zaskakujący sposób zamyka muzyczną narrację. Jeszcze tylko przez chwilę kompozycja dogasa pojawiającym się po raz kolejny motywem kapania deszczu – tym razem bardzo spokojnym.

Senufo Editions | 2012

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. p.Bocian

    zawsze bardzo chciałem go wydac. Dobrze ze ta plyta w koncu ujrzała swiatło dzienne i dobrze ze zrobił to Ielasi ktory zna się na rzeczy .
    Jesli ktos nie zna Colleya warto zaczac od tej płyty